Nie wiem, kiedy dokładnie zaczęłam żyć za dwoje, a może nawet troje. Zanim się obejrzałam, dni upływały mi na pracy, obowiązkach domowych i ciągłym liczeniu pieniędzy, które nigdy się nie zgadzały. Mój mąż w tym czasie zdawał się egzystować obok, nie ze mną. Leżał na kanapie, scrollował telefon, czasem zrobił herbatę. Usprawiedliwiał się „trudnym rynkiem pracy” i „brakiem motywacji”, jakby to była jakaś akceptowalna wymówka. Ja nie miałam czasu na wypalenie ani chwile słabości. Musiałam trzymać wszystko w ryzach – przecież ktoś musiał. Tylko dlaczego zawsze tym kimś byłam ja?
Byłam tą, która robiła wszystko
Codziennie budzik dzwonił o 5:30. Nie było mowy o drzemce. Zrywałam się z łóżka, zakładałam szlafrok i szłam do kuchni nastawić wodę na kawę. W międzyczasie pakowałam sobie śniadanie i kanapki na drugą zmianę. Wszystko z zegarkiem w ręku. O tej porze dom był cichy, słychać było tylko szum czajnika i ciche pochrapywanie mojego męża z sypialni. Nigdy nie wstawał razem ze mną. Nawet gdy pracował dorywczo, zawsze wstawał później, bo „nocą lepiej mu się myśli”. Tyle że z tych myśli rzadko kiedy cokolwiek wynikało.
– Zrobiłaś mi kawę? – zapytał kiedyś zaspanym głosem, wychylając głowę z łóżka, gdy ja już ogarniałam się do pracy.
– Nie. Wstawaj i sobie zrób – odpowiedziałam, starając się nie patrzeć mu w oczy. W przeciwnym razie mogłabym znów się rozkleić.
– No weź, przecież i tak już wstałaś…
– A ty ciągle jesteś w łóżku – rzuciłam.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio obudziłam się z poczuciem, że ktoś się o mnie troszczy. Nawet drobny gest – kawa, przygotowane śniadanie – wydawał się luksusem, na który nie zasługiwałam. A przecież byłam tą, która robiła wszystko.
Te marzenia rozbijały się o rzeczywistość
Po pracy w biurze jechałam prosto do drugiej roboty – sprzątałam w jednym z hoteli pod miastem. Zawsze wracałam późnym wieczorem, z bolącymi stopami, pachnąca detergentami i zmęczona bardziej, niż chciałam przyznać. W drodze powrotnej często marzyłam, że kiedy przekroczę próg mieszkania, on mnie przytuli, zapyta, jak minął dzień. Czasem nawet wyobrażałam sobie, że przygotował kolację. Te marzenia rozbijały się o rzeczywistość szybciej, niż zamykały się drzwi windy. Wchodziłam do domu, a on leżał na kanapie, zapatrzony w jakiś serial albo gapił się w telefon.
– O, już jesteś? – rzucał beznamiętnie, jakby mnie nie było cały dzień.
– Tak, już. Jak zwykle – odpowiadałam, ściągając buty.
– Coś do jedzenia jest?
– Nie wiem. Sprawdź w lodówce.
Nie miałam już siły gotować. Nikt nie gotował dla mnie. Byłam dla niego jak pomoc domowa z wypłatą, która wraca tylko po to, żeby znów wyjść i pracować. A on? Tłumaczył się bezrobociem, złym momentem w życiu, potrzebą odpoczynku. Ilekroć próbowałam zacząć poważną rozmowę, odwracał temat lub obrażał się. Samotność przy kimś, kto powinien być wsparciem, boli sto razy mocniej niż samotność w pojedynkę.
Jestem w tym wszystkim sama
Weekendy teoretycznie miały być dla nas – na odpoczynek, rozmowy, wspólne śniadania. W praktyce wyglądały tak, że ja od rana prałam, sprzątałam, gotowałam obiad na kilka dni, a on... spał do dziesiątej, potem włączył konsolę i grał do wieczora. W tych samych dresach, co zawsze.
– Może byś coś zrobił dzisiaj w domu? – rzuciłam któregoś sobotniego poranka, z mopem w jednej ręce i stertą prania w drugiej.
– Przecież dzisiaj jest weekend. Należy mi się trochę luzu – odpowiedział, nawet nie odrywając wzroku od ekranu.
– A mi nie?
– Ty zawsze coś robisz. Nie umiesz usiąść i odpocząć, to twój problem.
To był dla niego wygodny argument. Moje działanie stawało się dowodem na to, że nie potrzebuję pomocy. A przecież potrzebowałam – może nie fizycznej, ale emocjonalnej. Potrzebowałam czuć, że nie jestem w tym wszystkim sama. Że nasze życie to wspólny projekt, a nie jedna aktorka i bierny widz na kanapie. W niedzielę wieczorem, kiedy padałam ze zmęczenia, on potrafił zapytać:
– Dlaczego jesteś taka spięta ostatnio?
Miałam ochotę krzyczeć. Ale nie krzyczałam. Ściszałam w sobie wszystko, do granic wytrzymałości.
Czułam się jak w pułapce
Wszystko we mnie zbierało się jak ciemne chmury przed burzą. Każde niedopowiedzenie, każda niewypowiedziana pretensja osadzała się gdzieś głęboko. Próbowałam rozmawiać, łagodnie, bez ataków. On jednak słyszał w tym tylko krytykę.
– Czemu zawsze robisz ze mnie nieudacznika? – powiedział pewnego wieczoru, kiedy próbowałam zapytać, czy myśli o jakiejkolwiek pracy.
– Nie robię z ciebie nieudacznika. Po prostu… jestem zmęczona. Pracuję na dwa etaty. Potrzebuję partnera, nie kolejnego obowiązku.
– Ty ciągle tylko praca i praca.
– Rachunki się same nie zapłacą – odpowiedziałam chłodno.
W takich chwilach czułam się jak w pułapce. On żył w swoim rytmie, przekonany, że to wszystko przejściowe, że „coś się w końcu ułoży”. Ja widziałam tylko puste konto i pełny grafik. Coraz rzadziej się dotykaliśmy. Bliskość ustąpiła miejsca zmęczeniu, cichym kolacjom, osobnym zasypianiem. Czasem patrzyłam na niego i próbowałam sobie przypomnieć, co mnie kiedyś w nim ujęło. Zaczynałam wątpić, czy to był prawdziwy on.
Czy miałam inne wyjście?
Dzień, w którym dowiedziałam się, że stracił ostatnią okazję do pracy, był jak ostateczne tąpnięcie. Znajomy zaproponował mu dorywczą fuchę przy magazynie – nic wielkiego, ale pieniądze uczciwe. Odmówił. Powiedział, że nie będzie pracował za takie grosze. Kiedy się o tym dowiedziałam, poczułam, że tego jest już za dużo.
– Czyli teraz nawet nie udajesz, że chcesz coś zmienić? – zapytałam, patrząc mu prosto w oczy.
– Nie chcę tyrać za taką kasę. Potrzebuję pracy, która mnie rozwija.
– Rozwija? Najpierw może rusz się z kanapy – wymsknęło mi się, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Wybuchł. Po raz pierwszy od miesięcy. Krzyczał, że go nie rozumiem, że jestem wiecznie niezadowolona, że robię z siebie męczennicę. Słuchałam tego z pustką w środku. Może i miał rację – byłam niezadowolona, zmęczona, rozczarowana. Ale czy miałam inne wyjście? Tej nocy spałam na kanapie. Nie, nie z powodu kłótni. Potrzebowałam dystansu. Patrzyłam w sufit i układałam w myślach listę – nie zakupów, nie spraw na jutro. Listę rzeczy, które straciłam, będąc z nim. I które chciałam odzyskać.
W tej samotności jest coś kojącego
W poniedziałek po pracy nie wróciłam prosto do domu. Poszłam do parku, usiadłam na ławce i w końcu pozwoliłam sobie płakać. Bez powodu, bez świadków. Po prostu – łzy wypływały ze mnie jak woda z pękniętego kranu. Przez kilka dni nie mówiłam mu, że coś się zmieniło. Po prostu przestałam robić rzeczy, które do tej pory brałam na siebie z automatu. Nie robiłam zakupów, nie prałam jego ubrań, nie przygotowywałam mu jedzenia. I czekałam, czy coś zauważy. Nie zauważył. Pewnego wieczoru po prostu spakowałam torbę i powiedziałam:
– Zostaję u siostry. Muszę odpocząć od tego domu.
– Przecież nie ma problemu. Wszystko wyolbrzymiasz – rzucił, nie odrywając wzroku od ekranu.
To była nasza ostatnia rozmowa. Nie dramatyczna, bez łez, bez krzyków. Czasem największe decyzje zapadają w ciszy. Ciszy, którą później wspomina się z ulgą. Minęło kilka miesięcy. Wynajmuję małe mieszkanie. Jest skromne, ale moje. Czasem wracam późno z pracy i siadam z kubkiem herbaty w dłoniach, patrząc na pusty fotel naprzeciwko. Nikt nie pyta, co do jedzenia. Nikt nie oczekuje. I choć bywa samotnie, w tej samotności jest coś kojącego. Wolność pachnie ciszą.
Alicja, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wiedziałam, że mój mąż to niezły manipulator. Latami przymykałam jednak na to oko, bo dzięki niemu żyłam jak królowa”
- „Podstawiałam mężowi obiady pod nos, a on i tak wolał zupki teściowej. Dobrze, że chociaż sąsiad zjadał je ze smakiem”
- „W moim małżeństwie nie ma dnia, żebyśmy się nie kłócili. Rozwód nie wchodzi w grę, więc jesteśmy skazani na siebie"









