Wszystko zaczęło się niewinnie. Jak co roku, pod koniec listopada, zaczynałam rozmyślać o feriach zimowych. O tych chwilach, które kiedyś nas łączyły – mnie, Andrzeja i dzieci. Ciepły domek w górach, ognisko pod gwiazdami, grzane mleko i śmiech Zosi, kiedy zjeżdżała z tatą na sankach. I Kuba, wtedy jeszcze mały, który budował igloo, a nie tylko siedział z nosem w ekranie. Teraz miał szesnaście lat i wzruszał ramionami, gdy próbowałam z nim pogadać.

Zosia, ośmioletnia, wciąż jeszcze cieszyła się na ferie. Choć i ona, patrząc na nasze spięcia z Andrzejem, zaczynała rozumieć, że nie wszystko w rodzinie działa jak kiedyś. Bo Andrzej... zmienił się. Przestał się angażować. Obojętniał. Nie chodziło o zdrady czy dramaty – to było coś gorszego. Był przy mnie fizycznie, ale emocjonalnie... jakby już odszedł. I chyba najbardziej bolało to, że to znów ja musiałam spinać wszystko. Planować, ogarniać, pilnować. 

– Zosieńka, pakujesz już skarpetki na ferie? – zagadnęłam córkę, podając jej kolorowy plecak.

– Tak, mamo! A będzie dużo śniegu? – zapytała z błyskiem w oku.

– W górach zawsze jest – odpowiedziałam, głaszcząc ją po włosach.

Kuba tylko wzruszył ramionami, gdy zajrzałam do jego pokoju.

– Hej, jedziesz z nami, nie? – zapytałam lekko.

– No jasne. Byle był internet – rzucił bez entuzjazmu, nie odrywając się od telefonu.

Wieczorem, przy kolacji, próbowałam napomknąć o wyjeździe mężowi.

– Andrzej, domek już zarezerwowałam. W tym samym miejscu, co zawsze.

– Zobaczymy, czy będzie sens – mruknął, nie patrząc na mnie, tylko mieszając łyżką zupę.

Próbowałam ukryć irytację. Bo ile razy można się starać, zanim człowiek się po prostu podda?

Starałam się to wszystko ogarnąć

Śnieg sypał od rana. Płatki tańczyły za oknem, osiadając na parapetach, dachach, gałęziach drzew. W mieszkaniu pachniało goździkami i piernikiem – upiekłam kilka na próbę, żeby sprawdzić, czy piekarnik, który ostatnio wariował, znów będzie działał normalnie. Zosia krzątała się w swoim pokoju, wrzucając do plecaka kolorowe sweterki i miękką czapkę z pomponem. Kuba też coś pakował, chociaż głównie narzekał, że nikt nie pomyślał o powerbanku. Starałam się to wszystko ogarnąć, nie dać się złości. Chciałam, żeby to był zwykły dzień przed wyjazdem. Jak kiedyś. Ale kiedy Andrzej wszedł do kuchni i nawet nie spojrzał na moje starania, coś we mnie się poruszyło.

– Nie będziemy co roku podporządkowywać się twoim kaprysom! – powiedziałam ostro, odwracając się od zlewu, w którym zmywałam po obiedzie.

– To nie kaprys, tylko rozsądek! W mieście mamy spokój, komputer, ciepło – odpowiedział zimno.

– A my? Chcemy wyjazdu! – wtrącił się Kuba zza drzwi, z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię.

Patrzył na ojca z irytacją, której nie krył. Zosia, która właśnie przyszła z pluszowym misiem, stanęła w progu. Po chwili zaczęła płakać.

– Dlaczego tata nie chce jechać? – wyjąkała przez łzy.

Andrzej westchnął, jakby cała ta scena była dla niego ciężarem nie do zniesienia. Wyszedł z kuchni bez słowa, trzaskając drzwiami.
Zosia rzuciła się w moje ramiona, a Kuba zniknął w swoim pokoju, trzasnąwszy plecakiem o podłogę. Zostałam sama w kuchni, z dłonią wciąż zanurzoną w ciepłej wodzie, w której topniała resztka piany.

Nie wiem, co bardziej mnie bolało – milczenie Andrzeja, czy to, jak bardzo dzieci widziały, że coś się między nami psuje. Przez moment miałam wrażenie, że jestem tylko kobietą, która odgrywa rolę matki i żony w domu, który już dawno przestał być domem. Znowu wszystko spadło na mnie. Jak zawsze. Planowanie, ratowanie nastroju, uspokajanie dzieci, znoszenie jego obojętności. Ile jeszcze razy miałam to robić? Ile jeszcze razy miałam przypominać mu, że jesteśmy rodziną?

Może to nie był już tylko kryzys

W domu zapanowała cisza. Nie ta spokojna, w której słychać tylko zegar na ścianie i oddechy domowników. To była ta druga – gęsta, obca, pełna napięcia, którego nikt nie miał odwagi przeciąć. Zosia zasnęła ze swoim misiem wtulonym w szyję. Kuba siedział przy biurku, ale nie uczył się ani nie grał. Po prostu patrzył w ekran telefonu i od czasu do czasu wzdychał. Czekałam, aż wybuchnie, ale nie powiedział już nic.

Andrzej zamknął się w gabinecie. Wiem, że siedział tam od momentu, kiedy wyszedł z kuchni. Pewnie udawał, że coś czyta albo ogląda wiadomości. Jak zawsze. Uciekał w rutynę, w spokój, który był wygodny tylko dla niego. Siedziałam przy kuchennym stole, z herbatą, która już dawno wystygła. Przez okno wciąż było widać śnieg. Sypało mocniej niż rano. Gdyby to był inny dzień, pewnie robiłabym zdjęcia i wysyłała mamie. Pisałabym: „U nas zima, jak z obrazka. Jedziemy w góry, będzie pięknie.” Ale nie miałam już siły udawać.

Zawsze to ja ratowałam te ferie. Zawsze to ja rezerwowałam domek, robiłam listę zakupów, rozdzielałam zadania. I zawsze to ja musiałam ciągnąć wszystkich za sobą. Kiedyś robiłam to z miłości, teraz... już nie wiedziałam z czego. Weszłam do pokoju Kuby. Siedział na łóżku, podkulony, z kapturem od bluzy naciągniętym na głowę. Spojrzał na mnie przelotnie.

– Mamo, może lepiej zostać, skoro tata jest zmęczony? – powiedział cicho, nie patrząc mi w oczy.

– Zmęczony czym? Że trzeba być razem? – zapytałam, siadając obok niego.

Nie odpowiedział. Wzruszył ramionami i znowu spojrzał w telefon. Nie chciałam, żeby dzieci widziały we mnie tylko kobietę, która wiecznie się stara i przegrywa. Ale nie wiedziałam, jak mam walczyć dalej, skoro co roku to samo. Gdzieś się pogubiliśmy. Może to przepracowanie, może zmęczenie sobą, może to ja. Może coś przegapiłam. Może to nie był już tylko kryzys. Może to był koniec.

Nie mogłam już dłużej czekać

Rano śnieg leżał grubo na chodnikach. Zrobiło się biało i cicho, jak w tych zimach z dawnych lat, które kiedyś dawały nam radość. Spakowałam rzeczy do samochodu. Plecaki dzieci, torby z jedzeniem, termosy, szalik Zosi, który znalazłam rzucony pod kanapą. Wszystko było gotowe.
W środku panowała napięta cisza. Nikt nie jadł śniadania. Zosia milczała, siedząc na taborecie przy drzwiach z misiem w objęciach. Kuba nie próbował nawet udawać, że mu wszystko jedno. Był zły. Wiedziałam, że czuje się rozdarty, ale nie zamierzał zostać. Nie po tym, co usłyszał.
Weszłam do salonu. Andrzej stał przy oknie i wyglądał, jakby czegoś wypatrywał. Może liczył, że się rozmyślę. Może miał nadzieję, że znów odpuszczę.

– Nie żegnasz się? – zapytałam, stając naprzeciw niego.

Nie wiem, po co jedziecie – odpowiedział chłodno, nie odwracając wzroku od szyby.

– Bo chcemy być razem. Nawet bez ciebie – powiedziałam cicho, ale bez litości.

Odwrócił się plecami i wyszedł z pokoju. Nie płakałam. Nie zamierzałam. Zbyt długo byłam tą, która łagodziła, która tłumaczyła, która przebaczała.
Zosia weszła do przedpokoju, pociągając nosem.

– A tata naprawdę nie jedzie? – zapytała szeptem.

– Nie – odpowiedziałam, pochylając się do niej. – Czasem ludzie wybierają wygodę zamiast rodziny. Ale my jedziemy.

W samochodzie było ciepło. Silnik pracował równo. Ruszyłam powoli, ostrożnie, śnieg wciąż padał gęsto. W lusterku widziałam, jak Zosia patrzy przez szybę, a Kuba milczy z zaciśniętymi ustami. Nie wiedziałam, co nas czeka. Ale wiedziałam jedno – nie mogłam już dłużej czekać, aż on się ocknie.

Nie mogłam już dłużej być tą silną

Domek był taki jak zawsze – drewniany, pachnący żywicą, z oknami wychodzącymi na las. Śnieg przykrywał wszystko, jakby świat na chwilę zamilkł. Tylko my trwaliśmy w tej ciszy, rozbici i niepewni, jakbyśmy bali się zrobić ruch. Zosia pierwsza rozejrzała się po pokoju i ucieszyła, że kominek nadal działa. Rzuciła się na kanapę z misiem, który teraz wydawał się jej jedynym sprzymierzeńcem. Kuba wyjął telefon i od razu szukał zasięgu. Pokiwał głową z niezadowoleniem, kiedy okazało się, że wifi w domku nie działa.

Rozpakowałam torby, rozłożyłam kurtki na wieszaku, próbowałam się zająć czymkolwiek, żeby nie myśleć. Ale pustka po nim była wszędzie. W każdej ciszy, w każdej przerwie między śmiechem Zosi a milczeniem Kuby. W każdej chwili, gdy siadałam do stołu i nikt nie pytał, czy dolać herbaty.
Zosia podeszła do mnie wieczorem, kiedy siedziałam z kubkiem kawy, wpatrzona w płomień kominka.

– Mamo, szkoda, że taty nie ma z nami, co nie? – zapytała, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami.

– Tak, szkoda – odpowiedziałam, gładząc ją po głowie.

Nie potrafiłam powiedzieć nic więcej. Kuba siedział na drugim końcu kanapy, odwrócony plecami.

– Mogłem zostać w domu. Przynajmniej miałbym internet – rzucił z przekąsem.

Wyszłam na zewnątrz. Śnieg skrzypiał pod butami. Zimno szczypało w policzki. Z dala od domu płakałam, pozwalając łzom spływać cicho. Nie chciałam, żeby dzieci widziały. Nie mogłam już dłużej być tą silną. Zawsze walczyłam o nas, ale teraz nie byłam już pewna, czy jest o co. Co, jeśli ta rodzina istniała tylko w mojej głowie? Co, jeśli to ja byłam jedyną osobą, której naprawdę zależało? Zadzwoniłam do męża. Odebrał dopiero po kilku sygnałach.

– Dzieci mówią, że żałują, że cię tu nie ma. 

– Mam nadzieję, że się dobrze bawicie – powiedział krótko.

– Czy naprawdę leżenie na kanapie jest ważniejsze niż chwile z rodziną? – zapytałam.

Andrzej milczał. Odłożyłam telefon. Poszłam do pokoju. Usiadłam na brzegu łóżka. W myślach przewijał ostatnią rozmowę z mężem. Widziałam jego spojrzenie. Zdałam sobie sprawę, że od dawna nie pytał mnie o nic. Nie rozmawiał ze mną szczerze, nie słuchał. Może za daleko to wszystko zaszło. Może już się nie da tego cofnąć.

Nie wiem, czy będziemy jeszcze rodziną

Nadszedł dzień powrotu. Śnieg jeszcze leżał na chodnikach, ale nie był już czysty ani lekki. Zosia zasnęła w samochodzie, Kuba w słuchawkach nie odezwał się ani słowem. Ja prowadziłam całą drogę w milczeniu. Wróciliśmy późnym popołudniem. W mieszkaniu panował chłód. Nie fizyczny, bo kaloryfery działały, ale ten drugi – trudniejszy do ogrzania. Andrzej był w kuchni. Robił herbatę, jakby nic się nie wydarzyło. Spojrzał na mnie, ale nie powiedział „cześć”, nie zapytał, jak było.

– Dzieci się dobrze bawiły. Żałujesz? – zapytałam, zdejmując kurtkę i stawiając torbę przy ścianie.

– To super, że było fajnie – powiedział bez przekonania.

Spojrzałam mu w oczy, ale on zaraz odwrócił wzrok. Zosia wyciągnęła się na kanapie i usnęła, zanim zdążyłam ją zapytać, czy chce kolację. Kuba zamknął się w pokoju i nie wyszedł już do końca wieczoru. Zostałam sama z Andrzejem, ale między nami nie było już nic do powiedzenia. Usiadłam przy oknie. Widać było plac zabaw, zasypany resztką śniegu. Przypomniałam sobie ten moment, kiedy Zosia patrzyła w górach przez szybę i pytała, czemu tata nie chce być z nami. Nie miałam odpowiedzi. Nadal jej nie miałam.

Andrzej przeszedł obok mnie, niosąc swoją herbatę. Zatrzymał się na chwilę, ale nie powiedział nic. Nie usiadł obok. Nie dotknął mnie. Nie zapytał.
Patrzyłam, jak mija i znika w sypialni. Powoli zrozumiałam, że najgorsze już się wydarzyło – nie musieliśmy krzyczeć, rzucać talerzami, zdradzać się nawzajem. Wystarczyło przestać być razem. Może za rok znów spadnie śnieg. Może Zosia znowu będzie chciała lepić bałwana. Może Kuba w końcu odejdzie od ekranu. Może i ja się uśmiechnę, nie tylko udając. Ale nie wiem, czy będziemy jeszcze rodziną. Nie wiem, czy w ogóle kiedyś byliśmy.

Ilona, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: