Zawsze myślałem, że jeszcze mamy czas. Że Kuba się ogarnie, że przestanie być taki zbuntowany, zamknięty w sobie, zimny. Że w końcu mnie zrozumie. Albo, że chociaż da się zrozumieć mi. Ale przecież nie da się wrócić do czegoś, czego się tak naprawdę nigdy nie miało. Ta myśl przyszła dopiero później. Za późno. Siedziałem wtedy w kuchni i pakowałem ostatnie rzeczy do torby – gogle, czapkę, termiczna bluza, ta sama, którą miałem jeszcze pięć lat temu, gdy ostatni raz razem z Kubą szusowaliśmy po stoku. Ewa wtedy robiła zdjęcia z tarasu schroniska i wołała nas na gorącą czekoladę. Śmiałem się wtedy razem z synem – jego rękawice były za duże, czapka spadała mu na oczy, ale nie zsiadał z deski, póki się nie przewrócił z uśmiechem jak banan. Miał może jedenaście lat. Wydawało mi się, że mam wszystko: żonę, syna, śmiech. Wydawało mi się, że jestem ojcem.

– Gotowy? – spytałem, kiedy Kuba zszedł na dół, ciągnąc swoją walizkę po schodach jakby ważyła sto kilo.

– Tak.

Tyle. Żadnego „fajnie, że jedziemy”, żadnego „cieszę się”. Nic.

– To w drogę – próbowałem się uśmiechnąć, łapiąc za kluczyki.

W samochodzie włączyłem swoją starą playlistę z czasów, kiedy jeździliśmy razem. Teraz siedział z nosem w telefonie, słuchawki w uszach, kaptur na głowie.

– Ej, pamiętasz to? – klepnąłem kierownicę w rytm. – Zawsze to śpiewałeś na cały głos.

– Mhm.

Cisza. Wymuszana rozmowa gasła szybciej niż silnik na czerwonym. Nie chciałem się poddawać, nie teraz.

– Fajnie będzie znowu pojeździć razem, co? 

Nie musisz się tak starać, tato.

Zamilkłem. Poczułem jak coś mnie ściska w żołądku. Może nie powinniśmy jechać. A może właśnie dlatego musimy. Jeszcze go nie straciłem. Jeszcze da się to naprawić. Musi się dać.

– Zobaczysz – powiedziałem bardziej do siebie niż do niego – będzie super.

Nie byłem idealnym ojcem

Już od rana czułem napięcie. Kuba był jak cień – obecny, ale jakby go nie było. Zasiedliśmy do śniadania w pensjonacie, zupa mleczna i sucha bułka, wszystko smutne jak cały ten poranek. Chciałem zagadać, zaproponować coś, cokolwiek, co mogłoby go jakoś zainteresować.

– Może po śniadaniu ruszymy na ten nowy wyciąg, tamten stok wyglądał fajnie z góry – rzuciłem, starając się, żeby brzmiało to lekko.

– Rób, jak chcesz – odpowiedział, nawet nie podnosząc wzroku znad telefonu.

– Chciałem, żebyśmy spędzili razem czas, jak kiedyś – powiedziałem nieco zbyt stanowczo.

– Jak kiedyś? – podniósł głowę i spojrzał na mnie z ironią. – Wtedy też byłeś tylko na weekendy.

Zamurowało mnie. Przez chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć. Miałem ochotę wybuchnąć, ale wziąłem głęboki oddech i przełknąłem ślinę.

– Nie sądzisz, że teraz się staram?

– A co mnie to obchodzi? – prychnął i wstał od stołu. – Idę się przebrać.

Zostałem sam z kubkiem niedopitej kawy i myślami, które kotłowały się w głowie. Czy on naprawdę myśli, że nic nie robię? Że mi nie zależy? Wiem, nie byłem idealnym ojcem. Praca, obowiązki, rozwód – wszystko się rozpadło, ale przecież się starałem. Byłem na urodzinach, jeździłem na weekendy, kupowałem prezenty, płaciłem alimenty. To się chyba liczy, prawda? Tylko że jemu to nie wystarczało. Czułem się jak chłopiec, który nie rozumie, za co dostał burę. I nie potrafi się bronić.

Straciliśmy coś po drodze

Po południu ruszyliśmy na stok. Próbowałem żartować, przypominać nasze stare powiedzonka, wyciągałem z pamięci historie, które kiedyś go rozśmieszały. Wszystko się odbijało. Jego twarz była nieczytelna, głos chłodny, odpowiedzi zdawkowe. Wjeżdżając wyciągiem, próbowałem jeszcze raz.

– Pamiętasz, jak wtedy śmialiśmy się z tej pani w różowej kurtce, co zjeżdżała tyłem?

– Nie chce mi się tego słuchać – rzucił krótko. – Serio.

Chciałem, żebyśmy chociaż ten jeden raz pogadali jak faceci. Bez telefonu, bez unikania siebie, bez tej obojętności, która bolała mocniej niż każde słowo. Wieczorem przy kolacji postanowiłem z nim szczerze porozmawiać. Pomyślałem, że jak nie teraz, to już nigdy.

– Może... pogadamy? Tak po prostu. Długo nie mieliśmy okazji. Wiesz, czasem sobie myślę, że... że straciliśmy coś po drodze i ja nie wiem, jak to odzyskać.

Spojrzał na mnie z takim politowaniem, że aż mnie skręciło.

– Bo się nie da. To nie jest coś, co się naprawia jak rower. Po prostu... trzeba było być wcześniej.

Nie odpowiedziałem. Bo co miałem powiedzieć? Że próbuję? Że mi zależy? To nic nie znaczyło dla niego. Dla mnie może jeszcze tak, ale jemu to wisiało. Czułem narastającą frustrację, coraz trudniej było mi to wszystko znosić w milczeniu. Zaciskałem szczęki, udając, że jeszcze mam nadzieję.

Nie potrafiłem odpuścić

Trzeciego dnia pogoda była idealna – lekki mróz, twardy śnieg, słońce odbijające się od białych połaci. Wszystko mówiło: idź, zjedź, poczuj ten dreszcz. Ale między nami było już tylko chłód. Nie fizyczny, ten nie przeszkadzał. Ten drugi, gęsty, duszny, ten, którego nie rozbijał nawet wiatr na krzesełku wyciągu. Z samego rana zapytałem, czy nie chce spróbować tej trasy, którą lubił kiedyś najbardziej. Wzruszył ramionami. Jego obojętność mówiła więcej niż tysiąc słów: „Nie jesteś wart mojego czasu”. 

– Jak zjedziemy to może skoczymy na pizzę – rzuciłem, kiedy wsiadaliśmy na krzesełko. – Albo gorącą czekoladę. Zawsze to lubiłeś.

– Miałem dziesięć lat.

Nie wiedziałem już, co robię. Nie umiałem z nim być. Wszystko, co mówiłem, wszystko, co robiłem, odbijało się od jego milczenia. A jednocześnie nie potrafiłem odpuścić. Nie po to go tu zabrałem. Nie po to wziąłem urlop, zapłaciłem za ten wyjazd, przywiozłem sprzęt, żeby teraz jeździć obok swojego własnego syna jak jakiś obcy. Zjazd był szybki, dynamiczny, jakbyśmy chcieli jak najszybciej znaleźć się na dole i już nic do siebie nie mówić. W połowie trasy obejrzałem się za siebie. Jechał, nie za wolno, nie za szybko. Bez wyrazu. Zatrzymałem się przy końcu stoku. Podszedł do mnie. Nic nie mówił. W jego oczach było coś, czego nie potrafiłem nazwać.

Nie chcę tu być

W połowie dnia nie wytrzymałem. Może to był ten moment, gdy znów zrobił tę obojętną minę. Albo to, że znów nie odpowiedział na moje pytanie, choć wyraźnie je usłyszał. Byliśmy na trasie, którą kiedyś lubił. Dawniej jeździł tu jak burza. A teraz? Sprawiał wrażenie, jakby czekał tylko, aż to się skończy.

Mógłbyś się trochę postarać – rzuciłem, zjeżdżając obok niego.

Nie zareagował. Jakby nie słyszał. Jechał dalej. Ja za nim.

– No weź, Kuba! Kiedyś się cieszyłeś, krzyczałeś, że to najlepszy dzień w roku! A teraz co? Jedziesz jakbyś miał za karę!

Wtedy się zatrzymał. Nagle. Bez ostrzeżenia. Zsunął gogle z oczu. Jego twarz była czerwona, spocona, ale to nie z wysiłku. Stał z nogami rozstawionymi szeroko, z pięściami zaciśniętymi przy biodrach.

– Nie chcę tu być! – ryknął nagle.

Ludzie w promieniu kilku metrów odwrócili głowy. Niektórzy stanęli i patrzyli.

– Nigdy mnie nie słuchasz! – krzyczał dalej. – Miałeś nas w nosie przez całe życie! A teraz co?! Weekendowy tatuś się przypomniał?! Chcesz coś naprawić jakimiś nartami i pizzą?! Myślisz, że to działa?!

Zamilkłem. Nie dlatego, że nie miałem nic do powiedzenia. Bo miałem. Ale w tym momencie nic nie miało sensu. Stałem i słuchałem własnego dziecka, które wypluwało ze złością każde słowo, patrząc na mnie jak na wroga.

– Wszystko przegapiłeś! Szkołę, mecze, problemy! Byłeś, a jakby cię nie było! A teraz wymyśliłeś sobie wyjazd, żeby sobie coś udowodnić!

Wyrzucił z siebie jeszcze kilka słów, których nawet nie zarejestrowałem. Coś o rozwodzie, o tym, jak znikałem, o tym, że nie mam pojęcia, kim on jest. Potem zrzucił kask, rozpiął kurtkę i zszedł na piechotę w stronę lasu, gdzie prowadziła droga w dół. Ktoś się za nim obejrzał, ktoś inny rzucił mi krótkie spojrzenie. Stałem jak idiota na środku stoku. Chciałem pobiec za nim. Krzyknąć, że przesadza. Że się myli. Że przecież robię, co mogę. Ale nic nie zrobiłem.

Stałem i czułem, jak patrzą na mnie obcy ludzie. Żaden z nich nie miał pojęcia, co tu się właśnie wydarzyło. A ja? Też nie rozumiałem. Po chwili zsunąłem się na bok trasy, usiadłem w śniegu. Miałem dziwne wrażenie, że nie chodziło wcale o narty. Ani o ten jeden wyjazd. Że przez te wszystkie lata nie zauważyłem, jak daleko od siebie odeszliśmy. Wtedy zrozumiałem, że nie wiem o nim nic. Tylko myślałem, że go znam. Nie wracał. Po godzinie ruszyłem do pensjonatu. Jego drzwi były zamknięte. Nie odzywał się. Nie próbowałem pukać.

Już za późno

Rano obudziłem się wcześnie. Wyszedłem z pokoju. Kuba już pakował rzeczy do walizki. Bez słowa. Spokojnie, metodycznie. Jego kurtka leżała na krześle, jeszcze wilgotna od wczorajszego śniegu.

– Może pogadamy? – zacząłem cicho. – Nie chciałem, żeby tak to wyszło.

– Nie musisz chcieć niczego – odpowiedział bez emocji. – Już za późno.

Przeszedł obok mnie, jakby mnie nie było. Wrócił po ładowarkę. Wcisnął ją na samą górę walizki. Zapiął ją i ruszył do drzwi. Zostałem na środku pokoju, bez pomysłu, co dalej. Pierwszy raz naprawdę się zastanowiłem, kiedy to się zepsuło. I czy kiedykolwiek było dobrze. Nie powiedzieliśmy do siebie ani słowa. Od momentu, gdy wsiedliśmy do auta, aż po ostatnie skrzyżowanie przed miastem, w którym mieszkał. Radio grało cicho, ale nie potrafiłem słuchać. W głowie miałem obrazy sprzed lat – Kuba z rozwianymi włosami, w dziecięcym kasku, krzyczący z radości na stoku. Kuba, który uczy się jeździć bez bocznych kółek. 

Przypominałem sobie te dni, kiedy był jeszcze mały i jeszcze we mnie wierzył. I każdy raz, kiedy go nie słuchałem. Kiedy machałem ręką. Kiedy wybierałem święty spokój. Zrozumiałem, że byłem obecny tylko wtedy, kiedy było mi wygodnie. A kiedy on naprawdę mnie potrzebował, miał tylko matkę. I siebie. Zatrzymałem się pod blokiem. Wysiadł. Nie obejrzał się. Wróciłem sam. Torba rzucona w przedpokoju, śnieg topniejący na butach. Usiadłem na kanapie, z której nie chciało mi się ruszyć przez długi czas. Telefon zawibrował. SMS od Ewy: „I jak było?” Nie odpisałem. Co miałem jej napisać? Że zmarnowałem ostatnią szansę? Że pojechałem z własnym synem i wróciłem z kimś, kogo już chyba nie znam? Czułem, że ten wyjazd pokazał wszystko. Może jeszcze kiedyś pojedziemy razem, z grzeczności. Może coś powie, coś odpisze. Ale to już będzie inny rodzaj obecności. Nie miałem słów, żeby to nazwać. Tylko ciężar, który został. W głowie, w sercu, które biło jakby obok. 

Mateusz, 48 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: