Lubiłam luksus, zapach nowych ubrań i ciche westchnienia zazdrości, które słyszałam, gdy wchodziłam do salonu z nową torebką. Moje życie nie zawsze tak wyglądało. Kiedyś byłam dziewczyną, która liczyła każdą złotówkę, zanim kupiła najtańszą kawę. Teraz? Mam wszystko, co chcę i zero wyrzutów sumienia. Z moim mężem nic mnie nie łączy, ale jego konto pachnie jak luksusowe perfumy. Kocham jego pieniądze tak, jak kiedyś marzyłam, by ktoś kochał mnie. Po prostu nauczyłam się grać. Zresztą, on też gra – że wierzy, że mnie obchodzi.

Wystarczył mi diament

Poznałam go w biurze notarialnym, gdzie pracowałam jako asystentka. Przyszedł z prawnikiem, coś podpisywał, a ja robiłam kawę i kopiowałam dokumenty. Nie było w nim nic szczególnego. Był dużo starszy ode mnie, ubrany był elegancko, mówił wolno, jakby ważył każde słowo. Początkowo mieliśmy czysto profesjonalne relacje. Nie zauważyłam, kiedy to się zmieniło. Po kilku dniach przysłał kwiaty. Po tygodniu zaprosił na kolację do drogiej restauracji, gdzie kelnerzy traktowali mnie jak księżniczkę, mimo że miałam na sobie sukienkę z wyprzedaży. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że mogłabym przestać się bać przyszłości. Zaczęłam wyobrażać sobie życie bez lęku, że nie zapłacę za prąd.

– Chciałbym cię zabezpieczyć – powiedział, kiedy oświadczył się po dwóch miesiącach.

Nie mówił, że mnie kocha. Ja też nie kłamałam. Po prostu się zgodziłam. Nie potrzebowałam pierścionka z uczuciem. Wystarczył mi diament. Zgodziłam się na umowę, nie na bajkę. Wtedy jeszcze wierzyłam, że to wystarczy.

Potrafiłam grać perfekcyjnie

Każdego dnia moje poranki wyglądają tak samo. Wstaję dość wcześnie, robię makijaż, zakładam markowe ciuchy. Potem idę do kuchni i czekam na męża. Kiedy się pojawia, uśmiecham się do niego już przy śniadaniu, całuję w policzek i robię mu kawę z mlekiem migdałowym. Jestem żoną z katalogu – czułą, uprzejmą, śmiejącą się z jego nudnych żartów. Potrafiłam grać perfekcyjnie. Wiedziałam, że tego właśnie oczekuje. I wiedziałam, że to mi się opłaci.

– Wiesz, że wyglądasz dziś wyjątkowo pięknie? – mówił, gładząc moją dłoń. 

– Cieszę się, że ci się podoba – odpowiadałam z uśmiechem, patrząc mu w oczy. 

Wieczorem zabierał mnie do drogich restauracji, w wakacje jeździliśmy na drogie wycieczki, traktował mnie jak księżniczkę, ale to wszystko było jak gra pozorów. 

Robię dobrą minę do złej gry

Pieniądze pachną inaczej, kiedy nigdy ich nie miałaś. Są jak zapach świeżo pieczonego chleba, który czuć po tygodniu głodu. Gdy w końcu zaczęłam je mieć – prawdziwe, duże, dostępne bez liczenia groszy – zakochałam się. Nie w nim. W możliwości, że mogę wejść do butiku i po prostu kupić, co chcę. W tym, że mogłam dać mamie kopertę bez słowa i nie martwić się, co zostanie mi na życie. Za każdym razem, gdy widziałam wpływ na koncie, coś we mnie miękło. Chciałam być wdzięczna. Próbowałam sobie tłumaczyć, że to przecież nie tragedia – mam dach nad głową, mam stabilizację, mam luksus. Inne mają mniej. Większość ma mniej. Może nawet powinno mi być wstyd, że nie jestem szczęśliwa? Czasami mówił, że czuje dystans z mojej strony. Udawałam zaskoczoną.

– Jesteś dziś jakaś nieobecna.

– Naprawdę? Przecież jestem tu,z tobą – odpowiadałam słodko.

I za każdym razem wiedziałam, że robię dobrą minę do złej gry.

Mówiłam sobie, że to mój wybór

Z czasem zaczęłam coraz częściej myśleć o swojej decyzji. Lista zysków była długa: apartament w centrum, wakacje dwa razy do roku, karta do salonu piękności, spokój.  Z drugiej strony czułam się jak produkt, który sama zapakowałam i postawiłam na półce jego życia. Nie chciałam go. Ale chciałam tego, co ze sobą przynosił. I próbowałam się w tym odnaleźć. Mówiłam sobie, że to mój wybór, że jestem silna. Że nikt mnie nie zmusił. Przecież podpisałam tę wewnętrzną umowę z pełną świadomością.  Bywały momenty, kiedy próbował się do mnie zbliżyć. Przynosił kwiaty bez okazji, rezerwował stolik w ulubionej restauracji. Raz nawet zaproponował spontanicznie wspólny weekend za miastem. Nie chciałam. Wymyślałam preteksty. Dodatkowe zajęcia, spotkania z koleżankami, zmęczenie. A potem karałam się w myślach, że jestem okrutna.

– Może powinniśmy porozmawiać – rzucił raz, ostrożnie.

– O czym? – udawałam, że nie rozumiem.

Wiedziałam, że nie ma odwagi. Wolał mnie fałszywą niż bycie samemu.  A ja... wolałam zgniły kompromis niż brak pewności, co będzie jutro. Nie miałam żadnej wymówki, by odejść Zastanawiałam się czasem, ile jeszcze mogę w to grać. Czy można do kogoś kompletnie nic nie czuć, a mimo to dzielić z nim życie, nazwisko? Odpowiedź przychodziła mi, gdy logowałam się do banku i widziałam ogromne kwoty na koncie. Wtedy tłumaczyłam sobie, że każdy żyje jak umie. Niektórzy wiążą się z miłości, inni z potrzeby. Ja wybrałam stabilność. Zdarzało się, że patrzył na mnie jak zakochany chłopiec. Ten wzrok bolał. Może nie był zły. Może naprawdę mnie kochał – po swojemu, cicho, niezdarnie. Był łagodny, nigdy mi niczego nie zabraniał, nie ograniczał. I właśnie to czasem doprowadzało mnie do szału. Że nie miałam żadnej wymówki, by odejść. Że nudnym dobroczyńcą, którego nie potrafiłam pokochać.

– Kochasz mnie? – zapytał raz, bez ironii, bez żartu.

Spojrzałam mu w oczy. Zbyt długo. Widziałam tam coś miękkiego, prawdziwego. Wzruszył mnie, ale tylko przez sekundę.

– Oczywiście – skłamałam. – Przecież jestem z tobą, prawda?

Uśmiechnął się. Wziął mnie za rękę. A ja poczułam, jak znowu staję się zimna od środka. Pomyślałam wtedy, że niektóre decyzje w życiu mają zbyt wysoką cenę, żeby je cofnąć.

Może to ja byłam tchórzem

Codziennie grałam swoją rolę. Zakładałam maskę kobiety zakochanej, oddanej, czułej. I każdego dnia wieczorem patrzyłam na swoje odbicie w lustrze i widziałam kogoś, kogo już nie poznawałam. Kobietę, która dawno przestała czuć. Która przeliczyła swoje życie na przelewy i nauczyła się udawać nawet przed sobą. Bywały dni, gdy marzyłam, żeby wszystko rzucić. Uciec gdzieś, pracować za najniższą krajową, byle tylko przestać udawać. Ale potem przypominałam sobie tamte dni sprzed niego – chłodne mieszkania, puste lodówki, ciągłe obawy. Strach miał wtedy więcej władzy niż pogarda, którą teraz czułam.

On nadal wierzył, że jesteśmy szczęśliwi. A ja nie miałam siły go wyprowadzać z błędu. Bo może to nie on był naiwny. Może to ja byłam tchórzem. 
Dziś znów jestem miła. Znowu się śmieję, głaszczę go po dłoni i mówię, że dobrze, że jesteśmy razem. A potem loguję się do banku i czuję ulgę. Nie radość. Nie satysfakcję. Po prostu ulgę. Mam wszystko, o czym kiedyś marzyłam. Tylko nie mam siebie.

Wiktoria, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: