Mam na imię Ola. Jeszcze do niedawna mieszkałam w Warszawie, gdzie przez kilka lat pracowałam zdalnie jako graficzka. Miałam w mieście wszystko: znajomych, kawiarnie, galerie, swoją ulubioną kwiaciarnię i codzienny rytuał picia kawy przy otwartym balkonie. Brzmi jak coś, czego nie powinno się porzucać. A jednak. Bo też miałam coś innego: nieustające wrażenie, że świat się na mnie wali. Że ciągle muszę gonić, reagować, bronić się przed bodźcami, stresem, hałasem, ludźmi, którzy nie słuchają i samochodami, które trąbią, zanim zdążysz przejść przez pasy. Zdarzało się, że siedziałam przy komputerze do północy, bez przerwy na jedzenie. Albo wychodziłam tylko po to, żeby nie oszaleć. Tylko że wtedy dopadała mnie inna pustka: tłum, a w nim nikt.
Kiedy poznałam Tomka, wszystko się zmieniło. Był spokojny. Cichy. Pracowity. Spotkaliśmy się przez wspólnego znajomego na wyjeździe i coś we mnie pękło. On mieszkał na wsi w górach, gdzie miał swój dom, pracę w pobliskim nadleśnictwie i życie całkowicie inne niż moje. Zaczęliśmy się spotykać. Na początku to ja do niego jeździłam. I za każdym razem, kiedy wracałam, czułam, jakby moje ciało tęskniło za tamtym powietrzem, tamtą ciszą. Aż któregoś dnia, kiedy wracałam z pracy tramwajem, z torbą wypchaną zakupami i mokrymi włosami od ulewy, wkurzona, że znowu zapomniałam parasola – poczułam, że już nie mogę. Że muszę stąd uciec. Tomek nie naciskał, ale też nie ukrywał, że byłoby mu łatwiej, gdybyśmy byli bliżej. Pewnej nocy, w jego domu, powiedziałam po prostu:
– Zostanę.
Nie było planu. Nie było długich przemyśleń. Tylko ta jedna myśl: że to miejsce mnie uratuje. Że wszystko, co złe w moim życiu, zostanie w mieście, a ja zacznę od nowa – z czystą głową i sercem. Jakże się myliłam.
Czułam się przezroczysta
Pierwsze dni były... inne. Po prostu inne. Rano budził mnie nie dźwięk śmieciarki ani sąsiad z wiertarką, tylko cisza. Zaskakująco głęboka, wręcz gęsta. Na początku sprawdzałam, czy nie zgasł prąd. Cisza miała tu zupełnie inną barwę niż ta miejska – to nie było uspokojenie, to było zawieszenie. Stałam w kuchni z kubkiem herbaty i patrzyłam przez okno na las. Niby blisko, a wydawał się obcy. Tomka prawie nie było. Wychodził wcześnie, wracał po zmroku. Miał swoje obowiązki, teren do objechania, spotkania. Mówił, że to tylko na początku, że zaraz będzie spokojniej. A ja zostawałam sama.
Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Posprzątane. Ugotowane. Drzewo na podpałkę przyniesione. I co dalej? Próbowałam czytać. Włączyć coś. Ale nie umiałam skupić się dłużej niż kilka minut. Myśli uciekały. Gdzieś między tymi ścianami, gdzie nie było odgłosów ludzi, sklepu za rogiem, tramwaju ani gwaru pod blokiem. Nie umiałam jeszcze nazwać tego uczucia, ale czułam, że coś zaczyna się rozjeżdżać. Nie znałam sąsiadów. Mijali mnie na drodze, czasem ktoś skinął głową, ale nikt się nie zatrzymywał. Czułam się przezroczysta. Nawet nie obca, tylko niezauważona. W sklepie najbliżej domu kobieta zza lady nie zapytała ani razu, skąd jestem. Po prostu przyjęła, że jestem, jakby zawsze byłam. To też bolało, choć nie umiałam wyjaśnić dlaczego.
Pierwszy raz zapłakałam trzeciego dnia. Bez powodu. Siedziałam na schodach przed domem, patrzyłam na mleczne niebo i nagle poczułam, jak łzy lecą mi po policzkach. Nie był to płacz dramatyczny. Po prostu cichy żal, który spłynął razem z wilgocią powietrza. Tęskniłam. Choć jeszcze nie wiedziałam dokładnie, za czym. Wieczorem, kiedy Tomek wrócił, zjedliśmy razem kolację. Siedziałam zgarbiona, dłubałam widelcem w ziemniakach. Powiedziałam:
– Cały dzień nikt do mnie nie zadzwonił. Nawet nie wiem, co robić ze sobą.
Spojrzał na mnie zaskoczony. Chwilę milczał, potem odłożył nóż i westchnął:
– Ale przecież tego chciałaś. Mówiłaś, że miasto cię przytłaczało.
Nie odpowiedziałam. W myślach tylko przeszło mi przez głowę: tamto było inne przytłoczenie. Tam miałam ludzi. Nawet jeśli obcych. Tu miałam ciszę. I pustkę. Obie zaczynały mnie przerażać.
Myślisz, że ja się nadaję do takiego życia?
Zima przyszła szybciej, niż się spodziewałam. Pewnego poranka obudziłam się i zrozumiałam, że nie mam ochoty wstawać z łóżka. Dom był zimny. Piec wygasł w nocy, chociaż wieczorem pilnowałam, żeby dokładnie go napakować. Dymiący grat. W gardle czułam drapanie, oczy piekły, wszystko pachniało sadzą. Wstawiłam wodę w garnku, bo czajnik elektryczny nie działał od tygodnia. Tomek obiecał, że naprawi. Ale nie miał kiedy.
Droga do wsi była zalodzona. Nikt nie odśnieżał, nikt się nie spieszył.
Piec znów dymił. Krztusiłam się, otwierałam okno, ale wtedy wdzierał się mróz. Przeklinałam ten dom, ten piec, ten dym, to wszystko. Szukałam instrukcji obsługi w internecie, ale zasięg działał jak chciał. Raz był, raz znikał. Zresztą co z tego. Samo czytanie nie wystarcza, jeśli nie wiesz, co robisz. Tego dnia, kiedy dym zawładnął kuchnią po raz kolejny, puściły mi nerwy. Wpadłam do pokoju, gdzie Tomek właśnie zdejmował kurtkę, zmęczony po pracy. Krzyknęłam:
– Ile razy mam ci mówić, żebyś coś zrobił z tym piecem?
Spojrzał na mnie ciężko. Otarł czoło z czapki i odpowiedział spokojnie, ale ostro:
– Robię, co mogę. Ale jak nie potrafisz go rozpalić, to może trzeba się nauczyć, a nie krzyczeć.
Stałam jak wmurowana. Poczułam w sobie wściekłość, której nie umiałam już schować.
– Boże, ty naprawdę myślisz, że ja się nadaję do takiego życia?
Nie odpowiedział. Usiadł przy stole i zajął się zdejmowaniem butów. Milczał. W tym milczeniu było więcej niż w jakiejkolwiek jego odpowiedzi. Zrozumiałam, że wypowiedziałam na głos to, co już od jakiegoś czasu nosiłam w sobie. Nie chciałam tego powiedzieć. Ale nie cofnę się już przed tym, co zaczęło się we mnie tlić od pierwszego dnia. Nie pasowałam tu. I to miejsce zaczynało mnie zjadać od środka. Rano szłam przed siebie, bez celu, bez kierunku. Mróz gryzł twarz, błoto wsiąkało w buty. W końcu zawróciłam. Weszłam do kuchni z policzkami czerwonymi od zimna i złości. On już był. Siedział przy stole, jakby czekał. Patrzył na mnie w milczeniu. Ja też nie mówiłam nic. Usiadłam naprzeciwko. Zdjęłam czapkę. Otarłam twarz z wody i śniegu. Po chwili powiedział:
– To nie miejsce dla ciebie.
Nie podniosłam głowy. Nie odważyłam się. Wiedziałam, że ma rację. Nie dlatego, że coś ze mną było nie tak, tylko dlatego, że wieś nie była łaskawa. Była wymagająca, cicha, bezwzględna. A ja byłam przyzwyczajona do innego rodzaju zmęczenia. Chciałam odpowiedzieć, ale nic nie powiedziałam. W środku miałam tylko jedną myśl: nie mam dokąd wrócić. W mieście już nie jestem sobą. Tutaj też nie. Jestem pomiędzy. Jak w zawieszeniu. A zawieszenie boli bardziej niż klęska.
Wiedziałam, że to się kruszy
Nie spałam tej nocy. Przewracałam się z boku na bok, słuchając trzasków drewna w piecu. Wciąż słyszałam te słowa: „To nie miejsce dla ciebie.” Powtarzały się w mojej głowie jak refren. Nie były wypowiedziane z wyrzutem. Ani z pogardą. Były suche. Prawdziwe. I to bolało najbardziej.
Wpatrywałam się w ciemność i próbowałam sobie przypomnieć, kim byłam. Dziewczyną z miasta, która piła espresso w modnej kawiarni? Kobietą, która czuła się żywa tylko wtedy, gdy mogła zamknąć się na weekend z książką i nikt nie zawracał jej głowy? Osobą, która tęskniła za spokojem, ale nie wiedziała, co oznacza prawdziwa cisza? Już nie potrafiłam tego rozdzielić. Nad ranem zeszłam do kuchni. Tomek już był ubrany, szykował się do wyjścia. Stałam w progu, jeszcze w piżamie, ze szlafrokiem zbyt cienkim na ten dom. Zapytałam:
– Co mam zrobić?
Odwrócił się powoli. Przez chwilę patrzył na mnie tak, jakby mierzył, ile jeszcze wytrzymam. I wtedy powiedział spokojnie:
– Nie musisz podejmować decyzji teraz. Ale jeśli będziesz mnie tylko obwiniać za swoje wybory, to nie wytrzymam.
Nie odpowiedziałam. Tylko skinęłam głową. Zostawił mnie samą. Usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi. Potem silnik i ciszę. Usiadłam przy stole. Światło poranka było mleczne, zgaszone, jakby z trudem przeciskało się przez szyby. Próbowałam przypomnieć sobie, co mnie kiedyś cieszyło. Co sprawiało, że wstawałam z łóżka z radością. Przypomniałam sobie jedynie siebie – jak siedzę w kawiarni i patrzę na ludzi. Nie chciałam już tego. Ale nie wiedziałam, czego chcę zamiast.
Pomyślałam, żeby zadzwonić do Marty. Mojej najbliższej przyjaciółki. Ale wstyd mnie zjadł. Miała rację, kiedy mówiła, że to decyzja pochopna. A ja nie chciałam słyszeć „A nie mówiłam”. Nie potrzebowałam współczucia. Potrzebowałam zrozumienia. A na to nie umiałam sobie już pozwolić. Wiedziałam, że to się kruszy. Wszystko, co próbowałam zbudować. Ale też miałam świadomość, że nie umiem już wrócić do tego, co było.
Muszę znaleźć własną drogę
Wyszłam z domu bez planu. Założyłam płaszcz, szalik byle jak owinęłam wokół szyi i ruszyłam w stronę pól. Śnieg skrzypiał pod stopami, niebo było nisko, ciężkie, jakby miało opaść na ziemię. Szłam szybko, potem wolniej, aż w końcu przystanęłam, bo zabrakło mi sił. Oddychałam płytko, a w klatce piersiowej czułam ucisk, który narastał z każdym krokiem. W głowie kłębiły się myśli, żadna nie była dobra. Złość na siebie, że uwierzyłam w prostą ucieczkę. Żal, że nie potrafiłam wytrzymać. Wstyd, że zawiodłam kogoś, kto niczego ode mnie nie żądał poza uczciwością wobec samej siebie. Patrzyłam na białą przestrzeń wokół i miałam wrażenie, że znikam. Jakby ta wieś powoli mnie wymazywała.
Dotarłam do starego przystanku. Betonowa wiata, obdrapana farba, tablica bez rozkładu. Pamiętałam, że kiedyś tu zatrzymywał się autobus. Teraz było tylko pusto. Usiadłam na zimnej ławce i rozpłakałam się. Przypomniałam sobie, jak kiedyś powiedziałam komuś, że najważniejsze to być blisko siebie. Wtedy wydawało mi się to mądre. Teraz brzmiało jak kpina. Zadałam sobie pytanie, gdzie jestem teraz. Nie w mieście. Nie na wsi. Nie w relacji. Nie w sobie.
Siedziałam tam długo. Myślałam o tym, że nie mogę zostać, bo codzienność mnie tu powoli dusi. Myślałam też o tym, że ucieczka niczego nie rozwiąże, jeśli znów pójdę gdzieś tylko po to, by nie czuć. Zrozumiałam, że muszę znaleźć własną drogę. Nie taką, która będzie czyjąś wizją spokoju albo sukcesu. Taką, która pozwoli mi oddychać. Wstałam z ławki i ruszyłam z powrotem. Kroki były ciężkie, ale w środku pojawiło się coś nowego. Nie ulga. Raczej świadomość, że już nie mogę udawać. Przede mną nie było gotowej odpowiedzi. Była decyzja, która dopiero się rodziła.
Ola, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Domek w górach miał być moją oazą spokoju. Teraz rodzinka się w nim panoszy, a ja tylko bezradnie rozkładam ręce"
- „Miałem dość pracy w szklanych wieżowcach, więc uciekłem na prowincję. Dopiero tu odnalazłem szczęście i spokój”
- „Myślałam, że kariera w wielkim mieście to szczyt marzeń. Dopiero gdy uciekłam na wieś, odżyłam i znalazłam siebie”








