Tatry były na mojej liście od dawna. Od lat widniały wśród tych „kiedyś tam pojedziemy”, ale jakoś nigdy nie było okazji. Michał jeździł co roku. Sam. Zawsze mówił, że to jego rytuał – samotny tydzień w górach, bez internetu, bez telefonów, tylko on i szlaki. „Muszę się czasem wyłączyć, Kasia” – tłumaczył. I ja to szanowałam. Przez pierwsze dwa lata związku nie miałam z tym problemu. Ale teraz… po dwóch latach razem, zaczęłam się zastanawiać, gdzie w tym wszystkim jestem ja.

W tym roku uparłam się jednak, że pojadę z nim. Długo miał opory, ale w końcu się zgodził: „Skoro aż tak ci zależy”. Tyle. Ale dla mnie to było coś dużego. Zaczęłam się cieszyć, planować, przeszukiwać internet w poszukiwaniu butów trekkingowych, których nie będę nienawidzić po pierwszym podejściu. Czułam, że to może być dla nas ważne. Może wreszcie zobaczę jego świat. Może lepiej go zrozumiem. A może po prostu... będziemy razem. Tak naprawdę razem. Bez rozpraszaczy, bez jego pracy, bez moich webinarów i rozciągniętego w czasie porannego scrollowania.

Tyle że Michał już od początku wyjazdu był inny. Chłodny. Milczący. Czasem patrzył na mnie, jakby mnie nie poznawał. Jakby miał coś do powiedzenia, ale nie chciał tego wypowiedzieć. Albo nie wiedział jak. Wieczorem, pierwszego dnia w schronisku, próbowałam zacząć rozmowę, ale tylko przytakiwał. „Mhm.” „Może.” „Nie wiem.” Nie chciałam robić scen. Powtarzałam sobie, że może jest zmęczony. Że może to ten jego nastrój „górski”. Ale w środku czułam, że coś jest nie tak. I wtedy przypomniałam sobie, jak było na początku. Jak potrafił słuchać godzinami. Jak śmiał się z moich głupich opowieści o klientach z pracy, jak przynosił mi herbatę, gdy miałam zły dzień. Tego Michała zaczynało brakować. A może już go nie było? Ale wtedy jeszcze miałam nadzieję.

To nie miało być tak

Siedzieliśmy przy stole, a on wpatrywał się w swoją owsiankę, jakby próbował wyczytać z niej pogodę na najbliższe dni. Było cicho. Zbyt cicho jak na pierwszy wspólny poranek w górach. Schronisko pachniało kawą i rozmowami innych ludzi, ale między nami wisiało coś ciężkiego. Michał w końcu odłożył łyżkę i spojrzał na mnie.

– Kasia, dzisiaj pójdę sam. Muszę przejść trochę dłuższy szlak, potrzebuję... przemyśleć parę rzeczy. Oczyścić głowę.

Wbiłam w niego wzrok, szukając w twarzy jakiegoś znaku, że to żart, że zaraz się uśmiechnie i powie, że przecież idziemy razem. Ale nie uśmiechnął się. Nie wyglądał na zmieszanego. Był po prostu obojętny.

– A nie możemy iść razem? – zapytałam spokojnie, choć wszystko we mnie zadrżało.

– Nie tym razem, Kasia. Proszę, zrozum – odpowiedział, sięgając po kubek z kawą, jakby rozmowa dobiegła końca.

Przez chwilę milczałam. Jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że może coś między nami się naprawi. Ale to brzmiało jak wyrok. Jego ton był miękki, ale treść nie zostawiała miejsca na żadne pytania.

– To nie miało być tak – powiedziałam cicho.

Nie odpowiedział. Podniósł się od stołu, narzucił polar i wyszedł, nawet nie odwracając się w moją stronę. Zostałam sama, przy stygnącym śniadaniu i z pustką, która rozlewała się w środku coraz szerzej. Po jego wyjściu długo jeszcze siedziałam bez ruchu. Wciąż słyszałam jego słowa. „Muszę oczyścić głowę.” A ja? Czy ja nie istniałam?  Zaczęłam zadawać sobie pytania, których wcześniej unikałam. Czy on mnie jeszcze kochał? Czy w ogóle kiedykolwiek kochał tak, jak ja jego? Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz spojrzał na mnie tak, jak wtedy, gdy po raz pierwszy zaprosił mnie do siebie na kolację. Gdy dotykał mojej dłoni bez powodu, tylko po to, żeby czuć, że jestem obok. Zamiast odpowiedzi pojawiło się przeczucie, które zaczynało nabierać kształtów. Coś było nie tak.

Czułam się upokorzona

Przez większość dnia siedziałam w schronisku, udając, że mam coś do roboty. Przewracałam strony książki, której nie potrafiłam czytać. Gapiłam się w telefon bez zasięgu. Piłam zbyt dużo herbaty. W środku czułam rosnący ciężar, jakby każda minuta tej samotności ważyła więcej niż poprzednia. Czułam się upokorzona, odsunięta, niepotrzebna. Próbowałam wmówić sobie, że Michał naprawdę potrzebuje pobyć sam. Ale ile można udawać?

W końcu postanowiłam przejść się po okolicy. Włożyłam kurtkę i wyszłam przed schronisko. W powietrzu czuć było późne popołudnie – to moment, gdy szlaki pustoszeją, a echo rozmów wędrowców milknie wśród świerków. Nie miałam planu. Po prostu szłam przed siebie. 

W końcu dotarłam do niewielkiej knajpy. Postanowiłam rozgrzać się przy herbacie. Weszłam do środka. Było przytulnie i ciepło. Wewnątrz stały drewniane stoły. Już miałam zawrócić, gdy nagle zauważyłam, że przy jednym z nich siedzi Michał. Nie był sam. Jakaś kobieta siedziała tuż obok niego. Miała rude włosy spięte w niedbały kok, a w ręce trzymała kubek z herbatą. Uśmiechali się do siebie. Michał powiedział coś i ona zaśmiała się cicho. Pochyliła się w jego stronę, a on położył dłoń na jej ramieniu. To nie był przypadkowy dotyk. Nie wyglądało to na rozmowę między znajomymi z górskiego szlaku. Była w tym bliskość, której nie dało się pomylić.

Zamarłam. Miałam ochotę podejść, coś powiedzieć, krzyknąć. Ale stałam jak wbita w ziemię. Patrzyłam na nich przez chwilę. Dłużej nie mogłam. Odwróciłam się i ruszyłam w drogę powrotną. Serce biło mi zbyt szybko, ręce miałam lodowate. Powietrze robiło się chłodniejsze. Próbowałam sobie tłumaczyć to, co właśnie zobaczyłam. Może to nie było to, co myślę. Może to jakaś koleżanka. Może... Ale przecież widziałam, jak na nią patrzył.

Tak samo jak kiedyś patrzył na mnie. Kiedy dotarłam do schroniska, nie czułam już nic. Nie płakałam. Nie dzwoniłam do nikogo. Weszłam do środka i usiadłam na łóżku.  Nie miałam już pytań. Tylko cichy, narastający gniew. I wstyd. Bo dałam się nabrać na wspólną podróż, na te pozory. Bo przyjechałam z nadzieją, a zostałam z niczym.

Dla mnie czas się zatrzymał

Sięgnęłam po Michała plecak. Leżał przy łóżku łóżkiem, niedbale rzucony. Otworzyłam go, włożyłam do środka wszystkie jego rzeczy – bluzy, spodnie, latarkę, mapę, szczoteczkę do zębów. Starannie. Każdą parę skarpet zwinęłam osobno. Działałam powoli, jakbym wykonywała jakąś pracę fizyczną, która wymaga skupienia. Gdy skończyłam, zapięłam zamek i ustawiłam plecak przy drzwiach. Gotowy do wyjścia. Nie planowałam z nim rozmawiać. Nie chciałam. Nie potrafiłabym. Nie w tej chwili. I tak bym nie uwierzyła w ani jedno jego słowo.

Usiadłam na łóżku. Na zewnątrz zapadał zmrok. Słychać było skrzypienie desek na korytarzu, ktoś się śmiał przy kominku, ktoś inny wracał z toalety. Wszystko toczyło się jakby obok. Dla mnie czas się zatrzymał. Nie zasnęłam. Przewracałam się z boku na bok, wpatrzona w ciemność. Gdy w końcu usłyszałam znajome kroki na schodach i szelest jego kurtki, wstrzymałam oddech. Otworzyły się drzwi. Michał wszedł po cichu. Ja udawałam, że śpię. Następnego dnia wyszłam z pokoju rano. Zostawiłam pustą filiżankę po kawie na stoliku. Jego plecak stał tam, gdzie go zostawiłam – przy drzwiach. Nie zostawiłam żadnej kartki. Nie miałam ochoty się tłumaczyć. Nie byłam już częścią tej historii.

W głowie miałam bałagan

Schodziłam szlakiem bez celu. Nie wybrałam konkretnej trasy. Po prostu ruszyłam, byle dalej od schroniska, od Michała, od wszystkiego, co jeszcze wczoraj wydawało mi się wspólne. Góry pachniały porannym chłodem i mokrą ziemią. Słońce dopiero przebijało się przez chmury. Na szlaku było pusto, nie spotkałam nikogo. I dobrze. Nie chciałam nic mówić, nie chciałam nic słyszeć. Początkowo szłam szybko. W końcu zwolniłam. Usiadłam na jednym z większych głazów i zaczęłam oddychać głębiej. W głowie miałam bałagan.

Wróciły obrazy z początków naszej relacji. Michał, który czekał na mnie pod blokiem z termosami herbaty, bo mówiłam, że mam zmarznięte dłonie. Michał, który potrafił w środku dnia wysłać mi wiadomość: „Nie mogę się doczekać, aż cię zobaczę.” Ten sam, który dziś nawet nie zadał pytania, czy ze mną wszystko w porządku. Zaczęłam się zastanawiać, kiedy to się zmieniło. Czy był jakiś moment przełomowy, który przegapiłam? Jakiś sygnał, którego nie odczytałam? A może po prostu zaczęło się kruszyć stopniowo, jak coś, co nie było osadzone wystarczająco głęboko?

Czy to przeze mnie? Może za dużo oczekiwałam? Może byłam zbyt cicha, zbyt spokojna, zbyt przewidywalna? Może potrzebował kogoś innego – tej kobiety, z którą śmiał się przy stole, której dotykał z taką swobodą, jakby to było najnaturalniejsze na świecie. Wdech. Wydech. Nie miałam już siły się zadręczać. To nie była pora na rozmowy ani na tłumaczenia. Nie chciałam znać wersji wydarzeń, którą Michał być może miał w głowie. Nie potrzebowałam jego usprawiedliwień. Po raz pierwszy od dawna byłam pewna, czego chcę: odejść. Nie odsunąć się na chwilę, nie zrobić przerwy. Odejść.

Katarzyna, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: