Nazywam się Magda. Mam 35 lat i przez ostatnie dziesięć z nich byłam project managerką w jednej z warszawskich korporacji. Dobra pensja, służbowy laptop, prestiżowe szkolenia i kalendarz zapełniony spotkaniami. Czasem miałam wrażenie, że jestem jak arkusz kalkulacyjny – wiecznie otwarta i pełna formuł. Ale coś zaczęło się we mnie wypalać. Najpierw delikatnie – że nie chciało mi się wstawać rano. Potem mocniej – że nie czułam już niczego, prócz zmęczenia. I wreszcie – że każda nowa wiadomość na poczcie na przyprawiała mnie o dreszcze.

Nie wiem, czy to był impuls, czy może ostatni akt desperacji. A może jedno i drugie? W każdym razie, jeśli miałabym wskazać moment, w którym coś we mnie pękło, to był to ten poranek, kiedy znów wpadłam do biura spóźniona, z mokrymi włosami, niedopitą kawą i przeświadczeniem, że za chwilę wszystko się zawali. Bo projekt nie gotowy, bo klient czeka, bo zespół się sypie, bo ktoś znów czegoś ode mnie chce. I najgorsze – że to wszystko powinno mnie jeszcze obchodzić.

Czy ja naprawdę tego chciałam?

Zaczęłam marzyć o ciszy. Takiej prawdziwej. Nie weekendowej ucieczce za miasto, ale o życiu, w którym nie trzeba sprawdzać skrzynki mailowej co 15 minut. I któregoś wieczoru, przeglądając ogłoszenia – bardziej z ciekawości niż z nadzieją – znalazłam je: „Sprzedam dom z bali, działka 0.8 ha, do remontu, cena do negocjacji.” Zadrżało mi coś w środku. Zapisałam numer. Zadzwoniłam. Pojechałam. Gdy pierwszy raz stanęłam przed tym drewnianym domkiem, zarośniętym malinami i omszałym dachem, poczułam… ulgę. I coś jakby dziwną bliskość. Kupiłam go trzy tygodnie później. A dwa miesiące po tym wypowiedziałam umowę w korporacji, spakowałam się i przyjechałam tu na stałe. Zima już się zbliżała.

Pierwszego dnia cisza była niemal absolutna – przerywana tylko skrzypieniem desek i moimi krokami na śniegu. Szron malował misterne wzory na szybach, a ja siadałam pod kocem, z kubkiem gorącej herbaty. Byłam szczęśliwa. Ale potem przyszła noc, kiedy zgasło światło. Prąd – z niewiadomego powodu – przestał działać. Piec nie dogrzewał, woda w studni zamarzła, a śnieg zasypał drogę do wsi. Owinęłam się trzema warstwami koca, ale i tak drżałam z zimna. Latarka zaczęła słabnąć. Telefon przerywał każde połączenie. Przestałam czuć się bohaterką swojej nowej przygody. I zaczęłam się bać.

– Halo? Kasia? – próbowałam zadzwonić do przyjaciółki z Warszawy, ale zasięg przerywał.

– Magda? Gdzie ty jesteś?! – usłyszałam przez trzaski. – Magda?!

I cisza. Usiadłam w kuchni, owinięta w dwa swetry. Mróz wciskał się przez szpary w oknach, dłonie miałam sine. I tylko jedna myśl kołatała się w głowie: Czy ja naprawdę tego chciałam? Może się pomyliłam. Może znowu uciekłam – tym razem tylko głębiej.

Nic nie szło zgodnie z planem

Rano obudził mnie chłód. Nie było mowy o przytulnym poranku z gorącą kawą, jak w reklamach, które kiedyś podsyłały mi algorytmy. Tu nikt nie pytał, jak się spało. Tu po prostu się budziło i natychmiast szukało ciepła. Piec wygasł w nocy. Choć naszykowałam drewno wieczorem, znów nie udało mi się utrzymać ognia do rana. W piecu zostały tylko zimne popioły. Narzuciłam na siebie sweter i od razu ruszyłam do kuchni. Przez moment miałam nadzieję, że może wrócił prąd. Nic z tego. Kontakt milczał. Latarka – ta sama, która wczoraj ledwo zipała – dała jeszcze kilka sekund światła. Potem zgasła na dobre.

Stałam po ciemku, opierając się o zimną ścianę. Wzięłam głęboki oddech i na ślepo sięgnęłam po zapałki. Znalazłam je dopiero za trzecim razem. Płomień zamigotał, na moment rozjaśnił kuchnię, odsłaniając wiadro z wodą, które wczoraj przyniosłam ze stodoły. Podniosłam je i wtedy... coś się wyślizgnęło. Usłyszałam chlupot i mokry plask na podłodze. Zalałam deski do połowy.

– No pięknie, brawo, Magda – powiedziałam na głos z taką ironią, że aż poczułam złość w gardle.

Stałam nad kałużą i patrzyłam, jak woda powoli wciska się pod szafkę. Próbowałam wytrzeć to ręcznikiem, ale był sztywny od wczorajszego prania, które nie zdążyło wyschnąć. W końcu rzuciłam go w środek mokrej plamy i odsunęłam się na bok. W głowie dzwoniły słowa, które ktoś kiedyś do mnie powiedział – nie dasz rady sama. Tak właśnie brzmiały. I teraz, w tej ciemnej kuchni, z popsutym piecem i kałużą pod nogami, zaczęłam rozumieć, co wtedy czułam. Że muszę udowodnić, że potrafię. Że jak sobie wszystko zaplanuję, to będzie dobrze. Tyle że nic nie szło zgodnie z planem.

Masz dokładnie to, czego chciałaś

Wzięłam telefon. Może złapię choć chwilę zasięgu. Wyszłam przed dom. Śnieg był twardy, skrzypiał pod stopami. Komórka zawibrowała. Jedna kreska. Weszłam na próg stodoły i spróbowałam zadzwonić do pana Eugeniusza. To jedyny sąsiad, który mieszkał w miarę blisko. Poznaliśmy się, gdy kupowałam mieszkanie. 

– Halo? Panie Eugeniuszu? Ja z tego domku… – zaczęłam, ale w słuchawce zapanowała cisza, potem charakterystyczne piknięcie. Połączenie przerwane.

Spróbowałam jeszcze raz. I jeszcze raz. Zrezygnowana schowałam telefon do kieszeni. Spojrzałam na śnieg pod nogami. Wróciłam do środka i zamknęłam za sobą drzwi.

– Cisza, spokój i natura, świetny pomysł, naprawdę – mruknęłam, siadając przy stole. – Gratulacje, Magda. Masz dokładnie to, czego chciałaś.

Nie umiałam się do tego przyznać

Obudziłam się jeszcze przed świtem. Światło poranka sączyło się przez zmrożone szyby jak przez matowe szkło. Zrobiło się jeszcze zimniej niż wczoraj. Oddychałam parą. Czułam, jak mróz rozlewa się po wnętrzu domu, zakrada się pod kołdrę, ślizga po karku. Przez chwilę leżałam bez ruchu, ale wiedziałam, że nie mogę pozwolić sobie na luksus marazmu. Trzeba iść po zapasy. Włożyłam najcieplejsze rzeczy, jakie miałam. Stare rajstopy pod spodnie, golf, szalik zawinięty dwa razy wokół szyi. Na stopy grube skarpety i trapery, których nienawidziłam, kiedy jeszcze jeździłam w góry dla sportu. Dziś były bezcenne.

Ruszyłam pieszo do sklepu. Cztery kilometry w jedną stronę przez las. Zaspy sięgały po kolana, droga była ledwo widoczna. Brnęłam powoli, czując, jak palce u nóg zaczynają sztywnieć, mimo grubych warstw. W pewnym momencie musiałam się zatrzymać, bo kolano dało o sobie znać. Od lat miałam z nim problem, ale w mieście to był szczegół. Tu stał się przeszkodą. Kiedy wreszcie zobaczyłam dach sklepu, poczułam ulgę. Przez chwilę. W środku pachniało stęchlizną. Podeszłam do lady.

– Dzień dobry – powiedziałam.

Kobieta za kasą spojrzała na mnie, jakby nie zrozumiała, co znaczy to powitanie.

– Poproszę zapałki, chleb i... konserwy, jakiekolwiek – dodałam, pokazując ręką na półkę.

Bez słowa podała mi to, o co prosiłam. Zmrużyła oczy, mierząc mnie wzrokiem.

– Pani to nietutejsza? – zapytała wreszcie.

– Niedawno się przeprowadziłam, do tego domku pod lasem – wyjaśniłam, choć wcale nie miałam ochoty się tłumaczyć.

Skinęła głową i zaczęła nabijać ceny na kasę. Zapłaciłam i wyszłam. Droga powrotna była gorsza. Ramiona bolały od torby, śnieg zdążył przybrać na objętości, a ja traciłam siły. W pewnym momencie musiałam się zatrzymać, oparłam się o drzewo i przez chwilę miałam ochotę się rozpłakać.  Kiedy wróciłam do domu, rzuciłam torbę na podłogę i osunęłam się przy drzwiach. Minęło kilka minut, zanim się podniosłam. Przez chwilę chodziłam bez celu po kuchni.

Potem usiadłam przy stole z telefonem w ręku. Znalazłam numer do byłej szefowej. Patrzyłam na niego długo. W końcu zaczęłam pisać wiadomość.  „Miała pani rację. Nie dam tu rady. M.” Usunęłam. Napisałam jeszcze raz: „Nie wiem, po co tu przyjechałam. To nie miało sensu.” Znowu skasowałam. Wpatrywałam się w ekran i czułam, że coś we mnie pęka – nie z żalu, tylko z bezsilności. Chciałam napisać, że się myliłam. Ale nie umiałam się do tego przyznać. Nie chciałam jej dać tej satysfakcji. Zablokowałam ekran. Schowałam telefon do kieszeni. 

Nie było dokąd wracać

Wieczór przyszedł szybko. Siedziałam przy kuchennym stole owinięta kocami, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Zaczęłam płakać, najpierw bezgłośnie, potem coraz gwałtowniej. Łzy leciały same, jakby organizm wreszcie dostał pozwolenie. Miałam wrażenie, że zostałam tu sama z decyzją, której nie da się cofnąć. Sprzedałam mieszkanie. Odeszłam z pracy. Nie było dokąd wracać. Wzięłam telefon i znalazłam numer byłego partnera. Patrzyłam na ekran długo. 

– Po co? – powiedziałam na głos. – Żeby usłyszeć, że miał rację?

Odłożyłam telefon na stół.

– Co ty najlepszego zrobiłaś – wyszeptałam do siebie.

Postanowiłam, że udam się sama do pana Eugeniusza. Po małej wyprawie w śniegu w końcu stanęłam przed jego domem. Drewniany ganek, ciepłe światło, dym z komina. Zanim zdążyłam zapukać, drzwi się uchyliły.

– Dzień dobry… Przepraszam, że tak późno. Jestem z tego domku pod lasem. Magda. Pamięta mnie Pan? – powiedziałam nieśmiało/

Eugeniusz skinął głową i zaprosił gestem do środka. Stary piec w kącie buczał, pachniało drewnem i herbatą. Usiadłam przy stole, zdjęłam czapkę, ręce miałam lodowate. Eugeniusz postawił przede mną kubek.

Zima jest najgorsza – powiedział spokojnie, bez pośpiechu. – Ale potem będzie już tylko lepiej.

Kiwnęłam głową.

– Nie wiem, czy się do tego nadaję – przyznałam cicho.

Spojrzał na mnie z uwagą, ale nie odpowiedział od razu. Pociągnął łyk herbaty i dopiero wtedy powiedział:

– Moja żona też była z miasta. Przyjechała na próbę. Została.

Nie pytał o szczegóły. Nie pocieszał na siłę. Siedzieliśmy w ciszy, która po raz pierwszy od tygodni nie bolała.


Eugeniusz przyjechał rano saniami. Śnieg skrzypiał pod kopytami konia, powietrze było ostre, ale już nie tak lodowate jak wcześniej. Czekałam na progu, niepewna, czy naprawdę przyjedzie. Uśmiechnął się lekko, zszedł z sań i zapytał:

– Piec dalej kapryśny?

Kiwnęłam głową. Razem weszliśmy do środka. Zdjął kurtkę, rozejrzał się i od razu zabrał do pracy. Wskazał, co przynieść, co podtrzymać. Słuchałam go uważnie. Pokazał mi, jak ułożyć drewno, kiedy dokładnie dorzucać. 

– Zobaczysz, będzie trzymał ciepło. Ale musisz tego pilnować – powiedział, prostując się.

– Dziękuję – odpowiedziałam.

Został jeszcze chwilę. Przy herbacie rozmawialiśmy już swobodniej. Nie o życiu, nie o planach, tylko o tym, co dziś, co jutro – zwyczajnie. Wieczorem siedziałam przy stole, tym razem było mi przyjemnie i ciepło. „Dlaczego tu przyjechałam?” pytałam siebie na głos, prawie szeptem, a potem pomyślałam, że może nie po spokój, ale po coś innego. Może po to, żeby się zgubić, a potem na nowo odnaleźć. Tym razem nie płakałam.

Magda, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: