Mam na imię Zofia. Mam siedemdziesiąt osiem lat i coraz mniej siły do udawania, że wszystko jest w porządku. Dzień za dniem wygląda podobnie: herbata z cytryną, wiadomości w radiu, szybkie zakupy, krzyżówka i samotny obiad. Nie narzekam – nauczyłam się nie oczekiwać zbyt wiele. Córka, Barbara, dzwoni od wielkiego dzwonu. Nigdy nie była serdeczna. Zawsze chłodna, zajęta sobą, zmęczona. A wnuczka? Joasia kiedyś była moim oczkiem w głowie. Po studiach wyjechała i tyle ją widziałam. Nie dzwoniła. Nawet na święta nie przysłała SMS-a. Ot, inne czasy, inne dzieci. Dlatego kiedy zadzwoniła i powiedziała, że chce mnie odwiedzić w Dzień Babci, zdębiałam. Pomyślałam: „Czemu teraz? Po tylu latach?” Ale coś we mnie zadrżało. Taka cicha nadzieja. Że może… po prostu zatęskniła.
– Upiekę ci sernik – powiedziałam.
– Super – rzuciła szybko. – Będę po piętnastej.
Rozłączyła się. A ja siedziałam potem długo w milczeniu, patrząc przez okno. Jak głupia. Z rękami na kolanach i z sercem, które znowu zaczęło głupio wierzyć, że komuś jeszcze na mnie zależy.
Czułam, że zmieniło się wszystko
Usłyszałam dzwonek do drzwi punktualnie o piętnastej. Spojrzałam w wizjer – stała tam. Joanna. Moja wnuczka. Piękna, pewna siebie, ubrana tak, że aż mi dech zaparło. Płaszcz w modnym kolorze, torebka, która wyglądała na bardzo drogą, a w rękach – bukiecik tulipanów. Skromny, ale ułożony jak z katalogu. Pachniała perfumami, których nie znałam. Ale jej spojrzenie…było chłodne, jakby przyszła na spotkanie służbowe, a nie do babci.
– Babciu – uśmiechnęła się. – Dobrze wyglądasz.
– No… jakoś się trzymam – odparłam, cofając się do przedpokoju. – Wchodź, kochanie. Sernik jeszcze ciepły.
Zrzuciła płaszcz z gracją, jakby pozowała do zdjęcia. Usiadłyśmy przy stole. Mówiła dużo. O pracy, o projektach, o koleżankach z korpo, o podróży do Lizbony. Czekałam, aż zapyta co u mnie, ale nie zrobiła tego. Wzięła kawałek sernika. Ugryzła.
– Pamiętam ten smak – powiedziała. – Nic się nie zmienił.
A ja tylko patrzyłam na nią i czułam, że zmieniło się wszystko. Że ta dziewczyna, która siedzi przede mną, to nie moja Joasia. To ktoś zupełnie inny. Obcy.
Patrzyłam na nią zdziwiona
Zaraz po deserze napięcie zaczęło rosnąć. Czułam to. Joanna odsunęła talerzyk i oparła się wygodnie, jakby to była jej konferencyjna sala, nie moja kuchnia.
– Babciu… a ty to w ogóle… jak dawałaś radę po odejściu dziadka? – zaczęła.
Trochę zaskoczyło mnie jej pytanie.
– A co miałam robić? Żyć trzeba było. Praca, zakupy, życie. Człowiek się uczy samotności, jak musi.
– No a jak z pieniędzmi?
– No wiesz, czy nigdy nie narzekałaś na brak kasy.
Patrzyłam na nią zdziwiona. Nie pytała z troską. Pytała z kalkulacją.
– Joasiu… po co ci to wiedzieć?
Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się lekko, jakby chciała wszystko obrócić w żart.
– A tak tylko pytam. Ostatnio z koleżanką w pracy gadałyśmy, że nasze babcie to tak naprawdę mają więcej pieniędzy niż my wszyscy razem wzięci. I że większość z nich nawet nie wie, co z tym zrobić.
– Mam wszystko poukładane – powiedziałam ostrożnie. – Ale to moje sprawy, Joasiu.
– Nie no jasne! – rzuciła szybko. – Tylko tak sobie myślałam, że może warto pomyśleć o tym wcześniej o jakimś no wiesz, testamencie, zanim będzie… za późno.
Uśmiechała się. Ale w tym uśmiechu było coś, co zabolało mnie bardziej niż jakiekolwiek słowo. Jakby przyszła tu nie po sernik. Nie po wspomnienia. Tylko sprawdzić, co jeszcze może z babci wycisnąć. I wtedy coś we mnie pękło.
Mnie już to nie wzruszało
Wstałam od stołu. Bez słowa. Podeszłam do okna i przez chwilę tylko patrzyłam na osiedlowe drzewa.
– Joasiu – odezwałam się w końcu cicho, ale twardo. – Powiedz mi szczerze… po co naprawdę przyszłaś?
– No w końcu Dzień Babci.
Odwróciłam się. Spojrzałam jej prosto w oczy.
– Nie kłam. Przez sześć lat cię nie było. Nie wpadłaś na Wigilię, nie zadzwoniłaś na urodziny. A teraz, nagle, przypomniałaś sobie o mnie?
Joanna milczała.
– Co się dzieje? Potrzebujesz czegoś? Pieniędzy?
– Babciu, ja nie… – zaczęła, ale jej głos się załamał. – Mam kłopoty. Kredyt. Firma nie wypaliła. Myślałam, że dam radę, ale… nie daję.
Westchnęłam.
– I pomyślałaś, że babcia się zlituje.
– Nie o to chodzi… Po prostu... jesteś jedyną osobą, której jeszcze mogę zaufać.
– Nie przyszłaś tu z potrzeby serca. Przyszłaś po kasę – powiedziałam wprost. – Po to był ten bukiecik? Po to te słodkie uśmiechy?
Joanna spuściła wzrok. Ale mnie już to nie wzruszało.
– Joasiu… ja całe życie robiłam wszystko dla was. A dziś, kiedy przyszłaś, nie zapytałaś mnie, jak się czuję. Czy mam z kim pogadać. Czy nie boję się sama zasypiać. Przyszłaś tylko po to, co można ode mnie jeszcze wyciągnąć.
Patrzyła na mnie z twarzą, która przez lata była dla mnie najdroższa. A teraz… była obcą kobietą. Zawsze byłam dla nich zapleczem. Nikt nie pytał, czego ja chcę. Tylko – co mam. I ile z tego można zabrać.
Czas przestać czekać
Joanna wyszła wcześniej, niż zapowiadała. Bez sernika, bez słowa „dziękuję”. Tylko z tym samym zapachem perfum, który jeszcze długo unosił się w przedpokoju. Słyszałam jej obcasy na klatce, coraz ciszej… aż w końcu zapadła ta znajoma, gęsta cisza. Mieszkanie znowu było puste. Usiadłam w fotelu. Przy stole został jeszcze jeden kawałek sernika. Taki trochę z boku, najładniejszy. Ten, który zawsze zostawiałam specjalnie dla niej. Z przekonaniem, że będzie chciała dokładkę. Nie wzięła. Nawet nie spojrzała.
Zamknęłam oczy i zobaczyłam małą Joasię. Jak trzymałam ją za rączkę w drodze do przedszkola. Jak poprawiałam jej czapkę, żeby nie zmarzła. Jak tuliła się do mnie na pożegnanie. I pomyślałam: ta sama dłoń, która kiedyś ściskała moją z dziecięcym zaufaniem, dziś przyszła tylko sięgnąć do mojego portfela. Nie płakałam. Ja po prostu poczułam… ulgę. Bo zrozumiałam, że czas przestać czekać. Na telefony. Na wizyty. Na „kocham cię”. To się nie wydarzy.
– Nie jestem bankiem – powiedziałam na głos, do pustego mieszkania. – I nie będę zapisywać mojego życia nikomu, kto widzi we mnie tylko konto oszczędnościowe.
Nie mam czasu na preteksty
Siedziałam w fotelu, owinięta kocem i patrzyłam przez okno na ciemniejące niebo. Na śnieg, który powoli zaczął prószyć, jakby chciał wszystko przykryć, wygładzić. Uliczne latarnie rozświetlały biały puch, a ja poczułam coś na kształt spokoju. Chłodnego, ale czystego. Na stole wciąż leżała nieotwarta bombonierka, ta, którą Joanna przyniosła. Mała, w złotym papierze. Taka symboliczna – jak cały ten teatrzyk. Nie miałam ochoty jej rozpakować.
Wstałam i wyjęłam z szuflady kopertę z dokumentami. Testament, notatki, kontakty do fundacji. Przez ostatnie lata zmieniałam zdanie wiele razy – raz miało być dla Joasi, raz dla Barbary. Ale dziś wiedziałam jedno. Nie zostawię swojego mieszkania nikomu, kto widzi we mnie tylko „starszą panią z kawalerką do wzięcia”. Zgasiłam światło. Usiadłam znowu w fotelu. Dzień Babci był tylko pretekstem. A ja już nie mam czasu na preteksty. Teraz to ja wybieram, komu zostawię to, co mi zostało.
Zofia, 78 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Babci wnuki wpadają do mnie jak do baru szybkiej obsługi. Jedzą sernik w pośpiechu i tyle je widziałam”
- „Wydałam fortunę, żeby zrobić przyjemność wnukowi. Zamiast wdzięczności, czekało mnie bardzo bolesne rozczarowanie”
- „Nie pomyślałbym, że będę spłacał alimenty syna. Musieliśmy z żoną sprzedać wszystko i oddać całe pieniądze na wnuki”









