Mam na imię Irena. Siedemdziesiąt lat stuknęło mi szybciej, niż zdążyłam się obejrzeć, a emerytura… cóż, nie stuknęła tak ładnie. Starcza, ale tylko pod warunkiem, że człowiek nie ma żadnych zachcianek, potrzeb i marzeń. A ja mam jedno — żeby mój wnuk, Antoś, widział we mnie nie starą babę, ale kogoś, kto potrafi mu sprawić radość. Czasem myślę, że to jedyne, co mi jeszcze dobrze wychodzi.
Chciałam zrobić wnukowi niespodziankę
Wczoraj pojechałam po kurtkę, którą Antoś wypatrzył w internecie. W galerii było jak zwykle — tłumy, hałas, muzyka waląca po uszach. Wchodząc, pomyślałam, że chyba jednak jestem za stara na takie wyprawy. Ledwo zrobiłam kilka kroków, a już bolały mnie nogi. Pod sklepem z odzieżą dziecięcą chwilę stałam, zbierając odwagę. W końcu weszłam i złapałam pierwszą kurtkę, jaka była podobna do tej z internetu.
– Przepraszam, czy… – zaczęłam niepewnie, trzymając kurtkę wyciągniętą przed siebie jak tarczę. – Czy to może być ta… jak to się mówi… promocyjna?
Ekspedientka, młodziutka, z paznokciami dłuższymi niż mój miesięczny spis wydatków, zerknęła na mnie z góry: – Ta? Nie. Zniżka jest tylko online.
– No nic, Irena, nie będziesz przecież robić z siebie głupiej… – wymamrotałam sama do siebie pod nosem. – Kupi się. Raz się żyje.
A jednak serce ścisnęło mi się, gdy zobaczyłam rachunek. Ta cena… Tak mnie zabolała, że aż poczułam ucisk w klatce piersiowej. Ale wzięłam. Bo jak nie ja, to kto? Przy kasie, gdy pakowałam kurtkę do torby, pomyślałam nagle, że ta kurtka jeszcze mi bokiem wyjdzie. Widocznie już wtedy coś przeczuwam…
Nie mogłam tego przeżyć
Siedziałam na ławce przy przystanku, torbę z kurtką trzymałam na kolanach tak mocno, jakby mi ją ktoś chciał zabrać. Wyjęłam rachunek i patrzyłam na niego chyba z minutę, aż cyferki zaczęły mi się zlewać. Westchnęłam i schowałam go z powrotem, ale w środku we mnie gotowało się coraz bardziej. W głowie dudniło jedno pytanie: po co się tak zapędziłam?
Usiadłam głębiej, oparłam łokcie na torbie. Miałam wrażenie, że wszyscy wokół wiedzą, że wydałam za dużo, że jestem zbyt naiwna, że dałam się ponieść temu całemu świątecznemu rozgardiaszowi. Miałam ochotę wstać i zawrócić do sklepu, ale wiedziałam, że niczego nie oddam. Tak było zawsze: najpierw panika, potem wstyd, a na końcu pogodzenie się z tym, że i tak już po wszystkim.
W drodze do domu przystanęłam na rogu ulicy i nagle wyrwało mi się z gardła coś, nad czym nie zapanowałam: Czasem chciałabym nie czuć się tak bezradnie!
Powiedziałam to zbyt głośno, bo przechodzący obok mężczyzna spojrzał na mnie z troską: – Wszystko w porządku? – zapytał.
Machnęłam ręką: – Nic się nie stało, dziękuję.
Kiedy ruszyłam dalej, poczułam strach. Przeraziło mnie to jedno zdanie, które wyrwało się ze mnie prawie jak krzyk. Jakby coś się na moment przebiło przez moje codzienne udawanie spokoju. Szłam szybciej, byle dojść do domu i zamknąć za sobą drzwi.
Musiałam pochwalić się córce
Gdy tylko weszłam do mieszkania, zdjęłam płaszcz i oparłam się o ścianę. Torba z kurtką leżała na podłodze, jakby sama ważyła pół tony. Po kilku minutach zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do córki. Chciałam tylko powiedzieć, że prezent mam już z głowy, nic więcej.
– Kupiłam kurtkę dla Antosia – zaczęłam spokojnie. – Taką, jak chciał.
Przez chwilę milczała, jakby to musiała przetrawić: – Mamo… przecież umawiałyśmy się, że nie będziesz wydawać tyle pieniędzy.
– Nie wydałam aż tyle – odparłam, choć obie dobrze wiedziałyśmy, że to nieprawda. – Chciałam, żeby miał coś porządnego.
– Ale mówiłam, żebyś się nie forsowała finansowo. Naprawdę musiałaś? Mogłaś chociaż zadzwonić, zapytać. Mamo, ostatnio widzę, że bierzesz na siebie za dużo.
– Przesadzasz – przerwałam jej. – Wiesz, że staram się jak mogę. Nie musisz mnie pilnować – powiedziałam sztywno.
Po drugiej stronie zapadła sztywna cisza, tak gęsta, że aż nie do zniesienia: – Wrócę jutro po południu – odezwała się w końcu. – Musimy pogadać.
– Nie trzeba. Wszystko jest dobrze.
Rozłączyłam się z poczuciem, że coś w jej głosie było nie takie. Jakby kryła jakiś niepokój, którego jeszcze nie potrafiłam nazwać. Poczułam, że nie mówi mi wszystkiego, choć sama nie wiedziałam czego powinnam się bać.
Dostałam cios prosto w serce
Następnego dnia wieczorem położyłam się wcześniej, ale sen nie chciał przyjść. Kręciłam się z boku na bok, w głowie kłębiły się resztki naszej rozmowy. W końcu przymknęłam oczy, choć bardziej udawałam niż naprawdę spałam. Usłyszałam, że drzwi wejściowe cicho się otwierają. To musiała być córka. Myślałam, że zajrzy do mnie, ale zamiast tego usłyszałam jej głos w przedpokoju. Drzwi były lekko uchylone, tylko odrobinę, ale wystarczająco, by dźwięki przedostały się do środka.
– Nie wiem, jak jej to powiedzieć – wyszeptała. – Mam wrażenie, że traci kontrolę.
– Musicie to z nią omówić – odpowiedział zięć. – Inaczej to będzie się ciągnąć. Przecież widzisz, że nie daje rady. To kwestia czasu, aż wydarzy się coś poważniejszego.
Zamarłam. Serce zaczęło walić jak młot. Nie byłam pewna, czy dobrze słyszę, czy może źle interpretuję słowa, ale brzmiące między nimi troska i napięcie wbijały mnie w materac.
– Nie chcę jej ranić – szeptała dalej córka. – To moja mama. Ale Antoś… On jest dla niej wszystkim, a ja boję się, że ona się tym wszystkim za bardzo obciąża.
Nie wytrzymałam. Wstałam i otworzyłam szerzej drzwi. Oboje spojrzeli na mnie jak na kogoś, kogo złapano w miejscu, w którym nie powinien być.
– O czym mieliście mi powiedzieć? – zapytałam. – Słyszałam każde słowo.
– Mamo… – zaczęła cóka cicho. – Chcemy, żebyś odpoczęła. Chcemy, żeby ferie Antoś spędził u nas, nie u ciebie. Widzimy, że jest ci coraz ciężej i boimy się, że nie poradzisz sobie z opieką. Chodzi tylko o jego bezpieczeństwo.
Te słowa uderzyły we mnie jak zimna woda: – Czyli uważacie, że się do niczego nie nadaję?
Nie mogłam się z tym pogodzić
Siedzieliśmy przy stole, ja wciąż w tej samej pozycji, jakbym bała się poruszyć, żeby to wszystko nie stało się jeszcze bardziej prawdziwe. Córka patrzyła na mnie z takim napięciem, jakby oczekiwała wybuchu, lecz we mnie nie było już siły na krzyk. Została tylko gorycz.
– Myślicie, że nie daję rady? powiedziałam w końcu. – To teraz wam opowiem, jak wyglądał ten dzień, kiedy kupiłam kurtkę, żebyście zrozumieli, że ja się staram, choć może nikt tego nie widzi. W galerii byłam już zmęczona po pięciu minutach. Okazało się, że ta kurtka nie jest przeceniona w sklepie, tylko przez internet, więc pomyślałam, że może znajdę inną…tańszą…Ludzie obok przewracali oczami, bo zajmowałam miejsce. Złapałam więc tę kurtkę i poszłam do kasy. Myślałam tylko o tym, żeby Antoś się ucieszył.
Patrzyłam teraz na córkę: – Ta kurtka była dla mnie czymś więcej. Chciałam, żebyście zobaczyli, że jestem jeszcze potrzebna. Że jeszcze potrafię coś dać.
– Mamo… – zaczęła córka, ale jej głos drżał. – Dlaczego mi tego nie powiedziałaś?
– A co by to zmieniło? – spytałam. – Mówiłabyś, żebym uważała. Jak zawsze.
Wstałam, bo czułam, że dłużej tu nie wytrzymam: – Muszę wyjść. Potrzebuję powietrza.
Cóka nie protestowała, więc wyszłam na klatkę schodową, a potem na ulicę. Chodziłam bez celu, mijając ludzi, którzy mieli swoje sprawy, swoje torby, swoje życie. Kiedy poczułam, że już nie mogę, zatrzymałam się przy bramie kamienicy znajomego. Zapukałam. Drzwi otworzył pan Roman, zaskoczony moim widokiem.
– Ireno… co się stało?
Zacisnęłam palce na pasku torebki: – Mogę wejść? Bardzo potrzebuję rozmowy.
Musiałam się komuś wygadać
U Romana pachniało herbatą i ciepłem, które człowiek czuł od razu po przekroczeniu progu. Usiadłam na krześle przy stole, a on nalał mi gorącej herbaty, nie pytając o nic. Chyba widział po mojej twarzy, że słowa same przyjdą.
– Kupiłam kurtkę Antosiowi – zaczęłam. – A oni chcą, żeby ferie spędził u nich.
Roman uniósł brwi: – Tylko tyle?
– Nie chodzi o ferie. Uważają, że nie daję rady. Że jestem zbyt… nieporadna. Że może mi coś umknąć.
– A jak ty się z tym czujesz? – zapytał spokojnie.
– Jak ktoś, kogo odstawiają na bok. – Wzięłam łyk herbaty, żeby ukryć drżenie głosu. – Ta kurtka… Przecież to nie chodzi o samą rzecz. Tyle się starałam, żeby wszystko załatwić sama. Chciałam, żeby wiedzieli, że jeszcze mogę być babcią z prawdziwego zdarzenia.
Roman przysiadł naprzeciwko mnie: – Ireno, każdy się boi starości. Ja też. I też miałem momenty, w których myślałem, że już tylko przeszkadzam. Człowiek widzi, że coraz mniej od niego zależy i bierze go strach. Twoja córka pewnie martwi się już od dawna. Tylko nie chciała cię zranić.
Zamilkłam. Nie wiedziałam, co myśleć. Bolało mnie to, że rozmawiali o mnie za moimi plecami, ale równocześnie słowa Romana sprawiały, że część tej złości opadała.
– A może naprawdę przesadzam? – wymknęło mi się. – Może ja im tylko przeszkadzam.
– Nie przeszkadzasz – odpowiedział stanowczo. – Tylko nie chcesz przyznać, że nie musisz wszystkiego dźwigać sama. Masz prawo być zmęczona. Zacznij od tego, że jesteś człowiekiem, a nie maszyną. I że chcesz być częścią ich życia, nie dodatkiem.
Pokiwałam głową, choć w środku wciąż wszystko się we mnie mieszało. Wstyd, żal, ulga i jakaś cicha nadzieja, że może jeszcze nie wszystko stracone. Siedzieliśmy tak długo, aż zmęczenie zaczęło mnie przytłaczać.
– Dziękuję – powiedziałam, wstając. – Chyba już pójdę do domu.
Wróciłam do mieszkania z poczuciem, że wcale nie wiem, co zrobię dalej. Wiedziałam tylko tyle, że muszę szczerze porozmawiać z córką i zięciem, bo mimo wszystko jedyne, co się dla mnie liczyło, to więź z nimi i moim ukochanym wnukiem.
Irena, 70 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zjazd absolwentów przywołał nie tylko wspomnienia ze szkolnej ławki. Wraz z nimi wróciła do mnie miłość z dawnych lat”
- „Wybaczyłam mężowi zdradę dwa razy, trzeciego nie będzie. Muszę zachować chociaż jakieś resztki godności”
- „Po rozwodzie czułam się przezroczysta i bezużyteczna. Dopiero nowy romans na nowo obudził we mnie kobietę”









