Kiedyś Dzień Babci pachniał wanilią i rosołem. Dziś pachnie kurzem i czekaniem. Wstawiam wodę na herbatę, jak co dzień o tej samej porze. Czasem łapię się na tym, że liczę szklanki – cztery, pięć... na zapas, jakby naprawdę wszyscy mieli przyjechać. Ale już wiem, że to nie te czasy. Teraz wszystko trwa chwilę. Pstryk, zdjęcie, uścisk i już ich nie ma. Przez lata wypracowałam swoje rytuały. Kawę piję o dziewiątej, radio włączam po południu – byle nie myśleć za dużo.

A myśli i tak przychodzą. Wspomnienia leją się same: jak Krzyś, mój wnuczek, kiedyś tańczył w kuchni w piżamie, a Ania – synowa – śmiała się z rozmazanym tuszem, bo płakała od śmiechu. Teraz... teraz wszyscy są zajęci. A ja – chociaż nie narzekam – czuję się jak ozdoba, którą wyciąga się raz do roku z pudła. Telefon dzwoni. Odbieram zbyt szybko, bo serce mi przyspiesza – jak za dawnych lat, gdy się czekało na randkę.

– Mamo, będziemy o 17. Dzieci mają zajęcia, ale wpadniemy na godzinkę.

– Dobrze, kochanie. Upiekę sernik. Wasz ulubiony.

– Super, mamo. Tylko nie przesadzaj, nie będziemy siedzieć długo.

A ja tylko kiwam głową. Chociaż oni tego nie widzą. Znowu chcę za bardzo. Chcę, żeby posiedzieli. Żeby Krzyś zapytał, co u mnie. Żeby Ania powiedziała, że pachnie tu jak w domu. Zostaję z sernikiem i cichą nadzieją. I z lękiem – bo co jeśli i ta godzina to za dużo?

Najlepsza babcia świata

Przyjechali dokładnie o siedemnastej, jak zapowiedzieli. Auto zatrzymało się przed blokiem i już po chwili usłyszałam szybkie kroki na schodach. Otworzyłam drzwi, zanim zdążyli zadzwonić.

– Cześć, mamo! – rzuciła Ania, całując mnie w policzek, zanim jeszcze zdążyłam coś powiedzieć.

Za nią wszedł mój syn, przytaknął głową i pocałował mnie w czoło, jakbyśmy się widywali co drugi dzień. Dzieci weszły ostatnie, każde z telefonem w ręce, nawet nie spojrzały w moją stronę.

– No to jesteśmy, ale tylko na godzinkę, dobra? – dodała Ania, już zdejmując płaszcz.

– Oczywiście, rozumiem – odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć, choć już wtedy czułam, że za nic nie zdążymy naprawdę porozmawiać.

W kuchni pachniało sernikiem. Postawiłam go na stole, obok dzbanka z herbatą i filiżanek, które wypolerowałam rano, tak na wszelki wypadek. Usiedli. Każdy gdzie indziej. Ania przeglądała coś w telefonie, mój syn patrzył w okno, dzieci taplały się w jakichś filmikach z internetu.

– Może spróbujecie sernika? – zagaiłam, podsuwając talerz bliżej.

– Zaraz, babciu. Jeszcze tylko ten poziom przejdę – mruknął Krzyś bez podnoszenia głowy.

Zapanowała niezręczna cisza, przerwana przez Anię.

– O! Zróbcie zdjęcie z babcią, wrzucimy na profil! – powiedziała z nagłym entuzjazmem. – Babciu, uśmiechnij się!

– Ale… może najpierw kawa? – zaproponowałam cicho.

– Nie, teraz! Dzieci zaraz muszą lecieć. Chodźcie, no, siadajcie do babci.

Podeszli. Krzyś usiadł z jednej strony, Julka z drugiej. Ja poprawiłam sweter i przyjęłam swoją minę do zdjęcia. Taką, jaką znałam z lusterka: łagodną, spokojną, jakby nic mnie nie bolało.

– Klik! Idealnie! – ucieszyła się Ania, od razu zaczynając coś wystukiwać na ekranie. – Zobacz, babciu, wrzuciłam! Napisałam: „Najlepsza babcia świata”!

– Piękne zdjęcie – powiedziałam, patrząc na siebie z dystansu, jak na jakąś obcą kobietę. Uśmiechałam się na nim, tak jak prosili.

Siedzieliśmy jeszcze chwilę. Skubnęli trochę sernika. Miałam wrażenie, że ten czas im przeciekał przez palce, jakby przyszli tylko po to jedno zdjęcie.

Byłam dodatkiem do ich dnia

Zniknęli tak szybko, jak się pojawili. Zbiórka kurtek, szybkie buziaki, kilka zdawkowych słów. Ania jeszcze w drzwiach poprawiała włosy, mówiąc coś o korkach. Krzyś rzucił bez przekonania „pa, babciu”, nie odrywając wzroku od telefonu. Julka nawet się nie obejrzała. Zostałam sama. W kuchni stały cztery filiżanki z herbatą, każda ledwo napita. Sernik był prawie nienaruszony. Jedno ugryzienie, może dwa. Przysiadłam na krześle i wpatrywałam się w stół, na którym wszystko zostało tak, jak im podałam.

Wzięłam telefon. Otworzyłam aplikację, tę samą, w której Ania opublikowała zdjęcie. „Najlepsza babcia świata” – przeczytałam podpis. Pod spodem serduszka, komentarze, zachwyty znajomych: „Ale cudnie!”, „Szanujcie ją!”, „Piękna rodzina!”. Patrzyłam na siebie, na ten uśmiech, na tę uprzejmość, której nauczyło mnie całe życie. Ale to nie byłam ja. To była rola, maska. Babcia do zdjęcia. Ciepła, wytarta z emocji twarz, która miała tylko potwierdzić, że wszystko gra.

Czy naprawdę o to chodzi? – powiedziałam półgłosem, zerkając na puste miejsce po nich.

Herbata była już zimna. Uniosłam filiżankę, ale odstawiłam ją z powrotem. Nagle zrobiło się bardzo cicho. A ta cisza bolała bardziej niż jakiekolwiek słowo. Nie zapytali, jak się czuję. Nie zapytali, czy czegoś potrzebuję, czy czegoś mi brak. Byłam dodatkiem do ich dnia. Punktem do odhaczenia, ozdobą do zdjęcia. Oparłam się o oparcie krzesła, zamknęłam oczy i pozwoliłam, żeby łzy spłynęły mi po policzkach. Po cichu. Żeby nikt nie słyszał. Żeby nie popsuć tego ładnego obrazka, który wrzucili do internetu.

My tu zostajemy same

Wyszłam z mieszkania, bo nie mogłam już znieść tej ciszy. Zsunęłam płaszcz z wieszaka, wsunęłam ręce w rękawiczki i zeszłam po schodach, powoli, jakbym schodziła z myśli. Na klatce spotkałam Janinę. Mieszka piętro niżej. Słyszałam, jak rano jej córka pukała do drzwi – z wnuczką. Też miała dziś wizytę.

– Jak tam, Bożenko, odwiedzili cię? – zapytała Janina, uśmiechając się, ale w oczach miała tę samą pustkę, którą czułam w sobie.

– Tak. Wpadli na chwilkę.

– U mnie też byli. Wnuczka wrzuciła zdjęcie. I poszli. Nawet nie zdążyłam postawić ciasta na stół, a już ich nie było.

Stanęłyśmy naprzeciw siebie, dwie kobiety w wieku, w którym nikt już niczego nie oczekuje na głos, ale wszystko czuje się mocniej niż dawniej.

– I co z tego, że wrzucą? – powiedziałam. – My tu zostajemy same.

Janina kiwnęła głową. Zaciągnęła się dymem z papierosa i patrzyła gdzieś w bok.

– Najgorzej, że już nawet nie mam siły się cieszyć tymi chwilami – rzuciła cicho. – Nawet jak są, to ich jakby nie było. Jakby siedzieli gdzie indziej, myślami. Jakbyśmy im przeszkadzały.

Jesteśmy tylko przystankiem – powiedziałam. 

Westchnęłyśmy niemal jednocześnie, jakby z tej samej przegranej.

– Dobrze, że jesteś, Janina – rzuciłam w końcu. – Przynajmniej z tobą można tak po ludzku porozmawiać.

– Uważaj, bo jeszcze pomyślą, że narzekamy – mruknęła z ironią, a potem uśmiechnęła się krzywo. – Dobra, wracam. Mam zimne gołąbki. Zjemy samotnie, każda u siebie?

– Jak zawsze – odpowiedziałam. – Jakby tak miało być.

Wszędzie tylko pozory

Po powrocie do mieszkania zdjęłam płaszcz, ale nie zdjęłam z siebie ciężaru tego dnia. Stałam chwilę w przedpokoju, jakby szukając decyzji, co teraz. Kuchnia wciąż pachniała sernikiem. Herbatę wylałam do zlewu. Pora była już późna, ale nie chciało mi się spać. Nie miałam też ochoty włączać radia ani telewizora. W domu było zbyt wiele ciszy, żeby ją zagłuszać. Usiadłam przy stole. Zsunęłam z blatu telefon i położyłam go przed sobą. Zdjęcie wciąż było na ekranie. Uśmiechnięta ja, z wnukami, zrobiona poza czasem i uczuciami. Przesunęłam palcem, ale nigdzie nie było prawdy. Wszędzie tylko pozory.

Pociągnęłam szufladę i wyjęłam notes. Zwykły, cienki, z kartkami w kratkę. Przez chwilę siedziałam bez ruchu, patrząc na pustą stronę. Potem wzięłam długopis i zaczęłam pisać. Nie wiedziałam do kogo. Może do siebie sprzed lat, a może do nich, gdyby tylko chcieli kiedyś przeczytać.
„Nie jestem zdjęciem. Jestem kobietą, która każdego dnia czeka. Czeka nie na wasze zdjęcia, nie na lajki, nie na komentarze. Czeka na rozmowę. Na ciepłe słowo. Na obecność, której nie da się udawać. Chciałabym, żebyście kiedyś spojrzeli mi w oczy, nie tylko na ekran telefonu. Żebyście usiedli obok – naprawdę. Bez pośpiechu, bez przymusu. Po prostu... byli.”

Zatrzymałam się. Czułam, jak coś ze mnie uchodzi. Nie gniew, nie rozpacz. Coś cichszego. Jakby głęboko schowana samotność zaczęła się wydostawać przez te słowa. Pisałam dalej. O serniku, który kiedyś Krzyś wyjadał jeszcze gorący. O opowieściach, których już nikt nie słucha. O chwilach, które nie zdążyły się wydarzyć, bo zostały zastąpione przez powiadomienia. Kiedy skończyłam, nie przeczytałam tego od razu. Zostawiłam list otwarty na stole. Bez adresata. Bez znaczka. Bez oczekiwań. Ale z ulgą.

Może to nie było na marne

Telefon zadzwonił kilka dni później. Nie od razu go odebrałam. Zastanawiałam się, czy warto. Ale im dłużej dzwonił, tym bardziej czułam, że to nie przypadek. Spojrzałam na ekran. Julka.

– Babciu, mogę przyjechać w sobotę?

Jej głos brzmiał inaczej. Mniej zblazowany, mniej mechaniczny.

– Tak po prostu, posiedzieć? – dodała po chwili.

– Oczywiście, kochanie. Będę czekać – odpowiedziałam. 

Zaniemówiłam. Chciałam coś powiedzieć, zapytać, skąd ta zmiana, ale milczałam. Nie chciałam jej spłoszyć.

– Wiesz, babciu, widziałam to zdjęcie. I jakoś… zrobiło mi się głupio, że my tylko tak na chwilę. To... do soboty.

Odłożyłam telefon i przez dłuższą chwilę nie ruszałam się z miejsca. W głowie wciąż brzmiały jej słowa. Jeszcze nie ufałam tej zmianie. Jeszcze nie pozwalałam sobie na radość. Ale coś się poruszyło. Jakby z wnętrza ciszy wypłynęło coś, co mogło przynieść ulgę. Nie poszłam od razu do kuchni. Usiadłam przy stole, gdzie wciąż leżał ten list. Przeczytałam go, powoli, zdanie po zdaniu. Każde było jak ślad. Jak dowód, że naprawdę próbowałam.
Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek im go pokażę. Ale czułam, że już nie muszę. Może coś dotarło bez słów. Może to nie było na marne.

Łzy napłynęły mi do oczu

W sobotę Julka przyszła bez telefonu w dłoni. Przyniosła kwiaty – moje ulubione – choć nigdy jej o tym nie mówiłam. Usiadła przy stole i nie rozglądała się nerwowo. Nie wspomniała o zdjęciach, nie włączyła żadnej aplikacji. Po prostu była. I to było nowe. Opowiadałam jej o młodości, o dziadku, o śmiesznych historiach z czasów, kiedy jeszcze jeździło się na wakacje do cioci tramwajem. Słuchała. Pytała. Śmiała się. A potem przytuliła mnie, tak prawdziwie. I powiedziała: „Nie wiedziałam, że miałaś takie ciekawe życie”.

Nie odpowiedziałam od razu. Bo łzy napłynęły mi do oczu, ale inne niż tamte. Ciche, ciepłe. Nie bolały. Wieczorem, gdy została już tylko cisza, sięgnęłam po list. Złożyłam go na pół, a potem jeszcze raz. Nie wyrzuciłam. Położyłam na półce, gdzie trzymam ważne rzeczy. Może kiedyś go przeczytają. Może nie będą musieli. Spojrzałam na siebie w lustrze. Ta sama twarz. Te same oczy. Ale coś się zmieniło. Nie jestem zdjęciem. Jestem opowieścią, której nikt jeszcze nie wysłuchał do końca.

Bożena, 71 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: