Nie planowałam tego wyjazdu. Właściwie wszystko we mnie krzyczało: „Zostań w domu!”. Ferie kojarzyły mi się z gwarem dzieci i śmiechem wnuków, nie z samotnymi spacerami po zaśnieżonych szlakach. A jednak coś mnie pchnęło do spakowania walizki i kliknięcia >>rezerwuj<< na stronie ośrodka w górach. Chciałam ciszy. Czasu tylko dla siebie. Nie wiedziałam, że to właśnie tam... w śniegu i przy parującym kubku gorącej herbaty, spotkam kogoś, kto rozgrzeje moje serce. I to wtedy, gdy zupełnie się tego nie spodziewałam.
Nasze spojrzenia się spotkały
Zatrzasnęłam drzwi mieszkania, a echo tego dźwięku rozeszło się po pustym korytarzu. Nie lubię zimy, nie lubię pakować się sama, od kiedy zostałam wdową. A jednak... wyjeżdżałam. Do małego pensjonatu, gdzie podobno było cicho, swojsko i gdzie serwowano najlepszy domowy sernik w całych Tatrach. Jechałam pociągiem, z przesiadką, jak za dawnych czasów. Bez wygód, ale za to z książką i termosikiem z herbatą. W przedziale siedziałam z jakąś parą w średnim wieku i chłopakiem w słuchawkach. Nikt się do nikogo nie odzywał. I dobrze. Potrzebowałam ciszy. Kiedy dotarłam na miejsce, przywitała mnie właścicielka pensjonatu, kobieta z ciepłym głosem i różową apaszką.
– Sama pani przyjechała? – zapytała z uśmiechem.
– Tak. Taki mój kaprys – odpowiedziałam, nie rozwijając tematu.
Pokój był niewielki, ale przytulny. W oknie widok na zaśnieżone drzewa, a z dołu pachniało pieczonym jabłkiem i cynamonem. Rozpakowałam się szybko i zeszłam na kolację. W jadalni panowała ciepła atmosfera. Kilka stolików zajętych przez pary, rodzinę z dziećmi... i jeden starszy pan przy oknie. Sam. Zerknęłam na niego tylko raz, ale wtedy on podniósł wzrok i nasze spojrzenia się spotkały.
Samotność lepiej smakuje w górach
Zajęłam stolik nieco na uboczu. Nie byłam typem kobiety, która lubi być w centrum uwagi. Wolałam obserwować wszystko z boku. Mężczyzna przy oknie wyglądał na kogoś, kto robi to samo. Był siwy, wysoki, miał ciemny sweter i książkę, której nie czytał, bo przez cały czas zerkał przez szybę. Po kolacji postanowiłam wypić herbatę w saloniku przy kominku. Usiadłam w wiklinowym fotelu i owinęłam się kocem. Ciepło, zapach drewna, stukot filiżanek – poczułam się dziwnie spokojna. Po chwili usłyszałam cichy głos obok:
– Czy to miejsce wolne?
To był on – mężczyzna z jadalni. Skinęłam głową.
– Kiedyś myślałem, że zimowe wyjazdy są tylko dla zakochanych – powiedział. – A teraz sam tu siedzę. Cóż za ironia losu, prawda?
– Czasem samotność lepiej smakuje w górach – odpowiedziałam, zaskoczona, że to powiedziałam na głos.
Uśmiechnął się lekko.
– Jestem Ludwik.
– Irena – podałam mu dłoń.
Siedzieliśmy w milczeniu jeszcze długą chwilę, patrząc w ogień. Cisza między nami nie była niezręczna. Była... kojąca.
Jakby czas nagle zwolnił
Następnego dnia śnieg sypał bez przerwy. Poszłam na spacer, choć mróz szczypał w policzki. Szłam przed siebie, nie myśląc o niczym konkretnym. Czułam, że coś się we mnie rozpuszcza – jakaś stara zmarzlina smutku, zalegająca od lat. Po obiedzie w pensjonacie zorganizowano mały wieczorek taneczny. Pensjonatowe radio grało szlagiery sprzed lat. Kilka par kiwało się nieśmiało przy stołach. Ja siedziałam sama z herbatą malinową, gotowa wrócić do pokoju.
– Irena – usłyszałam cicho tuż obok. – Może zatańczymy? Tylko jeden.
Ludwik. Stał przede mną z wyciągniętą dłonią, jakby wyjęty z innej epoki. Przez moment chciałam odmówić. Czułam, że mam dwie lewe nogi i serce nie do takich rzeczy. Ale potem wstałam. Objął mnie lekko, z szacunkiem. Tańczyliśmy powoli, prawie bez ruchu, jakby czas nagle zwolnił. Nikt na nas nie patrzył – świat się skurczył do dwóch par stóp i jednego rytmu.
– Dawno się tak nie czułem – powiedział nagle.
– Ja też – odparłam.
I zatańczyliśmy jeszcze jeden.
Jeszcze potrafię się cieszyć
Następnego ranka przy śniadaniu już nie unikaliśmy swoich spojrzeń. Powiedzieliśmy sobie „dzień dobry” jak starzy znajomi. Ludwik usiadł naprzeciwko mnie, pytając, czy może. Zgodziłam się, nie myśląc, czy to wypada. Bo właściwie... co to znaczy, że „nie wypada”, gdy życie już i tak nas dobrze przeczołgało?
– Chciałbym dziś nieco pochodzić po okolicy. Może zechciałabyś się przyłączyć? – zapytał, jakby mówił o najprostszej rzeczy na świecie.
Chciałam. Całą sobą. Ale poczułam, jak w środku coś się napina. W mojej głowie odezwały się głosy: „To dziwne, obcy facet”, „Przecież to za szybko”, „Na co ci to?”...
– Może... spotkamy się po obiedzie? – zapytałam niepewnie.
Ludwik skinął głową i z uśmiechem odsunął krzesło. Spacerowaliśmy długo. Ludwik znał to miejsce lepiej niż przewodnik. Opowiadał, że przez lata jeździł tu z żoną. I że teraz wraca sam, żeby „nauczyć się z tym żyć”.
– A ty? – spytał w końcu.
– Nie wiem, czego się uczę. Chyba... że jeszcze potrafię się cieszyć.
Późnym popołudniem usiedliśmy na ławce w parku. Milczeliśmy, ale nie było w tym napięcia. Była cisza, jakiej mi brakowało od dawna.
Serce zaczęło bić szybciej
Zaczęliśmy siadać razem przy każdym posiłku. Wieczory spędzaliśmy przy kominku z herbatą. Nie rozmawialiśmy o przeszłości, nie wymienialiśmy się zdjęciami dzieci i wnuków. Jakbyśmy oboje czuli, że to, co się między nami tworzy, potrzebuje świeżego powietrza, nie ciężaru wspomnień. Któregoś wieczoru śnieg sypał gęsto, aż świat wyglądał jak zamknięta kulka śnieżna. W pensjonacie była cisza, większość gości wyjechała rano. Zostaliśmy niemal sami.
– Może przejdziemy się jeszcze na chwilę? – zapytał Ludwik. – Tylko na moment. Tam przy wejściu stoi stara altanka. Podobno z niej widać całe niebo.
Poszliśmy w milczeniu, trzymając się pod ramię. Tam naprawdę widać było wszystko – ciemne niebo nakrapiane gwiazdami jak cukrem pudrem. Ludwik zdjął rękawiczkę i lekko dotknął mojej dłoni.
– Wiesz, co mnie najbardziej zaskakuje? – szepnął. – Że znowu mi się chce. Chce mi się czekać na kogoś. Patrzeć, czy śmiejesz się z moich żartów. Cieszyć się, że jesteś.
Oparłam głowę na jego ramieniu, zamknęłam oczy. Nie musiałam nic mówić. Serce zaczęło bić szybciej. Z zachwytu.
Nie musiałam nic obiecywać
Wyjeżdżaliśmy tego samego dnia, ale w różnych kierunkach. Spakowaliśmy się wcześnie rano, jeszcze zanim kuchnia zaczęła serwować śniadanie. Przyszłam do saloniku z myślą, że zostawię mu tylko krótką wiadomość. Nie chciałam pożegnań. Nie chciałam tego „a może do zobaczenia”, które brzmi jak „nigdy więcej”. A jednak – był tam. Stał przy oknie, w tym samym swetrze co pierwszego dnia. Uśmiechnął się na mój widok, a ja... od razu odwzajemniłam ten uśmiech.
– Myślałam, że już pojechałeś.
– Nie potrafiłam. Jeszcze nie teraz.
Podeszłam i usiadłam obok. Milczeliśmy.
– Masz mój numer telefonu. Wiem, że teraz wracamy do codzienności. Ale jeśli któregoś dnia poczujesz, że znowu chcesz gdzieś pojechać... to może razem?
Skinęłam głową. Nie musiałam nic obiecywać. Wiedziałam jedno – chcę znowu poczuć to, co poczułam przy nim. I może znów zatańczyć. Może znów się śmiać. Kiedy pociąg ruszył, spojrzałam przez okno. Niebo było tego dnia wyjątkowo błękitne.
Irena, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na stare lata odnalazłam dawną miłość. Myślałam, że jesień życia spędzę samotnie, ale los miał na nas inny plan”
- „Mam 64 lata i 2 śluby za sobą, ale nie powiedziałem ostatniego słowa. Rodzina nie rozumie, że do 3 razy sztuka”
- „Myślałem, że na starość już zawsze będę sam jak palec. Kto by przypuszczał, że miłość kryła się tuż za ścianą”








