Zima oznaczała dla mnie klasyczny sezon samotnych wieczorów i zapychania pustki filmami oraz parówkami z mikrofalówki. Studiuję informatykę. Nie, nie dlatego, że to moja pasja – raczej dlatego, że po liceum nie wiedziałem, co innego zrobić. Wszyscy mówili, że to przyszłościowe, że po tym jest praca. Mieszkam sam w kawalerce po dziadku. Cicho, ciepło, tanio. Znajomi? Są. Głównie w social mediach. Któregoś wieczoru zobaczyłem w internecie ogłoszenie: „Kurs narciarski dla początkujących. Nie umiesz? Nauczymy. Stok tylko 45 minut od miasta. Zapisz się już dziś”. Kliknąłem. Sam nie wiem czemu.
Pierwszy dzień kursu. Kombinezon pożyczony od kuzyna, kask jak z bazaru i strach tak ogromny, że chyba tylko adrenalina trzymała mnie w pionie. I ona. Dziewczyna w pomarańczowej kurtce. Kiedy się śmiała, brzmiało to jak pękający lód – głośno, czysto, niespodziewanie. Widziałem, jak po raz trzeci leży na śniegu i sama się z tego śmieje, jakby właśnie wygrała olimpiadę. A potem znowu podnosi się, ocierając nos w rękaw.
– Dlaczego tak śmiejesz się z upadków? – pomyślałem. – Ja całe życie próbuję ich unikać...
Instruktor Jan krzyknął: „Ej, Bartek! Skup się! Narta ci jedzie bokiem!”.
Na lunchu siedziałem z boku. Wszyscy gadali, śmiali się, pokazywali sobie filmy z upadków na telefonach. Ja przeglądałem wiadomości. Żadnej nowej. Z nikim nie umówiłem się na Sylwestra, więc i tak nie miałem planów. Tylko ta dziewczyna w pomarańczowej kurtce nie pasowała do tego obrazka. Wydawało się, że ona nie czeka, aż coś się wydarzy. Ona po prostu cieszyła się życiem.
Coś więcej niż zauroczenie
Lena znowu leżała w śniegu. Trzeci raz w ciągu dwudziestu minut. Tym razem upadła dość efektownie – narty rozjechały się w dwie strony, a ona padła jak długa. Wokół niej rozprysł się biały puch, ale zamiast kląć czy się złościć, uniosła głowę i roześmiała się głośno, szczerze, bez żadnej spiny. Nawet instruktor Jan z daleka się uśmiechnął, choć zwykle był raczej powściągliwy. Nie myślałem długo. Podjechałem do niej niezdarnie, sam prawie tracąc równowagę, i podałem jej rękę.
– Może spróbujemy razem? – zapytałem, zanim zdążyłem się nad tym zastanowić.
Spojrzała na mnie zaskoczona, potem znów się roześmiała, tym razem ciszej.
– A ty to kto? Rycerz na białych nartach?
– Bartek – odpowiedziałem, czując, że policzki mi płoną. – Dopiero zaczynam.
– Lena – powiedziała, chwytając moją rękę. Podniosła się, otarła śnieg z kurtki i dodała: – Ja też.
Od tej chwili zjeżdżaliśmy razem. Nie trzymaliśmy się za ręce ani nic z tych rzeczy, po prostu jechaliśmy obok. Gdy jedno z nas upadało – a zdarzało się często – drugie zwalniało i czekało. Nie było między nami żadnych wielkich rozmów, tylko krótkie zdania, uwagi, śmiech. A jednak czułem, że to dla mnie coś ważnego. Lena działała na mnie jak jakiś bezpiecznik. Przy niej łatwiej było się przewrócić, łatwiej było wstać. W pewnym momencie, kiedy zatrzymaliśmy się przy dolnej stacji wyciągu, popatrzyłem na nią z boku. Miała przemoczoną czapkę i lekko przekrzywione gogle, a mimo to uśmiechała się tak, jakby właśnie wróciła z jakiejś wyprawy życia.
– Z tobą jakoś mniej boję się gleby – powiedziałem, nawet nie analizując, czy to zabrzmiało głupio.
Lena spojrzała na mnie spokojnie.
– A ja dzięki tobie nie boję się próbować jeszcze raz – odparła.
Zamurowało mnie. Przez moment tylko kiwałem głową, a potem odwróciłem wzrok i zacząłem poprawiać zapięcia w butach, chociaż nie było takiej potrzeby. Czułem, coś więcej niż zauroczenie. To nie była tylko sympatia – to było poczucie, że obok mnie stoi ktoś, przy kim mogę być inny niż zazwyczaj. Mniej spięty. Mniej samotny. Nie wiedziałem jeszcze, co z tego wyniknie. Ale pierwszy raz od dawna nie bałem się tego sprawdzić.
Pierwszy od dawna nie czułem się sam
Wymieniliśmy numery przy gorącym kubku herbaty w schronisku. Lena wręczyła mi swój telefon i powiedziała po prostu:
– Daj mi swój numer.
Cały wieczór patrzyłem na ekran. Przewijałem rozmowy z kolegami z uczelni, z rodziną, nawet ze starą znajomą z liceum, ale to jej numer zatrzymywał mnie na dłużej. Palec kilka razy zawisł nad klawiaturą, ale nie miałem odwagi napisać pierwszy. W końcu zasnąłem z telefonem w dłoni.
Rano obudził mnie dźwięk wiadomości.
– Jutro ścigamy się na trasie? Czy może zjedziemy, trzymając się za ręce?
Przeczytałem to kilka razy. Najpierw uznałem, że żartuje. Potem, że flirtuje. I na końcu, że nie wiem już, co myśleć. Ale poszedłem. Czekała przy wypożyczalni z uśmiechem, który z miejsca rozgrzał mi wnętrze kurtki.
– Gotowy? – zapytała.
– Chyba tak – odpowiedziałem.
Zjechaliśmy razem. Na początku ostrożnie, potem szybciej, aż w końcu faktycznie trzymaliśmy się za ręce. Dziwnie to wyglądało – dwóch początkujących narciarzy, chwiejących się na zakrętach, złączonych jak dzieci w przedszkolu. Ale nie puszczaliśmy się ani razu. Dla niej to mogła być zabawa. Ale dla mnie to był moment, w którym coś pękło. Po raz pierwszy od dawna nie czułem się sam.
To nie randka, tylko kurs
Zjazd za rękę nie uszedł naszej uwadze. Ani uwadze instruktora. Jan czekał na dole trasy, ręce w kieszeniach, mina surowa. Zatrzymał nas ruchem ręki.
– Fajnie, że się zaprzyjaźniliście – powiedział. – Ale takie zjazdy to nie randka, tylko kurs. Jak chcecie sobie robić romantyczne rzeczy, to nie na stoku. Tu chodzi o bezpieczeństwo.
Lena zrobiła zawadiacką minę.
– Jasne, panie Janie – odpowiedziała z tym swoim bezczelnym uśmiechem.
– Serio – dodał jeszcze. – Jeden zły ruch i polecicie jak kręgle. I wtedy nie będzie do śmiechu.
Pokiwałem głową. Czułem, że trochę mnie to dotknęło. Nie sam upomnienie – raczej fakt, że Lena nic sobie z tego nie robiła. Ja poczułem się jak dzieciak przyłapany na ściąganiu. Po południu zasiedliśmy w małej kawiarence przy stoku. Herbaty parzyły dłonie przez kubki, a rozmowa schodziła na luźniejsze tematy – jakie studia, skąd jesteśmy, co robimy po godzinach. W pewnym momencie Lena spojrzała na mnie uważnie.
– Ty tak serio wszystko traktujesz. Nawet zjazd.
Zaskoczyła mnie. Zabrakło mi słów. Ale po chwili odpowiedziałem:
– Bo jak już się przewrócę, to nie wiem, czy umiem wstać.
Nie odpowiedziała od razu. Przez chwilę bawiła się rękawiczką, wzrokiem uciekając gdzieś za okno. Może trafiłem w coś, czego nie chciała dotykać. Może zrozumiała więcej, niż powiedziałem. W tej ciszy coś między nami się zmieniło. I jeszcze bardziej nie umiałem tego nazwać.
Może dla niej to była tylko zabawa?
Wieczorem długo leżałem w łóżku, przewracając się z boku na bok. Napisałem do niej krótką wiadomość: „Dzięki za dziś. Było super.” Czekałem. Minuty zamieniały się w godziny, ekran pozostawał pusty. W końcu zasnąłem. Rano wstałem wcześniej niż zwykle. Przez chwilę wpatrywałem się w telefon, ale żadnego powiadomienia nie było. Włożyłem kurtkę i ruszyłem na stok. Jechałem sam, z nadzieją, że może się spóźnia. Może zaraz się pojawi, jak zawsze, z rozwianymi włosami i tym swoim śmiechem. Nie pojawiła się. Zjeżdżałem raz, drugi, trzeci. W końcu podszedłem do instruktora.
– Jan, a gdzie Lena?
Wzruszył ramionami.
– Nie mam pojęcia. Mówiła ci coś wczoraj?
– Nie – odpowiedziałem.
To jedno słowo zawisło między nami ciężko. Nie powiedziała nic. Może nic nie chciała mówić. Reszta dnia była mglista. Robiłem wszystko mechanicznie, bez sensu. Głowa co chwilę wracała do poprzedniego wieczoru. Może powiedziałem coś głupiego? Może się wycofała, bo przestraszyła się, że dla mnie to więcej? W kawiarni siedziałem sam przy tym samym stoliku co wczoraj. Długo mieszałem herbatę, zanim ją wypiłem. Telefon leżał nieruchomo na blacie. Nic nie przyszło.
– Może dla niej to była tylko zabawa? – pomyślałem. – A ja znowu się przywiązałem... Głupi. Dlaczego zawsze robię sobie nadzieję?
I pierwszy raz od dawna znów poczułem, jak bardzo boli samotność, kiedy choć przez chwilę było inaczej.
Jakoś trudno mi się żegnać
Miałem nie wracać na stok. Po co, skoro wszystko, co chciałem poczuć, już się skończyło? Ale coś mnie pchało. Może niepewność. Może nadzieja. Może tylko chęć, żeby chociaż raz jeszcze ją zobaczyć, nawet z daleka. Zjeżdżałem ostrożnie, bez emocji. Nawet Jan zauważył, że coś jest nie tak, ale nie zapytał. Na koniec dnia oddałem sprzęt, przeciągając chwilę przy wypożyczalni. I wtedy ją zobaczyłem. Stała pod ścianą, owinięta szalikiem, wciąż w tej samej pomarańczowej kurtce. Na twarzy miała rumieńce, ale wyglądała na zmęczoną. Gdy mnie zauważyła, uśmiechnęła się lekko.
– Hej – powiedziała cicho.
– Myślałem, że już nie przyjedziesz – odpowiedziałem, robiąc krok w jej stronę.
– Zachorowałam. Nic poważnego, po prostu... leżałam i nie miałam siły pisać – powiedziała, spuszczając wzrok. – Ale chciałam się pożegnać. Jutro wracam.
Nie umiałem odpowiedzieć od razu. Wszystko, co sobie w głowie ułożyłem – zarzuty, żal, pytania – zniknęło.
– To był tylko kurs – powiedziała powoli – ale... jakoś trudno mi się żegnać.
Patrzyłem na nią. Na jej czapkę, czerwony nos, lekko drżące dłonie.
– Bo czasem jedno zjazdowe trzymanie za rękę może trzymać całe serce – odpowiedziałem, zanim zdążyłem się powstrzymać.
Uśmiechnęła się. Prawdziwie. Ale nic nie powiedziała. Chwilę staliśmy w ciszy. Potem Lena po prostu kiwnęła głową i odwróciła się. Poszła w stronę parkingu. Zostałem z uczuciem, którego nie potrafiłem nazwać. Kurs się skończył, a ja wróciłem do siebie. Te same studia, ta sama kawalerka, ta sama cisza. Ale coś się zmieniło. Już nie przeskakiwałem automatycznie między zakładkami, nie wypełniałem pustki dźwiękami w tle. Wieczory dalej były samotne, ale przestały być puste.
Nie wiedziałem, czy jeszcze spotkam Lenę. Może zostanie tylko jako ktoś, kto na chwilę rozbił mur, a potem zniknął. Ale to mi wystarczyło. Zacząłem częściej wychodzić. Raz pojechałem na stok sam, potem drugi. Poznałem parę osób. Upadłem. Znowu. Ktoś podał mi rękę. Śmialiśmy się. Nie robiłem tego, żeby ją odnaleźć. Robiłem to, żeby nie przestawać próbować. Może znów się wywalę. Może będzie bolało. Ale teraz już wiem, że nawet z gleby da się śmiać. Zwłaszcza, gdy ktoś kiedyś podał ci rękę i pokazał, że warto.
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Bartosz, 26 lat
Czytaj także:
- „Tę randkę zapamiętam na zawsze. Zaczęła się od kompletnej katastrofy, a skończyła jak z dobrej komedii romantycznej”
- „Przystojniak poznany w sieci przysłonił mi cały świat. Wszyscy mnie ostrzegali, a ja i tak miałam klapki na oczach”
- „Na siłowni pociłam się nie tylko od ćwiczeń. Uśmiech trenera sprawił, że od razu chciałam kupić roczny karnet”








