Zima zawsze przynosiła mi spokój – ten sam, który czułam w dzieciństwie. Lubiłam stawać w oknie z herbatą z imbirem i miodem, obserwując świat za oknem. Nie byłam stara. To znaczy… może i byłam. Sześćdziesiąt trzy lata – nie brzmi źle, dopóki nie przypomnisz sobie, że czterdzieści lat temu myślałaś, że sześćdziesięcioletnie kobiety to babcie. Babcie, które szydełkują, mówią zrezygnowanym głosem i pachną maścią kamforową.
A ja? Ja byłam rozwiedziona, z dorosłą córką, której nie umiałam do końca wypuścić z gniazda.

– Mamo, jedźmy gdzieś – powiedziała Marta. – Tak po prostu. W góry. Świeże powietrze dobrze nam zrobi. Będziesz mogła też uciec od wspomnień.

– Ja nie mam wspomnień – odpowiedziałam szybko.

Popatrzyła na mnie z ironią. Taką, jaką ma tylko córka, która zna cię zbyt dobrze.

– Nie masz? To może nie ty mi opowiadałaś o „najlepszym sanatorium świata, gdzie pewien mężczyzna zawładnął twoim sercem”?

– Głupoty. To było dziesięć lat temu.

– Ale śnieg wtedy padał. Tak mówiłaś.

Zamilkłam. Bo padał. Padał też dzisiaj, kiedy dojeżdżałyśmy do pensjonatu. Śnieg był biały, puszysty i padał tak, jakby chciał mi coś przypomnieć. Po przyjeździe weszłyśmy do naszego pokoju. Marta rzuciła torbę na łóżko i od razu otworzyła okno mimo mrozu.

– Piękny widok – powiedziała, zaciągając się powietrzem. Nie mogę się doczekać, kiedy wyjdziemy na spacer.

– A ja jestem zmęczona – mruknęłam.

– Mamo, nie marudź, ciesz się chwilą, przyda ci się mała odmiana po tej stagnacji – usłyszałam w odpowiedzi. 

Nie odpowiedziałam. Bo co miałam powiedzieć? Że moje życie wygląda tak samo od tylu lat? Że po rozwodzie zostałam z bałaganem w sercu, którego nie potrafiłam posprzątać? Że czasem płakałam do poduszki, chociaż nikomu się nie przyznawałam? Zeszłyśmy na kolację. Ciepła jadalnia, pachniało grzybową. Marta zaczęła rozmawiać z kimś przy sąsiednim stole – jak zwykle. Ja skupiłam się na krojeniu chleba i udawaniu, że nie słyszę muzyki płynącej z radia. I wtedy… spojrzałam w lewo. Zamarłam. Dwa stoliki dalej siedział Roman. Siwy, z delikatnymi zmarszczkami wokół oczu. Spojrzał na mnie. I wiedziałam, że mnie poznaje. Pięć lat później. I tak jak wtedy, znowu padał śnieg.

Nie chciałam pokazać, że czekałam

Marta szybko zauważyła moją reakcję.

– Mamo? Coś nie tak? – zapytała. 

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam tylko na niego. Jego twarz – trochę starsza, trochę mniej wyrazista – wciąż miała ten sam spokój. Był ubrany zwyczajnie, w ciemny elegancki sweter, pamiętałam, że nigdy nie lubił się wyróżniać ekstrawaganckim strojem. Spojrzał na mnie. A potem znów na talerz. I znów na mnie. Nie uśmiechnął się. Nie skinął głową. Nie zrobił żadnego gestu. Ale ja wiedziałam. Wiedziałam, że mnie poznaje. I że to, co było dziesięć lat temu, nie wyparowało. Nie dla mnie. Nie dla niego.

Dokończyłam kolację mechanicznie, nie wiedząc nawet, co zjadłam. Marta cały czas coś mówiła, ale nie słyszałam. Słowa przepływały obok mnie jak woda. Liczyłam minuty, aż wstanę od stołu i wyjdę. Bałam się tylko jednego: że on wstanie przede mną. Że podejdzie. Albo że nie podejdzie nigdy.
Odsunęłam krzesło i powiedziałam Marcie, że muszę odpocząć. Ona jeszcze została przy stoliku z niedokończoną herbatą. Ruszyłam na górę. Pokoje były na drugim piętrze. Schody skrzypiały pod butami. W kieszeni szukałam klucza, gdy usłyszałam za sobą głos. Obróciłam się. Stał przede mną, z rękami w kieszeniach.

– Nie myliłem się – powiedział cicho. – Zofia.

– Roman – odpowiedziałam równie cicho.

Patrzyliśmy na siebie. W jego oczach było coś, czego się nie spodziewałam. Nie nostalgia, nie wzruszenie. Raczej ostrożność.

– Co ty tu robisz? – wymamrotałam.

– Przyszedłem zapytać, czy masz ochotę na spacer – odparł.

Zawahałam się. Każda cząstka mnie krzyczała, że to zły pomysł. Że to głupie, że dziecinne, że ja już nie mam dwudziestu lat, żeby chodzić na spacery z byłym... kim? Znajomym? Przyjacielem?

– Daj mi trzy minuty – rzuciłam i weszłam do pokoju.

Wyszliśmy bocznymi drzwiami, przez taras. Śnieg skrzypiał pod stopami. Nie mówiliśmy nic przez pierwsze kilkadziesiąt metrów. Dopiero gdy zeszliśmy na ścieżkę prowadzącą w stronę lasu, odezwał się.

– Pięć lat – powiedział. – Zastanawiałem się, czy kiedyś cię jeszcze spotkam.

– A ja przestałam się zastanawiać – odpowiedziałam chłodno. – Bo po co.

Nie patrzył na mnie.

– Może kiedyś spotkaliśmy się nie w porę.

Szłam powoli, z rękami w kieszeniach. Nie chciałam dać mu przewagi. Nie chciałam pokazać, że czekałam.

– Ale może teraz ten moment jest w sam raz – dodał po chwili.

Zatrzymałam się. Spojrzałam na niego. Nie miał w oczach żadnej pewności. Był inny. Spokojniejszy. Albo bardziej zmęczony. Tylko że ja też byłam inna.

– Nie wiem, czy ten czas cokolwiek zmienił – powiedziałam. – Może tylko to, że bardziej się boję.

– Czego?

– Że znowu nie powiesz nic na czas. Albo ja nie powiem.

Szliśmy jeszcze chwilę w ciszy. Potem on zaproponował, żeby zawrócić. I tak też zrobiliśmy. Wróciłam do pokoju z mokrymi butami i pytaniem w głowie, które nie dawało mi spokoju: czy ja naprawdę chcę, żeby to się powtórzyło?

Nigdy nie przestałam na niego czekać.

Obudziłam się wcześnie, jeszcze przed Martą. Za oknem było biało i cicho, tak jak lubię najbardziej. Ale tym razem cisza nie dawała ukojenia. Leżałam pod kołdrą i gapiłam się w sufit, jakby tam miała się wyświetlić odpowiedź na pytanie, które miałam w swojej głowie. W nocy nie spałam prawie wcale. Gdy wróciłam z tego spaceru, długo siedziałam przy oknie, patrząc, jak pada śnieg. I próbowałam uporządkować emocje. Było ich za dużo. Złość na siebie, że dałam się wyciągnąć. Zawstydzenie, że w ogóle się cieszyłam na jego widok. I coś jeszcze – coś, co znałam bardzo dobrze, ale przez ostatnie lata zdołałam przykryć codziennością.

Tęsknota. Taka najgorsza, nierozsądna, rozłażąca się po całym ciele. Nie powinno mnie już to ruszać. Przecież miałam za sobą małżeństwo, rozwód i tyle wieczorów spędzonych w samotności, że każda z moich znajomych mogłaby się ode mnie uczyć, jak przetrwać bez mężczyzny. A jednak wystarczyło jedno spojrzenie, jeden spacer, kilka słów. Usiadłam na łóżku i zaczęłam się ubierać, kiedy właśnie Marta się przebudziła.

– Wychodzisz? – mruknęła zaspanym głosem.

– Tylko po kawę – odpowiedziałam. 

Spotkałaś go wczoraj, prawda?

Spojrzałam na nią zaskoczona.

– Co masz na myśli?

– Nie udawaj. Widziałam, jak na niego patrzysz. Potem szybko wyszedł za tobą z restauracji. Ten siwy facet to był Roman z sanatorium, tak? To on?

– Tak. Spotkałam go.

Marta usiadła na łóżku i oparła się o ścianę.

– I?

– Nic. Rozmawialiśmy. Poszliśmy na spacer. Tylko tyle.

– Po to cię tu przywiozłam, żebyś odpoczęła. A nie żebyś się znowu pakowała w coś, co kiedyś cię rozbiło.

– Nie chcę ci się tłumaczyć. 

Wstałam, chwyciłam płaszcz i torbę, i już miałam wychodzić, kiedy dodała:

– To twoje życie, ale nie zapominaj, że ja też w nim jestem.

Zatrzymałam się w progu. To nie były słowa przypadkowe. Wiedziałam, że w Martę też to wszystko uderzy. Że ona pamięta moje milczenie po powrocie z tamtego sanatorium. Mój nieobecny wzrok, godziny siedzenia przy stole i patrzenia w talerz. Ona to wszystko widziała. I może dlatego tak bardzo się boi. Bo ja wtedy zniknęłam – nie fizycznie, ale emocjonalnie. Odwróciłam się do niej. Patrzyła na mnie długo. I w tym spojrzeniu było więcej niż w jakiejkolwiek naszej rozmowie. Zeszłam na dół do jadalni, a on już tam siedział. Sam, przy oknie. Zobaczył mnie i tylko lekko skinął głową. Usiadłam przy stoliku. Zaparzyłam herbatę. A potem spojrzałam na niego i pomyślałam, że może nigdy nie przestałam na niego czekać.

Wiem, że chcę się dowiedzieć

Nie było zaproszenia. Nie było planu. Po prostu stał pod drzwiami wieczorem, jak poprzednio, i znów zapytał, czy pójdziemy na spacer. Powiedziałam, że tak, zanim zdążyłam się zastanowić. Szliśmy dłużej niż ostatnio. Zeszliśmy z głównej drogi, w kierunku lasu. Śnieg już nie padał, ale był miękki i skrzypiał pod butami. Mijaliśmy zamknięte pensjonaty, ciche domy, światła niknęły za nami. Droga robiła się coraz ciemniejsza. Nie bałam się. Jego obecność była znajoma, może aż za bardzo.

– Czy przez te wszystkie lata myślałaś czasem o mnie? – zapytał nagle.

Spojrzałam na niego. Odpowiedź łatwo wyczytał w moich oczach.

– Bałem się, że już nigdy cię więcej nie spotkam – dodał po chwili. – Że nigdy mi nie wybaczysz po tym, jak wyjechałem bez słowa

– Miałam do ciebie żal. I pretensje do siebie, że jestem głupia, że robię z siebie idiotkę. – zatrzymałam się. –  Że znowu komuś zaufałam, a potem zostałam sama.

Stanął kilka kroków dalej, potem powoli się odwrócił.

Po sanatorium chciałem zadzwonić. Napisać. Po prostu się odezwać. Ale byłem tchórzem.

– Wiesz, co mnie bolało najbardziej? – zapytałam. – Że nic nie powiedziałeś. Żadnego „to nie ma sensu”, żadnego „przepraszam”. Po prostu cisza.

Jakby mnie nigdy nie było. Podszedł bliżej. Zatrzymał się na wyciągnięcie ręki.

– Bałem się, że mnie odrzucisz.

– A ja, że mnie zapomniałeś.

Zamarliśmy w tej rozmowie, tak prostej i tak spóźnionej. I wtedy zrobił krok do przodu. Delikatnie, powoli, jakby pytał wzrokiem. Nie cofnęłam się.
Jego usta dotknęły moich. Ciepło. Ostrożnie. Jakbyśmy całowali się pierwszy raz, choć to nieprawda. A jednak ten pocałunek był inny.  Oderwał się pierwszy. Patrzył mi w oczy, jakby szukał w nich potwierdzenia.

– Nie wiem, co dalej – powiedziałam cicho. – Ale wiem, że chcę się dowiedzieć.

– Ja też – odparł.

Szliśmy z powrotem wolno. Nie trzymaliśmy się za ręce. Nie było potrzeby. 

Boję się zmarnować drugą szansę

Nie planowaliśmy tego. Wyszłam z Martą na spacer, chciałyśmy odetchnąć po naszej rozmowie z poprzedniego wieczoru. Czułam, że musi to przetrawić. Szłyśmy główną uliczką, gdy nagle zobaczyłam Romana, który wychodził z kawiarni. Na mój widok zamarł, a potem podszedł, niepewnie.

– Cześć – powiedział. 

– Cześć – odpowiedziałam. – To moja córka, Marta.

Marta nie podała mu ręki. Skinęła tylko głową.

– Dzień dobry.

– Cieszę się, że mogę cię wreszcie poznać – powiedział Roman spokojnie. – Twoja mama sporo o tobie mówiła.

To ja może będę się zbierać, nie chcę wam przeszkadzać.

Marta spojrzała na mnie, potem na niego. 

– Nie przeszkadza Pan – powiedziała w końcu. – Właśnie wyszłyśmy na dłuższy spacer. Może chce Pan do nas dołączyć?

Byłam zaskoczona jej propozycją, ale nic nie powiedziałam. Szliśmy wszyscy obok siebie, najpierw w napiętej ciszy. Potem Roman zapytał, czy Marta też lubi góry, czym się zajmuje w życiu. Usiedliśmy na ławce pod drewnianym domem z widokiem na świerki.

– Pójdę już. Idźcie, pogadajcie sobie. – Marta spojrzała na mnie i uśmiechnęła się porozumiewawczo.

Patrzyłam za nią, aż zniknęła za zakrętem. 

– Chcesz znowu spróbować? – zapytał cicho.

– Boję się – odpowiedziałam. – Ale jeszcze bardziej boję się zmarnować drugą szansę.

– Ja też.

Siedzieliśmy jeszcze chwilę w milczeniu. Czułam, że jeszcze nie wszystko się ułożyło. Ale coś drgnęło.

Zofia, 65 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: