Niektórzy ludzie nie mają potrzeby tworzenia więzi. Tak myślę, kiedy patrzę na kalendarz i widzę, że zbliża się 21 stycznia – Dzień Babci, a ja siedzę sama jak palec. Miałam nadzieję, że z czasem wszystko się ułoży – że córka zrozumie, ile znaczy rodzina. Że wnuk przyjedzie, może zapyta mnie o coś więcej niż to, czy mam Wi-Fi. Ale nie. Widujemy się rzadziej niż sąsiedzi z drugiego piętra. A ja? Czekam jak głupia. Co roku mam nadzieję, że tym razem będzie inaczej. I co roku czuję się coraz mniej potrzebna. Coraz bardziej przezroczysta.
– Może chociaż zadzwoni – mruknęłam do siebie, wstawiając czajnik.
Ten dzień był wyjątkowo cichy. Za cichy. Nawet lodówka przestała buczeć. Położyłam na stole talerzyk z kawałkiem szarlotki – pamiętam, jak mój wnuk zajadał się nią w dzieciństwie. Usiadłam w fotelu, otuliłam się kocem, tym samym co zawsze – miękkim, bordowym, włączyłam telewizor i...czekałam. Ostatni raz widziałam wnuka pół roku temu. Pół godziny. Wpadli na chwilę, bo musieli jechać gdzieś dalej, a ja byłam po drodze. Przez większość czasu Kuba grał na telefonie. A ja? Udawałam, że to normalne. Przecież powinnam być wdzięczna, że w ogóle przyjechał. Prawda?
Mam swoją godność
Spojrzałam na zegarek. Godzina 11:42. Wzięłam telefon do ręki, niby tylko żeby sprawdzić pogodę, ale przecież dobrze wiedziałam, że chodziło o coś innego. Chciałam zobaczyć, czy coś przyszło. Wiadomość. Życzenia. Cokolwiek. Nie przyszło nic. Przez myśl mi przeszło, żeby sama do nich zadzwonić? Ale nie. Już ostatnio próbowałam. Tydzień temu.
– Mamo, jestem zawalona robotą, oddzwonię, dobrze? – usłyszałam szybko, zanim zdążyłam zapytać, jak się czują.
Nie oddzwoniła. A ja nie chcę być tą matką, co się narzuca. Tą babcią, co przypomina o sobie, jak uparty kot domagający się jedzenia. Mam swoją godność, choć coraz trudniej ją utrzymać, kiedy samotność zjada od środka.
Pytania wracają jak bumerang
Usiadłam przy kuchennym stole i patrzyłam w ciemność za oknem. W takich chwilach pytania wracają jak bumerang. Czy ja coś źle zrobiłam? Albo… czegoś nie zrobiłam? Zastanawiam się, kiedy to się zaczęło. Czy wtedy, gdy córka poszła na studia i coraz rzadziej dzwoniła? Czy wtedy, gdy po narodzinach Kuby powiedziała:
– Mamo, ja nie chcę, żebyś przyjeżdżała co tydzień, bo mamy swoje sprawy.
Czy powinnam była przyjeżdżać mimo to? A może wtedy, gdy zapytałam, czy mogłabym wziąć Kubę na ferie, i usłyszałam:
– On się u ciebie nudzi, mamo. Tam nie ma internetu, nie ma jego kumpli...
Odpowiedziałam tylko „rozumiem”, chociaż niczego nie rozumiałam. Bo przecież miałam wrażenie, że kiedyś byliśmy sobie bliżsi. Albo to tylko moja wyobraźnia? Może nigdy nie było tej bliskości, tylko ja ją sobie wymyśliłam, bo bardzo jej potrzebowałam. Bo tak bardzo chciałam być ważna.
W ich życiu jestem dodatkiem
Stojąc w oknie, przypomniałam sobie jeden Dzień Babci, gdy Kuba był jeszcze mały.
– Mamo, możemy wpaść w niedzielę na dwie godziny? – zapytała córka przez telefon.
A zaraz potem usłyszałam:
– Tylko nie rób proszę żadnego wielkiego gotowania, dobrze? Nie mamy za dużo czasu.
A ja i tak zrobiłam rosół. Z cienkim makaronem, takim, jaki Kuba lubił najbardziej. Upiekłam nawet drożdżówkę. Wyszła mi trochę za sucha, bo myślami byłam gdzieś indziej. Może już wtedy czułam, że to nie będzie żadna prawdziwa wizyta. Przyjechali punktualnie. Córka weszła z telefonem w ręku, Kuba rzucił krótkie „cześć babciu” i zniknął w salonie, siadając przed telewizorem. Nikt nawet nie zauważył świeżo uprasowanego obrusu, który wyjęłam specjalnie na tę okazję. Byli dwie godziny. A ja przez cały ten czas zastanawiałam się, czy jeśli by mnie nie było – ktoś by to zauważył.
– Dzięki za dziś. Następnym razem może wpadniemy w kwietniu, bo teraz mam na głowie masę innych rzeczy – rzuciła tylko w korytarzu na pożegnanie.
Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, przez chwilę stałam nieruchomo. W mieszkaniu zostały zapach rosołu i cichy szum telewizora, który Kuba zapomniał wyłączyć. Podeszłam do stołu i zobaczyłam, że drożdżówka była tylko napoczęta. Córka nawet nie spróbowała, a ja jeszcze rano zastanawiałam się, czy nie dosypać cukru pudru, żeby wyglądała ładniej. Tego dnia pierwszy raz dotarło do mnie, że w ich życiu jestem dodatkiem. Kimś, kogo można odwiedzić dwa razy w roku i nadal nie mieć z tym problemu.
Nikt nie udaje, że to święto coś znaczy
Dziś siedzę przy stole, z tym samym kocem na ramionach, co dawniej. W radiu gra coś wesołego, ale wyciszyłam. Nie pasuje do tego dnia. Do tej ciszy, która nie jest ani ciepła, ani spokojna. Wczoraj upiekłam szarlotkę, a dziś nikt jej nie zje. Wazon na stole pusty. Kiedyś dostawałam kwiaty – pachnące, lekko zwiędnięte goździki z bazarku, ale były. Spojrzałam na lodówkę, na magnes z napisem „Najlepsza babcia na świecie”. Dostałam go kiedyś od Kuby w przedszkolu. Trzymałam go jak talizman, jak dowód, że jeszcze coś znaczę.
Teraz nikt już nie udaje. Nikt nie udaje, że to święto coś znaczy. I może lepiej. Może prawda boli mniej niż rozczarowanie. Zadzwoniła sąsiadka, spytała, czy nie wpadnę na kawę. Podziękowałam. Nie dziś. Dziś chcę pobyć sama. Chcę popatrzeć przez okno i nie tłumaczyć nikomu, że jestem babcią tylko z nazwy. Że widziałam wnuka dwa razy i to wystarczyło jego matce. Wiem, że nie jestem jedyna. Wiem, że takich babć jak ja jest więcej. Może właśnie teraz też siedzą przy kuchennym stole, z kocem na ramionach i pustym talerzem. Ale dziś nie szukam pocieszenia. Dziś uczę się przyjmować samotność jak starą znajomą.
Halina, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Babci wnuki wpadają do mnie jak do baru szybkiej obsługi. Jedzą sernik w pośpiechu i tyle je widziałam”
- „Wydałam fortunę, żeby zrobić przyjemność wnukowi. Zamiast wdzięczności, czekało mnie bardzo bolesne rozczarowanie”
- „Nie pomyślałbym, że będę spłacał alimenty syna. Musieliśmy z żoną sprzedać wszystko i oddać całe pieniądze na wnuki”








