Mam na imię Danuta. W tym roku skończyłam sześćdziesiąt osiem lat. Od piętnastu jestem wdową. Mieszkam sama w dwupokojowym mieszkaniu na kameralnym osiedlu. Kiedyś był tu gwar, sąsiedzi znali się po imieniu, dzieci biegały po klatkach schodowych. Dziś częściej słyszę dźwięk windy niż ludzkie głosy. A ta winda i tak ciągle się psuje. Całe życie byłam nauczycielką języka polskiego. Kiedy przeszłam na emeryturę, miałam wielkie plany. Że w końcu poczytam książki, które zawsze odkładałam „na potem”. Że pojadę z mężem na Mazury, jak obiecywaliśmy sobie od lat. Że będę babcią z prawdziwego zdarzenia – taką, co piecze ciasta, zabiera wnuki do zoo, uczy ich piosenek z harcerskich śpiewników.

I tak było. Przez kilka lat. Gdy wnuki były małe, często przychodziły. Klocki leżały porozrzucane po całym salonie, na lodówce wisiały laurki, a mój mąż śmiał się, że nasz dom wygląda jak przedszkole. Ale czas płynie. Dzieci dorastają. Ludzie się zmieniają. Albo tylko role, jakie dla siebie widzimy.

Dzień Babci... dziś czuję, że to święto stało się dla wnuków jakimś obowiązkiem. Formalnością. Kolejnym punktem na liście rzeczy do odhaczenia. Tym bardziej zdziwiłam się, kiedy z okazji mojego święta wnuki zaprosiły mnie do jakiejś drogiej restauracji. Nie lubię takich miejsc, wolałabym spędzić ten dzień przy herbacie i serniku własnej roboty. No ale one się uparły, więc co miałam zrobić. Tak bardzo chciałam je zobaczyć, nie widzieliśmy się już od miesięcy. Nigdy nie mieli dla mnie czasu, zawsze coś im wypadało. Od kilku dni myślałam sobie, jak to będzie. 

Wszystkiego najlepszego

Usiadłam przy końcu stołu. Restauracja była bardzo elegancka. Białe obrusy, równiutko ułożone sztućce, kwiaty w wazonie. Wnuczka siadła ze swoim mężem z jednej strony. Wnuk z żoną usiadł naprzeciwko. 

– No to babciu wszystkiego najlepszego! – wzniósł toast. 

– Dziękuję – uśmiechnęłam się lekko. 

Czekałam na pytania. Jak się czuję, co u mnie, czy coś potrzebuję. Zamiast tego usłyszałam:

– No to zamawiamy. Ja biorę kaczkę – oznajmił Piotr, wlepiając wzrok w kartę dań.

– A ja sałatkę z kozim serem – dorzuciła jego żona, nie podnosząc głowy.

– Zobaczymy, co tam jeszcze mają – wtrąciła Aneta, przeglądając menu wspólnie z mężem.

Byłam statystką. Tłem

Chciałam coś powiedzieć. Ale zanim otworzyłam usta, Piotr już mówił coś o pracy. Śmiali się z czegoś, co powiedziała Aneta. Nikt nawet nie patrzył w moją stronę. Tyle rozmów, tyle śmiechu, tyle gestów – jak w reklamie. Tylko ja nie byłam w tym filmie główną bohaterką. Byłam statystką. Tłem. Zamówiłam rosół. Nie miałam apetytu, ale nie chciałam znów słyszeć: „Babciu, musisz coś zjeść”. Wiedziałam, jak będzie. Zjedzą, zapłacą, zrobią zdjęcie i wrócą do swoich spraw. A ja wrócę do pustego mieszkania.

– Wiesz, byliśmy ostatnio w górach – rzuciła Aneta. – Zobaczcie te zdjęcia, zapierają dech w piersiach!

Podała telefon Piotrowi, wszyscy się nachylili. Ja nie. Patrzyłam na swój talerz i mieszałam łyżką rosół, który dawno już wystygł. Słuchałam ich rozmów, a sama nadal milczałam. Dla nich przestałam być obecna.

– Dzisiaj rano… – zaczęłam cicho, ale zaraz mi przerwali.

Aneta siedziała z nosem w telefonie i załatwiała jakieś służbowe sprawy. Piotr z jej mężem głośno dyskutowali na temat samochodów, a ja nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Wzięłam łyk wody i zaczęłam wpatrywać się przez okno. Bardzo cieszyłam się z tego spotkania, odliczałam do niego dni, tyle się szykowałam, a w tej chwili dla wnuków byłam jakby przezroczysta. Nikt nie powiedział, że ładnie wyglądam, nikt nie zapytał, czy dobrze się czuję w tym miejscu. 

Grałam swoją rolę

Pochyliłam się nad zupą i pomyślałam, że samotność wcale nie polega na tym, że się jest samemu. Najgorsza jest ta między ludźmi. Kiedy siedzisz przy jednym stole z rodziną, słyszysz ich głosy, ale nikt cię nie widzi. Albo widzi tylko wtedy, gdy można pochwalić się zdjęciem albo zrobić wspólne selfie. Nie próbowałam już mówić. Słuchałam, jak Aneta opowiada o nowym telefonie, Piotr o jakimś kliencie, który miał być nie do zniesienia. Uśmiechałam się, kiwałam głową, czasem coś przytaknęłam. Grałam swoją rolę. Babcia, która przyszła na obiad. Punkt z kalendarza. Odhaczony.

Po deserze wszyscy zaczęli się zbierać. Kurtki, czapki, poprawianie makijażu przy małym lusterku. Kiedy odwieźli mnie pod blok, nawet nie chcieli wejść na chwilę na herbatę. 

– To pa babciu! – krzyknął Piotr. 

– Super, że byłaś z nami – rzuciła Aneta.

Weszłam do klatki, klucze wyciągnęłam mechanicznie. Otworzyłam drzwi. W środku cisza była gęsta. Zdjęłam płaszcz, odwiesiłam go starannie. Torebkę położyłam na krześle. Potem sięgnęłam po czajnik i nastawiłam wodę. Zaparzyłam herbatę i usiadłam w fotelu. Przed oczami stanęły mi obrazy sprzed lat – gdy razem z wnukami rysowaliśmy, chodziliśmy na spacery do parku, bawiliśmy się na placu zabaw. Zrozumiałam, że piękne wspomnienia to jedyne, co mi zostało.

Danuta, 68 lat


Czytaj także: