Od lat krążę między kuchnią a salonem, obserwując, jak moje synowe tylko przewracają oczami. Kiedy zwrócę im jakąś uwagę, tylko szepczą między sobą, że jestem wredną teściową. Nie rozumieją, że wszystko, co robię, ma sens. Rosół gotuję tak, jak mnie nauczyła matka – z miłością, cierpliwością i smakiem, którego żadna z nich nigdy nie powtórzyła. Niech wiedzą jedno: jeśli chodzi o gotowanie i prowadzenie domu, mam doświadczenie, którego nie zdobędą z żadnym tutorialem ani przepisem z internetu. Szkoda, że żadna nie chce mnie słuchać. Ręce mi opadają, gdy widzę, że mają w nosie obowiązki domowe. 

Prawdziwa gospodyni powinna to wiedzieć

Od samego rana czułam, że ten weekend nie będzie łatwy. Synowe przyjechały z wizytą, a ja już słyszałam szeptanie w kuchni, zanim zdążyłam założyć fartuch. Zawsze mówiły, że przesadzam, że wszystko robię na pokaz, że nie rozumiem współczesnych kobiet. Tymczasem w moich rękach rosół bulgotał idealnie, a warzywa były pokrojone równo, tak jak nauczyła mnie matka. Ich spojrzenia pełne krytyki dawały mi jednak do zrozumienia, że nikt tego nie doceni.

– Mamo… po co siedzieć w garach, nie lepiej zamówić coś na wynos? – odezwała się najstarsza z nich.

– Nic nie smakuje tak dobrze, jak domowe jedzenie. Prawdziwa gospodyni powinna to wiedzieć – odpowiedziałam spokojnie, nie spuszczając garnka z oka, choć w środku kipiałam.

Przez resztę dnia każde ich pytanie i komentarz wyprowadzało mnie z równowagi. Nie mogłam znieść tego, że synowe wolą na co dzień leżeć i pachnieć, niż zająć się gotowaniem czy ogarnianiem mieszkania. 

Poczułam małą satysfakcję

Obiad był gotowy, a ja ustawiłam talerze starannie na stole. Synowe przysiadły naprzeciwko mnie, wymieniając spojrzenia pełne ukrytej irytacji. W powietrzu unosił się zapach rosołu, a mimo to żadna nie wydawała się nim zainteresowana. Każde ich mrugnięcie czy westchnienie było oceną mojej pracy.

 – Po co marnować tyle czasu w kuchni. Wystarczyłby zwykły bulion z kostki  – rzuciła jedna z nich.

– Nie musicie jeść, jeżeli nie checiie, nikogo nie zmuszam – odparłam spokojnie. 

– Mamo, świetny rosół, szkoda, że Anka takiego nie robi – powiedział mój syn, a ja poczułam małą satysfakcję.

Spojrzałam na nie wyniośle. Chciałam, by zrozumiały jedno: dom i kuchnia mają swoje zasady, a doświadczenie nie bierze się z internetu ani z książki kucharskiej. 

Przecież samo się nie posprząta

Popołudnie przeciągało się leniwie. Synowe siedziały w salonie, przeglądając telefony, a ja sprzątałam po obiedzie. Żadna nawet nie zapytała, czy może mi w czymś pomóc. Nikomu nie przyszło do głowy, że wypadałoby schować po sobie przynajmniej talerze do zmywarki.

– Mamo, może usiądziesz z nami – krzyknął syn z pokoju.

– Przecież samo się nie posprząta – odparłam pewnym głosem.

– Po co się mama tak spina ze wszystkim, jakby w życiu chodziło tylko o sprzątanie – usłyszałam komentarz synowej. 

– Dobra żona wie, że posprzątany, pachnący dom to podstawa udanego małżeństwa - spojrzałam na nią w progu surowo, wycierając ścierką jeden z kubków.

Myślałam, że któraś z nich weźmie sobie do serca moje słowa, że może ruszy się z kanapy i mi w czymś pomoże, ale się przeliczyłam. Jedna z nich dalej siedziała z nosem w telefonie, druga zapatrzyła się w telewizor, zupełnie ignorując moją obecność. 

Poczułam małe zwycięstwo

Wieczór nadchodził powoli, a ja siedziałam przy kuchennym stole, doprawiając sałatkę. Synowe oczywiście były zajęte sobą, rozmawiając o nowych sukienkach i fryzurach. Postanowiłam jednak nie reagować impulsywnie. Wiedziałam, że każda moje słowo może wywołać kolejną burzę, a jedyne, co chciałam przy kolacji to spokój. Kiedy jednak zasiedliśmy do stołu, słyszałam tylko ich nieprzyjemne komentarze.

– O nie, sałatka brokułowa na kolację? Nie jem czegoś takiego na noc – powiedziała jedna z nich.

– Jest całkiem smaczna, może jednak spróbujesz.

– Szczerze mówiąc, liczyłam na coś innego.

Wtedy nie wytrzymałam. 

– Mam dość tych ciągłych narzekań. Przyjeżdżacie, nie pomagacie w niczym i tylko cały czas wam coś nie pasuje. Może chociaż raz wykazałybyście się same, bo jak dotąd to tylko potraficie komentować, to co robią inni.

W jadalni zapadła cisza. Jedna synowa spojrzała na drugą. Synowie też się nie odzywali, tylko zajęli się jedzeniem kolacji. A ja, uśmiechnęłam się pod nosem, że wreszcie wyrzuciłam z siebie to, co mi leżało na sercu. Poczułam małe zwycięstwo. 

To była mała, ale znacząca zmiana

Następnego dnia wstałam wcześnie rano. Wszyscy jeszcze spali. Zaczęłam krzątać się po kuchni. Zrobiłam sobie kawę, a potem przeglądałam lodówkę, zastanawiając się, co przyrządzić na śniadanie. Pół godziny później usłyszałam kroki. Synowa weszła do kuchni, gdy akurat gotowałam mleko. Zapytała nieśmiało:

– Może pomóc w czymś mamie? Mogę zająć się krojeniem warzyw..

Spojrzałam na nią ze zdziwieniem. Pomyślałam, że może podczas wczorajszej rozmowy coś wreszcie do niej dotarło. 

– Dziękuję, przyda mi się wsparcie, bo jeszcze jest trochę rzeczy do zrobienia. 

Synowa skupiła się na pomidorach i ogórkach. Zaczęła pytać o różne kulinarne porady, a ja wreszcie poczułam, że zależy jej na moim zdaniu. Podzieliłam się z nią różnymi trikami, mając nadzieję, że kiedyś je wykorzysta w swojej kuchni. 

– Spróbuję tak zrobić, choć nie jestem pewna, czy wyjdzie tak samo dobry jak twój sernik – mówiła. 

– Wystarczy trochę wprawy, a na pewno się uda – odpowiedziałam. 

Coraz częściej mogłam liczyć na ich pomoc

Podczas wspólnego śniadania zauważyłam, że atmosfera była nieco lżejsza. Najstarsza zaczęła doceniać smak sałatki, a młodsza pomagała podawać talerze bez szemrania. To nie był koniec konfliktu, ale poczułam, że moje słowa zaczęły przynosić efekty.

– Wiesz, mamo, odpocznij sobie, ja wszystko posprzątam – odezwała się najstarsza, gdy skończyliśmy posiłek.

– Zaczekaj, to i ja ci pomogę – odpowiedziała druga. 

Po śniadaniu cała kuchnia była wysprzątana na błysk. Przyglądałam się temu z niedowierzaniem. To była mała, ale znacząca zmiana. Minęły tygodnie od tamtego weekendu, a relacje z synowymi powoli się zmieniały. Nadal zdarzały się drobne spięcia, drobne komentarze, ale widziałam też pierwsze oznaki respektu. Coraz częściej mogłam liczyć na ich pomoc w różnych obowiązkach domowych. Wiedziałam, że może nigdy nie stanę się „ulubioną teściową”, ale ważniejsze było, że zbudowałam przestrzeń, w której moje doświadczenie i wiedza są szanowane. Czasem trzeba być stanowczym, nawet jeśli oznacza to chwilowy opór innych. W życiu domowym i w kuchni konsekwencja przynosi efekty. I cieszyłam się, że synowe zaczynały to rozumieć.

Irena, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: