Zawsze wydawało mi się, że byłam całkiem zwyczajną mamą. Żyliśmy skromnie, ale mieliśmy siebie, zawsze ciepły obiad na stole i kojący serce śmiech dzieci w domu. Nie stać nas było na markowe ubrania, bo dojeżdżały nas kredyt i rachunki, a do tego ciągle wyskakiwały niespodziewane wdatki. Lumpeksy były więc dla mnie wybawieniem, bo dzieci szybko rosną, a tam ubierałam je za grosze. Potrafiłam wyczarować całe zestawy ubrań i to wcale nie starych i znoszonych, tylko kolorowych i porządnych. Dopiero gdy zaczęłam częściej spotykać się z mamusiami z przedszkola, zobaczyłam, jak bardzo się różniłyśmy. One mówiły o metkach, kolekcjach i wyprzedażach w galeriach, a ja o koszu za pięć złotych.

Mamusie nie oszczędzały w słowach

Przyszłam z dziećmi na plac zabaw jak zwykle. Młodszy synek biegał z plastikową ciężarówką, a starsza córka wspinała się na drabinki. Ja usiadłam na ławce, obok dwóch innych mam, które kojarzyłam z przedszkola. Były zawsze eleganckie, pachnące drogimi perfumami i chodziły w butach, które kosztowały tyle, co moje zakupy na pół miesiąca.

– Widzisz te spodnie? – jedna szturchnęła drugą łokciem, niby dyskretnie, ale wystarczająco głośno, żebym usłyszała. – Limitowana kolekcja, kosztowały majątek, ale co tam, nasze dzieci muszą wyglądać.

Druga zachichotała i zerknęła w stronę mojej córki, która miała na sobie fioletową kurtkę z lumpeksu. Wyglądała w niej uroczo, ale obie panie wymieniły spojrzenia, jakby zobaczyły coś niewłaściwego.

– A ta mała to zawsze w jakichś używanych łachach – mruknęła jedna, udając, że bawi się telefonem.

Poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. Udawałam, że mnie to nie rusza, ale siedziałam sztywno jak deska. Chciałam wstać i od razu iść do domu, lecz córka podbiegła do mnie cała rozpromieniona.

– Nie rozumiem, jak można ubierać dzieci w takie rzeczy. Moje by się chyba rozpłakały.

Wzięłam głęboki wdech. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że dla nich nie byłam zwykłą mamą, tylko jakąś… gorszą. A przecież moje dzieci były szczęśliwe. Czy to nie powinno być najważniejsze?

Potem było tylko gorzej

Kiedy dotarliśmy na urodziny syna sąsiadki, liczyłam, że będzie miło. Dzieciaki uwielbiały się bawić, a ja chciałam choć przez chwilę poczuć się częścią tej całej „przedszkolnej społeczności”. Weszliśmy do salonu pełnego balonów, kolorowych dekoracji i perfekcyjnie ustawionych przekąsek. Właścicielka mieszkania, mama solenizanta, przywitała nas z szerokim uśmiechem, ale jej wzrok od razu zjechał na sukienkę mojej córki.

– O, ciekawa… stylizacja – powiedziała, unosząc brew – Jaka to marka?

– Nie marka, tylko lumpeks – odpowiedziałam szczerze.

Zapadła cisza, a potem kilka półuśmieszków przetoczyło się po twarzach kobiet stojących obok. Zaczęły wymieniać między sobą nazwy sklepów, w których kupują dzieciom ubrania, zdecydowanie za głośno, by była to przypadkowa rozmowa. Udawałam, że słyszę tylko połowę ich słów, ale każde trafiało we mnie jak szpilka. Moja córka miała wtedy w ręku papierową koronę i przyszła do mnie cała szczęśliwa. Gdy jednak podeszła do grupy dziewczynek, usłyszałam:

– Fajna korona, ale sukienka… chyba stara, nie?

– Moja mama mówi, że takie są z tanich sklepów – dodała inna.

Moje serce zrobiło się ciężkie. Stałam obok stołu z sokami i zastanawiałam się, czy to wszystko naprawdę musi zależeć od metki.

Przyszedł czas na rozmowę

Kilka dni po urodzinach odebrałam córkę z przedszkola później niż zwykle. Zazwyczaj była pełna energii, opowiadała o zabawach i o tym, kto z kim siedział przy obiedzie. Tego dnia jednak siedziała na ławce pod szatnią, skulona, bawiła się rąbkiem bluzy. Podniosła na mnie oczy dopiero, gdy usiadłam obok.

Mamo… czy ja wyglądam inaczej niż inne dzieci? – zapytała cicho – Bo ich mamy mówią, że mają ładniejsze ubrania, a dziewczyny dzisiaj powiedziały, że wyglądam jakbym nosiła rzeczy po kimś.

Poczułam, jak w środku ściska mi się wszystko: – Kochanie, twoje ubrania są piękne. Ty jesteś piękna. I nie ma znaczenia, skąd pochodzą.

Córka spuściła głowę: – Ale one mówiły, że ich mamy nigdy by czegoś takiego nie założyły swoim dzieciom. 

Wzięłam ją delikatnie za rękę: – Posłuchaj mnie. To, co mówią inni, nie zawsze jest prawdą. Ubrania są po to, żeby było ci wygodnie i żebyś lubiła to, co nosisz.

– A one mówią, że ty jesteś… dziwna – dodała szeptem. – Że mama powinna kupować nowe rzeczy, bo tak robią dobre mamy.

– Wiesz skarbie, czasem ludzie mówią coś, czego nie rozumieją. I czasem oceniają innych, zanim ich poznają.

– A ty jesteś dobrą mamą? – zapytała nagle, jakby to od dawna w niej siedziało.

Przełknęłam ślinę: – Robię, co potrafię najlepiej. I kocham was najmocniej, jak umię. To chyba najważniejsze.

Tego dnia pękłam

Na zebraniu w przedszkolu zjawiłam się trochę spóźniona. Usiadłam na wolnym krześle pod ścianą, mając nadzieję, że przemknę niezauważona. Niestety, obok mnie siedziały dwie mamy, które dobrze pamiętałam z wcześniejszych „komentarzy”. Ledwie usiadłam, już zaczęły szeptać, nie zważając, że doskonale je słyszę.

– Patrzcie, ta od lumpeksów przyszła – mruknęła jedna z nich – Ciekawe, czy dziś też coś „oryginalnego” założyła dzieciom .

Udawałam, że skupiam się na tym, co mówi nauczycielka, choć słowa przelatywały mi nad głową. Nagle wychowawczyni wspomniała o planowanej sesji zdjęciowej do kalendarza grupowego. Wtedy jedna z tych mam podniosła rękę.

– Chciałam tylko zapytać, czy możemy ustalić jakiś… no, spójny standard ubioru dzieci na te zdjęcia – zaczęła słodkim tonem. – Żeby wszyscy wyglądali schludnie i... reprezentacyjnie.

Druga kiwnęła głową: – Tak, żeby nie było, że jedne dzieci mają eleganckie ubrania, a inne jakieś… przypadkowe.

Kilka osób spojrzało w moją stronę, jakby nawet nie musieli wskazywać palcem. Zrobiło mi się gorąco. Poczułam, że dłużej nie dam rady siedzieć cicho.

– Przepraszam, a co dokładnie ma oznaczać „przypadkowe”? – zapytałam, prostując się.

Kobieta uniosła brodę: – No… wiesz. Niektóre mamy kupują dzieciom porządne rzeczy. Nowe. Ubrania, które wyglądają adekwatnie do okazji.

– A inne robią, co mogą – odpowiedziałam spokojnie, ale głos drżał. – I to też jest w porządku.

– Ale zdjęcia zostają na lata – wtrąciła druga. – Chcemy, żeby wyglądały dobrze.

– Moje dzieci wyglądają dobrze – powiedziałam. – A to, skąd mają ubrania, nie zmienia tego, kim są.

Rozmowa, która zmieniła wszystko

Kilka dni po zebraniu postanowiłam zabrać dzieci na zakupy właśnie do lumpeksu. Chciałam, żeby zobaczyły, że to dla mnie normalne miejsce, nie powód do wstydu. Weszliśmy do środka, a córka od razu pobiegła do wieszaka z sukienkami. Wtedy podeszła do nas starsza kobieta, chyba jedna z pracownic.

– Twoja córeczka ma świetne oko – powiedziała serdecznie. – To porządna sukienka, prawie nie noszona.

Córka się zarumieniła: – A dziewczyny w przedszkolu mówią, że lumpeks to wstyd.

Kobieta pokręciła głową: – Wstyd to oceniać innych, a tu można znaleźć prawdziwe perełki i dać ubraniom nowe życie.

Słuchałam jej z wdzięcznością, której nie potrafiłam ubrać w słowa. Syn w tym czasie znalazł bluzę z superbohaterem i prawie skakał z radości. Wyszliśmy ze sklepu z kilkoma ubraniami, ale przede wszystkim z innym nastrojem. Córka trzymała swoją sukienkę jak coś wyjątkowego, a ja czułam, że część ciężaru spadła mi z serca. Wieczorem, kiedy układałam rzeczy do szafy, zauważyłam, że córka stoi obok i mnie obserwuje.

– Mamo… a jeśli jutro założę tę niebieską do przedszkola, to co?

– To pójdziesz w czymś, co lubisz – odpowiedziałam. – I to wystarczy.

Uśmiechnęła się nieśmiało: – Chcę tak zrobić.

Zrozumiałam wtedy, że szafa moich dzieci nie musi nikomu imponować. Ma być miejscem, w którym czują się sobą. A ja nie mam obowiązku wpasowywać się w oczekiwania tych, które patrzą tylko na metki.

W końcu przestałam się wstydzić

Następnego dnia, kiedy odprowadziłam córkę do przedszkola, miała na sobie swoją ukochaną jasnoniebieską sukienkę. Trzymała mnie za rękę mocniej niż zwykle, ale w jej kroku czułam odrobinę więcej pewności. Pod salą zobaczyłyśmy te same mamy, które tak często komentowały nasze wybory. Jedna zmierzyła córkę wzrokiem od góry do dołu, a druga poprawiła włosy swojemu dziecku i udawała, że nas nie widzi.

Córka ścisnęła moją dłoń: – Mamo… ja dam radę – szepnęła.

– Wiem, kochanie – odpowiedziałam.

Kiedy wyszłam z przedszkola, usiadłam na ławce przed budynkiem. Przez długi czas zastanawiałam się, czy faktycznie byłam gorszą matką tylko dlatego, że moje dzieci nie miały nowych ubrań z metkami. Czy naprawdę powinnam była wstydzić się tego, że staram się jak mogę, że liczę pieniądze, że szukam sposobów, by pogodzić wszystko, co życie nam narzuca?

Wtedy z przedszkola wyszła jedna z mam, ta, która na zebraniu powiedziała, że nie powinniśmy zaglądać sobie do szaf. Usiadła obok mnie.

– Wiesz… – zaczęła cicho. – Masz dużo odwagi, a twoje dzieci naprawdę wyglądają a szczęśliwe. Może o to chodzi?

Popatrzyłam na nią z wdzięcznością: – Staram się – odpowiedziałam. – Chcę, żeby wiedziały, że wartość człowieka nie zależy od metki.

– Dobrze im to pokazujesz – uśmiechnęła się i wstała.

Wracając do domu, pomyślałam o wszystkich tamtych docinkach, spojrzeniach i komentarzach. Bolały, to prawda. Ale jednocześnie zrozumiałam, że nie zamieniłabym naszego życia na ich idealne, błyszczące światy. Moje dzieci czuły się kochane, a to było ważniejsze niż jakiekolwiek marki.
Nigdy nie byłam wyrodną matką. Byłam matką, która robiła najlepiej, jak potrafiła – i to musiało wystarczyć.

Maja, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: