Mama zawsze miała opinię nie do podważenia. Twardo stąpała po ziemi, pogardzała reklamami, zakupowymi szaleństwami i wszystkimi tymi „pseudookazjami”, jak to nazywała. Wmawiała mi i wszystkim dookoła, że tylko naiwni wierzą w promocje. Śmiałam się z tego w duchu, potakiwałam z powagą. Wiecie, jak to jest – lepiej nie wdawać się z mamą w dyskusje, jeśli jeszcze chce się z nią w niedzielę zjeść obiad bez wojny domowej.

Ale wszystko się zmieniło, gdy zobaczyła ten koc. Mięciutki, gruby, w kolorze ciepłego beżu, leżący niedbale na mojej kanapie jakby nigdy nic. A przecież kosztował mnie tylko 29 zł i pięć minut stania w kolejce w dyskoncie, w którym – co ciekawe – mama w życiu się nie pojawiła, bo „to nie jest sklep dla ludzi z klasą”. Od tej chwili jej stanowcze „Nie potrzebuję żadnych przecen i wyprzedaży” zaczęło się lekko chwiać. A ja tylko czekałam, aż się złamie.

Pewnie kosztował majątek

– Nowy koc? – zapytała mama, zatrzymując wzrok na kanapie.

– Tak – odpowiedziałam niewinnie, jednocześnie nalewając herbatę.

– Widzę, że taki porządny, gruby, miękki.

Usiadła na kanapie, gładząc go dłonią jak inspektor jakości w fabryce tekstyliów. 

– Pewnie kosztował majątek – mruknęła z podejrzliwością.

– Dwadzieścia dziewięć złotych – powiedziałam z uśmiechem, wręczając jej herbatę. – W promocji.

– Phi – prychnęła. No nie wiem… Pewnie po dwóch praniach się rozlezie. 

Przez chwilę milczała. Wzięła łyk herbaty. A potem dodała znienacka:

– A… gdzie to kupiłaś?

Spojrzałam na nią z udawaną obojętnością.

– W tym sklepie, co mówiłaś, że to sklep dla naiwnych.

– Ja tak mówiłam? – zrobiła wielkie oczy.

Nie odpowiedziałam. Tylko się uśmiechnęłam i dopiłam herbatę.

– Jadę jutro na targ po warzywa – rzuciła mama dzień później niby mimochodem. – To może… wstąpimy po drodze do tego twojego sklepu?

Spojrzałam na nią zaskoczona.

– Ty chcesz tam jechać?

– Oj, przestań. Przecież nie będę tam robić zakupów. Tylko się rozejrzę. Zobaczę, czy jeszcze mają te koce. Może ci wezmę drugi, na zapas.

– A może sobie weźmiesz? – rzuciłam niewinnie.

– Ja? Nie no, po co mi nowy koc? Przecież mam jakiś.

Ale widać było, że walczyła ze sobą. Ostatecznie pojechałyśmy. 

To aż niemożliwe

Mama weszła do sklepu niczym inspektor. 

– Co za chaos – mruknęła, zerkając na stos koszy wypełnionych produktami w wyprzedaży. 

– Tędy – wskazałam alejkę, którą znałam już jak własną kieszeń. – Tam leżały ostatnio.

Podążyła za mną, udając, że wcale jej nie zależy. Ale gdy tylko zobaczyła stos koców w przecenie, coś w niej pękło.

– O, ten… ten to ładny – powiedziała, wyciągając beżowy, identyczny jak mój. I jeszcze tylko 29 zł? To aż niemożliwe.

– Możliwe – odparłam z satysfakcją.

Mama zaczęła macać inne: szary, bordowy, taki z warkoczowym wzorem.

– Ten też niezły… i ten w kratkę… Matko, przecież za tyle to grzech nie wziąć.

Spojrzała na mnie z błyskiem w oku.

– Wezmę trzy. Jeden dla mnie, jeden na prezent dla cioci Haliny i trzeci… no może kiedyś ci się przyda. Zawsze warto mieć na stanie.

Stałam z boku, patrząc, jak upycha je do koszyka. I choć nic nie mówiłam, w środku śmiałam się do rozpuku. Mama – ta sama, która zawsze mówiła, że „kto daje się nabrać na promocje, sam się prosi o rozczarowanie” – właśnie wykupiła pół stoiska.

– I nie waż się mówić tacie – rzuciła nagle, jakby mi czytała w myślach.

– Nigdy – zapewniłam uroczyście.

Ludzie patrzyli z zazdrością

Tydzień później, siedząc u mamy w salonie, zauważyłam, że beżowy koc dumnie leży na oparciu fotela. Dokładnie wyeksponowany, jakby miał wziąć udział w konkursie na najpiękniejszy wystrój wnętrz.

– Ładnie się tu prezentuje – zagaiłam.

– Mówiłam ci, że miałam nosa. Idealnie pasuje do zasłon – mama przeciągnęła dłonią po materiale.

Chciałam coś odpowiedzieć, ale przerwał mi dźwięk dzwonka do drzwi. Mama zerknęła przez wizjer, po czym otworzyła i wpadła w ton głosu, który znałam aż za dobrze:

– Halinko! Dobrze, że jesteś! Chodź, mam dla ciebie coś cudownego. Koc! Taki miękki, beżowy, idealny na jesień!

– Ależ ja mam już kocyk, kochana – zaśmiała się ciotka Halina.

– Nie taki. Ten jest wyjątkowy. I – szepnęła – kosztował grosze. Jak ja go dorwałam, to ludzie patrzyli z zazdrością!

Nie mogłam uwierzyć w to co słyszę.  Na nowych kocach się nie zakończyło. Nawet nie wiem kiedy, moja matka zamieniła się w prawdziwą łowczynię promocji.

– Widzisz tę lampkę na komodzie? – spytała, gdy znów byłam u niej w odwiedzinach. – Wzięłam za siedemdziesiąt dziewięć. A wcześniej była za sto czterdzieści dziewięć. Prawie połowa!

– Mama... – westchnęłam. Przecież masz już podobną.

– Nie nie, ta jest inna. 

Nie odpowiedziałam. Tylko się uśmiechnęłam, patrząc, jak mama zanurza się w katalogu promocyjnym niczym detektyw tropiący najlepsze oferty.

Julia, 24 lata


Czytaj także: