Black Friday do tej pory kojarzył mi się głównie z amerykańskimi filmami, w których ludzie tratowali się nawzajem dla telewizora za pół ceny. Nigdy nie brałam udziału w tym szaleństwie, bo zwyczajnie nie miałam na to ani siły, ani ochoty. Ale moja synowa, Kasia jest inna. Uważna, zorganizowana i, niestety, uparta jak osioł. No i ma słabość do perfumerii. Tym razem nie miałam więc wyboru i musiałam pojechać z nią za to zakupowe szaleństwo. Nie spodziewałam się jednak takiego obrotu spraw i jeszcze długo po powrocie nie mogłam dojść do siebie. 

Synowa mnie męczyła

– Mamo, dziś już mi się nie wywiniesz – powiedziała Kasia z tym swoim zadziornym uśmieszkiem, gdy tylko otworzyłam drzwi. – Mam kawę i listę zakupów. Black Friday czeka!

– Kasiu, ja naprawdę... może za rok? Albo za dziesięć lat? – jęknęłam, zerkając na dres, który miałam na sobie. – Nawet nie jestem ubrana...

– To wskakuj w coś wygodnego i ruszamy. Mamy tylko trzy godziny, zanim wszystko się wyprzeda.

– A kto powiedział, że ja chcę coś kupić?

– A kto powiedział, że chodzi o ciebie? – parsknęła. – Jedziemy po prezenty. Święta tuż-tuż!

No i co miałam zrobić? Wskoczyłam w wygodne dresy i lekką kurtkę, a piętnaście minut później siedziałyśmy już w samochodzie. Kasia nawijała o promocjach, a ja próbowałam sobie przypomnieć, czy wzięłam tabletki na nadciśnienie. Wiedziałam jedno – to nie skończy się dobrze. W galerii już od wejścia czuć było zapachy: mieszanka kawy, słodkich bułek i... jakichś drogich perfum.

– Tam! – krzyknęła Kasia, ciągnąc mnie za rękę w stronę drogerii. – Mają 70% zniżki na zestawy! Mamo, zaufaj mi. Po dzisiejszym dniu nikt nie powie, że jesteśmy nudne.

Przyglądałam się jej, jak łowiła promocje jak rekin. Nie wiedziałam jeszcze, że to dopiero początek pachnącej katastrofy.

Nie spodziewałam się tego

– Mamo, co sądzisz o tym? – Kasia wcisnęła mi pod nos butelkę perfum, z których unosił się zapach przypominający mydło z PRL-u.

– Raczej nie – skrzywiłam się. – Poszukaj czegoś, co nie pachnie jak zakład pogrzebowy.

Kasia parsknęła śmiechem i wcisnęła kolejny flakon do wózka, który już był niemal pełny. Ludzie wokół nas chodzili jak zaczadziali, z wypiekami na twarzach, z siatkami tak pełnymi, że ledwo je ciągnęli po podłodze. A nasz wózek pachniał jak skrzyżowanie kwiaciarni z drogerią i francuską uliczką.

– Nie przesadzamy trochę? – zapytałam, patrząc na stosy kosmetyków.

– Mamo, to wszystko idzie na prezenty! Zobacz, mamy dla mojej mamy, dla twojej sąsiadki z trzeciego, dla pani z przedszkola...

– A dla mnie coś będzie?

Kasia zatrzymała się, spojrzała na mnie i nagle wrzuciła do wózka coś w złotym pudełku: – To dla ciebie. Prezent ode mnie. Pachnie jak… kobieta z charakterem. Trochę kawa, trochę pieprz, trochę szaleństwa. Zupełnie jak ty.

Uśmiechnęłam się niechętnie, a wózek trzeszczał pod ciężarem „okazji”. Jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek zamieszania, jakie wywołamy po powrocie.

Ledwo pchnęłyśmy wózek

Pani kasjerka aż uniosła brwi, gdy zobaczyła nasz ładunek.

– Własna drogeria? – rzuciła półżartem.

– Prawie – mruknęłam, opierając się o ladę. – Tylko bez paragonów zbiorczych.

Zapłaciłyśmy tyle, że na chwilę rozważałam, czy nie zacząć handlować tymi perfumami, ale zanim zdążyłam rozwinąć ten biznesplan w głowie, dotarłyśmy na parking. Kasia otworzyła bagażnik, a ja zamarłam.

– Co to...?

– O matko. – Kasia zrobiła krok w tył.

W bagażniku siedział pies, wielki, kudłaty, z różową wstążką na szyi i językiem na wierzchu. Patrzył na nas z takim spokojem, jakby właśnie wrócił z wakacji.

– Jak on tu wskoczył? Chyba nie możemy go tak zostawić – westchnęłam. – Wygląda na zadbanego. Może ktoś go szuka?

– Albo podrzucił specjalnie, bo wiedział, że wyglądasz na taką, co się wzruszy.

Spojrzałam na psa. Patrzył na mnie jak... no właśnie. Jakby wiedział.

– Wrzucaj go z powrotem. I szukamy właściciela.

Ruszyłyśmy do akcji ratunkowej

Z pieskiem, który rozsiadł się jak król na tylnej kanapie, ruszyłyśmy z powrotem pod galerię. Kasia już kombinowała:

– Może rozwiesimy ogłoszenia? Albo wrzucimy zdjęcie na grupę osiedlową? 

–Ten pies mógł komuś uciec. Albo, nie daj Boże, ktoś go porzucił.

– Tak, pewnie porzucił w bagażniku cudzego samochodu...

Zatrzymałyśmy się przy wejściu, skąd ludzie wciąż wylewali się jak rzeka. Kasia trzymała psa na prowizorycznej smyczy z paska od torebki, a ja wypatrywałam kogoś zrozpaczonego.

– Może podejdziemy do ochrony? Mają monitoring, może coś zobaczą?

– Dobra myśl – przytaknęłam i już chciałam ruszyć, kiedy nagle...

– Franuś! – z tłumu wypadła zadyszana kobieta z rozwianym szalem i ręką uniesioną jak do biegu po złoto olimpijskie. – Franulek, kochanie, gdzieś ty był?! – piszczała, rzucając się na psa.

Pies zamerdał ogonem, jakby całe życie na to czekał.

– O matko, dziękuję! – Kobieta spojrzała na nas z wdzięcznością. – On mi zniknął z auta, jak ładowałam zakupy. Myślałam, że oszaleję!

– To on sam sobie nas znalazł – mruknęłam.

– Ma nosa. Zawsze ciągnie do dobrych ludzi. – Kobieta się uśmiechnęła, a potem... wyciągnęła coś z torby.

– Proszę, taka drobnostka w podzięce – powiedziała, wręczając nam… perfumy. Markowe.

Spojrzałyśmy z Kasią na siebie.

– Coś ty z tą perfumerią zrobiła, że nawet pies ci przynosi flakony? – szepnęła z rozbawieniem.

A ja tylko stałam i nie mogłam przestać się śmiać

To nie był koniec niespodzianek

Gdy już rozstałyśmy się z właścicielką Frania, a perfumy spoczęły w mojej kieszeni jak pamiątka po nieplanowanej przygodzie, ruszyłyśmy do samochodu. Kasia wyraźnie była w euforii.

– Mamo, my dzisiaj naprawdę rozwalamy system. Kupujemy, znajdujemy psy, dostajemy prezenty. Czekam tylko, aż ktoś podbiegnie i wręczy nam wycieczkę na Bali.

– Z całym tym bagażnikiem? – sapnęłam. – Już mnie krzyż boli. I nie wiem, czy to bardziej od zakupów czy od tego, że śmiałam się przez pół godziny.

– A wiesz, że to może być nasza nowa tradycja? Wspólne babskie zakupy w każdy Black Friday brzmią doskonale.

Gdy zatrzymałyśmy się pod moim blokiem, Kasia zaciągnęła mnie jeszcze do bagażnika: – Zaczekaj. Mam dla ciebie coś jeszcze.

– Kasiu, nie przesadzaj. Już mi pachnie w nozdrzach, jakby mi się perfumeryjny duszek do nosa wprowadził.

– Nie, to nie perfumy. – Wyciągnęła małe pudełko, zawinięte w świąteczny papier, a w środku była świeczka pachnąca cynamonem, wanilią i czymś jeszcze, co przypominało spokój.

– Żeby ci zawsze pachniało dobrze – powiedziała cicho.

Zaniemówiłam i uściskałam ją mocno: – Kasia... ty jesteś moim najlepszym prezentem.

Coś się zmieniło

Może to był zapach? A może ten śmieszny błysk w oczach, który sama zauważyłam w lustrze? Z kuchni wyjrzał Heniek, mój mąż, który zazwyczaj na moje zakupy reagował z westchnieniem i pytaniem: „Ile znowu wydałaś?”

– Oho, widzę, że Black Friday się udał – rzucił, patrząc na torby i uginającą się półkę w przedpokoju.

– To nie zakupy, Heniek. To misja specjalna z psem w bagażniku.

– Co?

Opowiedziałam mu wszystko, od początku do końca. O wózku pełnym perfum, o Franiu, o właścicielce, która wyglądała jak postać z bajki, i o świeczce, która pachniała spokojem.

– No i co ty na to? – zapytałam, gdy już skończyłam.

Heniek patrzył na mnie przez chwilę, a potem tylko powiedział: – Cieszę się, że poszłaś. Dawno się tak nie śmiałaś.

I miał rację. Ten jeden dzień, pełen absurdu, śmiechu i nieplanowanych przygód, zrobił więcej niż tygodnie zwykłej codzienności. Może czasem trzeba dać się wyciągnąć. Z domu, ze schematu, z marudzenia. Bo czasem z Black Friday wracasz nie tylko z perfumami. Czasem wracasz z czymś więcej. Z ciepłym sercem. Z wdzięcznością. Z zapachem przygody i z synową, która mówi ci „mamo”, ale patrzy na ciebie jak na przyjaciółkę.

Maria, 64 lata


Czytaj także: