W zeszłym roku nie miałam zamiaru dać się wciągnąć w ten cały przedświąteczny cyrk. W grudniu, i owszem, planowałam wybrać się na spokojne zakupy, popijając kawę z kartonowego kubka i wybierając dla bliskich coś od serca. Nic na wariata, żadnych walk w marketach, żadnych kolejek do przymierzalni czy przepychanek pod kasą. Taki był plan. Ale najwyraźniej moje postanowienia miały mniejszą siłę przebicia niż pierwsze reklamy Black Friday, które wpadły mi na ekran już pod koniec października. Najpierw kliknęłam „zobacz więcej” z czystej ciekawości, potem „dodaj do koszyka”, żeby „tylko sobie zapisać”, a zanim się zorientowałam, kartą machnęłam jak zawodowiec. A później jeszcze raz. I jeszcze. Aż w pewnym momencie spojrzałam na swoje konto i... no właśnie. Świeciło pustkami.
Wszystko zaczęło się od tej jednej reklamy. Leżałam sobie na kanapie, owinięta kocem jak naleśnik, z kubkiem herbaty w dłoni. Kot spał na moich nogach. I wtedy telefon zapikał.
– Nie, Milena, nie klikaj… – mruknęłam sama do siebie, już łapiąc za ekran.
Ale kliknęłam. I zanim zdążyłam wypić herbatę, miałam w koszyku cztery rzeczy, o których nawet nie wiedziałam, że istnieją.
– Ale promocja! – powiedziałam sama do siebie, tłumacząc, jakby ktoś miał mnie podsłuchiwać. – Przecież to się opłaca.
Zadzwoniła Kasia.
– Hej, widziałaś, co się dzieje w tym sklepie z biżuterią? Bransoletki za pół ceny! – wrzasnęła bez przywitania.
– Miałam oszczędzać w tym roku,…ale dobra, już wchodzę – odpowiedziałam automatycznie.
– Sama zobacz, tego nie można przegapić.
Minęła godzina, może dwie. Kiedy zorientowałam się, że mam w koszyku prezenty dla mamy, siostry, ciotki i... sąsiadki z parteru, której nawet nie lubię, zaczęłam się niepokoić.
– Przecież to tylko okazyjne zakupy – tłumaczyłam się na głos. – I tak miałam kupić prezenty. A że robię to… trochę wcześniej.
Wieczorem zadzwoniła moja mama.
– Milenka, nie zapomnij, że w grudniu robimy losowanie prezentów! W tym roku masz kupić coś dla jednej osoby, nie jak zawsze – zaśmiała się.
– Aha… – bąknęłam, zerkając na siedem potwierdzeń zamówienia.
A miało być rozsądnie.
Przecież to idealna okazja
W sobotę rano postanowiłam „tylko przejrzeć” paczki, które przyszły w tygodniu. Pudełka piętrzyły się w korytarzu. Kot patrzył na mnie z wyrzutem, bo jego miska była w zasięgu kartonów i nie miał odwagi się zbliżyć.
– Spokojnie, Stefan, zaraz to ogarnę – powiedziałam, przeciskając się między paczkami.
Zaczęłam rozpakowywać. Bransoletka dla mamy – cudo. Sweter dla siostry – mięciutki. Zestaw lśniących garnków... komu by to dać? – Sama prawie wcale nie gotuję – zmarszczyłam brwi.
W międzyczasie zadzwoniła do mnie Kasia.
– Milena, no nie uwierzysz! Oni teraz dają darmową wysyłkę!
– Kasia, ja już mam wszystko. Serio. Nie mam dla kogo więcej kupować.
Po czym nagle pomyślałam, że przecież to idealna okazja, aby kupić coś „na zaś” i wręczyć komuś np. na urodziny albo zostawić dla siebie. Złożyłam kolejne zamówienie. Wróciłam do przeglądania paczek. Spojrzałam na jedno z pudełek.
– No dobra, te perfumy zostają u mnie – powiedziałam.
Otworzyłam kolejne pudełko, a tam... identyczny sweter jak poprzedni tylko w innym kolorze, bo nie mogłam się zdecydować. Nawet mój kot Stefan wyszedł z pokoju. Z zażenowania.
Poczułam wstyd
W niedzielę zadzwonił mój brat.
– Milka, słuchaj… Ty się znasz na internetach, nie? – zaczął ostrożnie.
– To zależy, co chcesz.
– No bo Basia powiedziała, że są te wszystkie promocje przed świętami i… chciałem jej coś zamówić. Ale wolę, żeby nie widziała, ile nam ubyło z konta.
– Czekaj. Ok mogę coś kupić.
– Super, tylko wiesz, budżet mam skromny.
– Dobra, coś wymyślę. Ale nie licz w takim razie na coś ekstra.
– Nie ma sprawy, przecież liczy się gest od serca, nie? – zaśmiał się.
Rozłączyłam się i wróciłam do swoich kartonów. Rzuciłam okiem na kupione rzeczy. Sukienka za 200 zł. Kosmetyki za 150. Dwie torebki – bo przecież „zobaczymy, która będzie lepsza”. A tymczasem brat liczy się z każdym groszem.. Poczułam wstyd. Tak po prostu. Podniosłam perfumy, które tak bardzo mi się spodobały.
– Może je jednak oddam – powiedziałam do Stefana, który właśnie leniwie rozglądał się po korytarzu.
Kot spojrzał na mnie obojętnie. Dla niego liczyło się tylko jedno – żeby te kartony wreszcie zniknęły z jego drogi do miski.
Ja już wszystko kupiłam
– O matko... – jęknęłam, pakując czwartą parę skarpetek z reniferami do pudła.
Zadzwoniła mama.
– Milena, a co ty myślisz o tej naszej wigilijnej akcji z losowaniem? Bo Basia mówiła, że jej się pomysł podoba, ale twoja siostra ponoć woli dawać każdemu po małym upominku.
Zamilkłam.
– Mamo... nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale… ja już wszystko kupiłam. Dla każdego. I jeszcze dla sąsiadki.
– Sąsiadki?
– Takiej jednej. Z trzeciego piętra. Raz pożyczyłam od niej cukier. Teraz dostanie zestaw do robienia świec sojowych.
Po drugiej stronie cisza. A potem śmiech.
– Ciebie Black Friday znów dopadł, co?
Spojrzałam z politowaniem na ten piętrzący się stos pudełek i ciężko westchnęłam.
Przecież to wszystko się przyda
W czwartek postanowiłam zwrócić część zamówień. Zadzwoniła Kasia.
– Milena, czemu nie odpisujesz? W tym sklepie mają -70%!
– Kasia, ja właśnie zamierzam zwrócić połowę tego, co kupiłam.
– Co?! Zwariowałaś? Przecież to wszystko się przyda!
– Nie. Właśnie sobie uświadomiłam, że „przyda się” to najgorsze kłamstwo, jakie wcisnęłam sama sobie w tym roku.
– Ale przecież kupiłaś świetne rzeczy.
– Kasia, kupiłam trzy zestawy do robienia sushi, za którym nawet nie przepadam. I... mam siedem par świątecznych skarpetek.
W słuchawce najpierw zapadła cisza. Potem Kaśka roześmiała się.
– Dobra, dobra, poddaję się.
Oddałam prawie wszystko. Zostawiłam tylko to, co naprawdę miało sens. A wieczorem wypiłam herbatę w ciszy. Bez list zakupów. Bez kliknięć.
Nie chodziło o rzeczy
Tydzień później w moim mieszkaniu panował względny spokój. Żadnych paczek w korytarzu, żadnych powiadomień o dostawach. Tylko zapach mandarynek, choinka jeszcze bez ozdób i ja – z kubkiem herbaty, którą przyniosła mi sąsiadka z trzeciego piętra.
– Proszę, pani Mileno, taka z hibiskusa i cynamonu, bardzo świąteczna – powiedziała, wręczając mi słoiczek.
– Dziękuję… Właśnie się zastanawiałam, co pani wręczyć na święta.
– Och, kochana, nic mi nie trzeba. Wystarczy, że pani tak ładnie się uśmiecha, kiedy mijamy się na schodach.
Wzruszyłam się. Może pierwszy raz od dawna nie chodziło o rzeczy. Wieczorem włączyłam światełka na choince i pomyślałam, że ten grudzień jest inny. Lżejszy. Nie przez to, co kupiłam. Ale przez to, czego się nauczyłam.
Milena, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój mąż trwoni pieniądze na akcesoria samochodowe. Nie mogę dłużej patrzeć, jak nasze oszczędności topnieją w oczach”
- „Żona trwoni pieniądze na drogie perfumy i inne zachcianki. Jak tak dalej będzie, to nasza rodzina pójdzie z torbami”
- „Pomagałem córce z zięciem, bo ciągle biadolili, że nie mają, co do garnka włożyć. Wstyd mi za to, co robią za moją kasę”








