Teoretycznie to miała być tylko zwykła sobota, ale akurat wypadła dokładnie w ten jedyny weekend w roku, kiedy ludzie z całej okolicy tłumnie walą do galerii, jakby rozdawali tam złote zegarki. Ja osobiście nie znoszę tłumów, ale tego dnia coś mnie tknęło. Może dlatego, że od paru dni teść snuł się po domu jak duch, a może po prostu miałam ochotę na trochę zamieszania. W każdym razie, pomyślałam, że zrobię mu niespodziankę i zabrałam do na zakupy. Najpierw się boczył, ale ja wiedziałam, że jak już się rozkręci, to potrafi zaskoczyć. A tego dnia zaskoczył mnie bardziej niż zwykle.
Teść długo się zapierał
– Ksymena, ja naprawdę nie wiem, po co mnie wyciągałaś z domu – burknął teść, siedząc w aucie z miną jakby jechał na pogrzeb własnych wspomnień. – W sobotę człowiek ma chwilę spokoju, a ty…
– Tato, nie zaczynaj – przerwałam mu, zmieniając bieg. – To ma być niespodzianka. Black Friday, promocje, tłumy ludzi i rozrywka w pakiecie. Czego chcieć więcej?
– Żeby mnie w to nie wciągać, na przykład – westchnął i oparł głowę o szybę. – Ja tam wolę promocję na kiełbasę w osiedlowym niż cały ten cyrk.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Teść był jak kot. Niby wszystko nowe go drażniło, ale jak już się oswoił, to potrafił się rozkręcić. Miał swój zestaw grymasów i fochów, ale w gruncie rzeczy był złotym człowiekiem.
– Może trafimy na jakąś wyprzedaż butów. Pamiętasz te twoje kapcie? Ślizgasz się w nich jak po lodowisku.
– Kapcie są dobre, tylko twoja podłoga śliska. I kto normalny jedzie na zakupy akurt tego dnia, kiedy ludzie się o telewizory biją? Będą tylko tłumy do przepychania się wszędzie.
Spojrzałam na niego kątem oka: – Po prostu daj mi godzinę, a później cię odwiozę i możesz wrócić do swoich krzyżówek.
– No dobra – mruknął w końcu. – Ale jak zobaczę jedną babę z wózkiem na moim bucie, to koniec. Wychodzę.
Galeria pękałą w szwach
Znalezienie miejsca parkingowego graniczyło z cudem. Krążyliśmy dobre dziesięć minut, zanim ktoś łaskawie wycofał się spod wejścia. Teść cały ten czas komentował pod nosem każde auto, jakby właśnie zdawał egzamin z cierpliwości.
– A ten gdzie się pcha? Do lodówki? – warknął, gdy srebrne kombi niemal wcisnęło się między nas a słupek.
Weszliśmy do środka. Galeria była jak ulażona – głośna muzyka, światła, krzykliwe plakaty. Mnie bolała od tego głowa, ale teść… coś się z nim stało. Stanął jak zaczarowany przy pierwszym stoisku z elektroniką.
– Patrz, Ksymena, te słuchawki są za stówkę, a w zeszłym tygodniu były po sto sześćdziesiąt! – nachylił się nad wystawką, jakby trzymał w rękach relikwię.
– No widzisz. Ale tato, ja cię tu wzięłam, żebyś się rozerwał, a nie żebyś popadł w uzależnienie zakupowe – zaśmiałam się, widząc jak sięga po pudełko.
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Jeszcze przed chwilą marudził, że zakupy to piekło na ziemi, a teraz wyglądał, jakby trafił do raju dla starszych panów.
– Tylko się nie zgub – rzuciłam półżartem.
– Jak mnie zostawisz, to wezmę jeszcze głośnik.
Nie poznawałam go
Po godzinie błąkania się między wystawami, teść wyglądał, jakby odżył. Niósł torbę ze słuchawkami, ciepłe skarpety z promocji i – co mnie rozbawiło najbardziej – mini zestaw do czyszczenia okularów „za jedyne dziewięć dziewięćdziesiąt”.
– Tato, czy to oznacza, że już mogę cię zabrać na kawę i pączka, zanim padniesz? – zapytałam, kiedy zatrzymaliśmy się przy kawiarni.
– Tak, ale pączek musi być z różą. Żadnych wynalazków z mango czy innym wymysłem. I bez tego… latte! – przewrócił oczami teatralnie. – Normalna kawa, czarna. Jak dla człowieka.
Gdy wróciłam z tacą, zastałam go rozmawiającego z kobietą w jego wieku. Była bardzo zadbana, z ładnie upiętymi siwymi włosami i eleganckim czerwonym szalem. Śmiała się z czegoś, co właśnie powiedział.
– A to pana córka? – zapytała, wskazując na mnie.
– To moja synowa – poprawił ją z dumą. – Ale jest lepsza niż niejedna córka. Porwała mnie dziś na zakupy z własnej woli!
– Co za dziewczyna! – zaśmiała się kobieta i skinęła głową w moją stronę. – Pan to ma szczęście.
– Zawsze mówiłem, że kobiety to moje przeznaczenie – rzucił, mrugając do niej bezczelnie. – A pani też na łowy?
– Ja? A gdzie tam. Przyszłam po czekoladę dla wnuczki, ale jak widać, można tu znaleźć coś więcej – powiedziała z błyskiem w oku.
Zobaczyłam, że teść się zarumienił, chyba pierwszy raz w życiu.
Po tym spotkaniu odżył
Szliśmy przez galerię, a on co chwila zatrzymywał się przy jakimś stoisku, komentował głośno promocje, a nawet zagadywał do sprzedawców. Co więcej – co jakiś czas zerkał za siebie, jakby wypatrywał tej kobiety z kawiarni.
– Tato, powiedz mi tylko jedno – zagadnęłam podejrzliwie. – To flirtowanie przy pączku to było na poważnie, czy ja mam już szukać ci nowej partnerki do tańca?
– No weź, nie rób ze mnie wariata. Ale... ładna była, nie? – dodał cicho.
– Ładna. I miała coś w sobie. Taka dystyngowana. Tylko błagam, nie mów jej od razu, że pijesz czarną kawę i nie uznajesz latte, bo cię wygoni – zaśmiałam się.
– Jak się odezwie, to nie będę wybrzydzał – powiedział, po czym westchnął. – Fajnie tak… pogadać z kimś nowym. Tyle czasu tylko radio, krzyżówki i wspomnienia.
Spojrzałam na niego uważnie. Niby zgrywał twardziela, ale coś w jego oczach mówiło, że tęsknił. Może nie za tą kobietą konkretnie, ale za czymś więcej niż jego codzienna rutyna.
– Wiesz co, tato? Jak następnym razem będę jechać do galerii, to już się nie opędzaj. Może znowu trafimy na jakąś panią do porozmawiania przy kawie i pączku. A jak nie, to chociaż będą skarpety – zażartowałam.
Czas leciał coraz szybciej
Zbliżała się siedemnasta, a teść wciąż nie dawał oznak zmęczenia. W zasadzie... to był w swoim żywiole. Przy stoisku z gadżetami technologicznymi zagadywał chłopaka w bluzie z logo sklepu, jakby właśnie odkrył w nim bratnią duszę.
– I ten głośnik to naprawdę daje radę? – dopytywał, stukając palcem w urządzenie. – Bo wie pan, ja muzyki słucham, ale nie lubię jak dudni. Ja chcę słyszeć słowa.
– To właśnie pana model, proszę pana. Czysty dźwięk, zero zbędnych bajerów. Taki „dla ludzi” – zapewniał sprzedawca z poważną miną.
– Jak dla mnie robiony – pokiwał głową teść. – A co sądzisz, Ksymena?
– Sądzę, że zaczynasz brzmieć jak ktoś, kto wpadł po mleko i wróci z mikrofalą – rzuciłam z przekąsem.
– Oj tam, oj tam. Raz się żyje – powiedział z błyskiem w oku – Nie wierzę, że to mówię, ale cieszę się, że mnie tu zabrałaś. Nawet jeśli jutro będą mnie nogi boleć, to było warto. Dawno się tak dobrze nie bawiłem, dziękuję.
W końcu wróciliśmy do domu
Droga powrotna minęła nam w ciszy, ale takiej dobrej, przesiąkniętej zmęczeniem i lekką satysfakcją. Teść układał torby na kolanach jakby trzymał święte relikwie.
– Wiesz, Ksymena… – odezwał się w końcu. – Dobrze, że mnie wyrwałaś. Ja tak sam bym tego nigdy nie wymyślił. Człowiek myśli, że już wszystko widział, a tu proszę…Nie pamiętam, kiedy ostatnio się tak śmiałem. A z tą panią... Miała na imię Tatiana. Może wrócę tam w przyszłym tygodniu. Sam. Może jeszcze ją spotkam.
– Może. A może nie – odpowiedziałam z uśmiechem. – Ale jedno wiem: dziś wyglądałeś jak dzieciak, który pierwszy raz poszedł do lunaparku.
– Może dlatego, że nikt nie patrzył na mnie jak na starca, który przeszkadza. Dzięki tobie.
– A ja myślałam, że będziesz marudził cały dzień.
– No i marudziłem. Ale potem przeszło. Jak zobaczyłem te słuchawki...
Śmialiśmy się oboje przez kilka minut. Widziałam, że wrócił do domu z lepszym nastrojem, może nawet z czymś w rodzaju nadziei. A ja… byłam dumna, że to ja mu to dałam. Tak po prostu. Na Black Friday.
Ksymena, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
- „Zawsze myślałam, że rozwód to koniec świata. Przypadek sprawił, że na nowo otworzyłam się na miłość”
- „Na stare lata odnalazłam dawną miłość. Myślałam, że jesień życia spędzę samotnie, ale los miał na nas inny plan”
- „Żona zarządziła, że od dziś jemy bezmięsnie, bezglutenowo i bez smaku. Nie będę jadł trocin, więc wymyśliłem plan”








