Od początku wiedziałam, że nie przypadłam jej do gustu. Nie musiała tego mówić wprost – wystarczył sposób, w jaki na mnie patrzyła, jej półuśmiechy, komentarze rzucone niby od niechcenia. Mój mąż twierdził, że przesadzam, że „mama po prostu tak ma”, ale ja czułam, że to coś więcej niż chłód czy nieufność. Może nie pasowałam do jej wyobrażenia o idealnej synowej, a może uważała, że nie jestem wystarczająco dobra dla jej jedynaka? Z czasem przestałam się tym przejmować, ale gdy urodziło się nasz syn, miarka się przebrała.

Wtedy wszystko się zmieniło

Myślałam naiwnie, że dziecko nas do siebie zbliży. Że może widok mnie jako matki, oddanej, czułej, kochającej, coś w niej odmieni. Niestety mocno się pomyliłam i było kompletnie odwrotnie. Poród nie zakończył wojny, a dopiero ją rozpoczął.

– Lena, nie tak go trzymasz – usłyszałam, jak tylko usiadłam na kanapie z naszym kilkutygodniowym synkiem.

Podniosłam wzrok. Stała w drzwiach z rękami skrzyżowanymi na piersi. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem, bo przecież jeszcze sekundę temu stała w kuchni. Czy ona naprawdę chodzi za mną krok w krok?

– Przecież tylko go przytulam – odpowiedziałam spokojnie, chociaż wewnętrznie gotowałam się już od jej tonu.

– On nie może mieć główki tak nisko! Zgniotą mu się uszka! – podeszła i bez pytania wyrwała mi dziecko z rąk. – No chodź do babci, słoneczko… Mama jeszcze musi się nauczyć.

Zacisnęłam zęby. Czułam, jak drżą mi dłonie. Dla świętego spokoju nic nie powiedziałam, ale miałam ochotę krzyknąć: „Daj mi moje dziecko!”
W tym momencie do pokoju wszedł mój mąż.

– Co się dzieje?

– Nic – powiedziała teściowa z uśmiechem. – Po prostu mała lekcja trzymania niemowlaka. Lena musi jeszcze poćwiczyć.

– Mamo… – zaczął niepewnie mąż. – Może jednak pozwól Lenie robić to po swojemu?

– Po swojemu? – prychnęła. – Tak się nie trzyma dziecka. Chcesz, żeby miał krzywą szyję? Dziecku trzeba dawać coś więcej niż przytulanie. Mądrość, doświadczenie… opiekę. Ty masz mleko, ale ja mam wszystko inne – oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Patrzyłam na nią osłupiała. Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że ona nie chce być tylko babcią.

Później było tylko gorzej

Dwa tygodnie później siedziałyśmy razem przy stole, obierałam jabłko na przecier dla małego. Teściowa miała być tylko na chwilę – „na kawę”. Siedziała już trzecią godzinę.

– Ja to zawsze robiłam kompot z jabłka, nie przecier. Kompot rozgrzewa – rzuciła, patrząc na moje dłonie – Dobrze, że mój syn wyrósł na człowieka, zanim te wszystkie doradcze mądrości się pojawiły.

Zamieszałam przecier. Nie chciałam się kłócić, ale miałam dość. Z każdym dniem czułam, że w naszym domu są dwie matki. A ja – ta prawdziwa – jestem ignorowana.

– Mamo – wszedł mój mąż, jak zwykle w najgorszym możliwym momencie – Lena znalazła fajne body dla małego, może zajrzymy tam dziś po południu?

– Body? – teściowa spojrzała na mnie, mrużąc oczy. – Ja już kupiłam mu śpioszki, pajacyki i czapeczki. Ma więcej ubranek niż dorośli, więc po co znowu kupować?

– Bo to body z napisem „mama rządzi” – zażartowałam, uśmiechając się krzywo.

– A nie „babcia rządzi”? – zapytała, zerkając na mnie wyzywająco.

– Mamo, to nie konkurs – powiedział mój mąż, nagle poważniejąc. – Lena jest jego mamą. To ona decyduje.

– A ja co? Obca?

Zrobiło się cicho. Czułam, jak wbija we mnie wzrok. I wtedy dotarło do mnie – ona naprawdę się ze mną ściga. O miłość mojego dziecka.

Teściowa nie znała umiaru

– No chodź do babci, złotko! – zawołała, gdy tylko przekroczyła próg. Jeszcze nie zdążyłam zamknąć drzwi, a już miała go w objęciach.

– Mamo, dopiero się obudził, jeszcze nie zdążyłam go przewinąć… – zaczęłam, ale machnęła ręką.

– E tam, chwilę poczeka. Babci nie widział od trzech dni! – wykrzyknęła z triumfem w głosie.

Patrzyłam, jak tuli mojego synka, całując go w policzki, w główkę, śmiejąc się głośno. A on? Zaczął się uśmiechać. Zrobiło mi się dziwnie… niewygodnie. Miałam ochotę go zabrać, ale czułam, że jeśli to zrobię, to znów będzie: „Lena, nie bądź zazdrosna”, „Lena, daj mi się nacieszyć wnukiem”.

– Widzisz, jak się cieszy? – spojrzała na mnie z przekąsem. – On mnie bardziej kocha. Jak tylko mnie zobaczył, od razu się roześmiał, a na twój widok…? – zawiesiła głos z kpiącym uśmieszkiem.

– Bo mnie widzi codziennie. Całymi dniami. Karmię go, kąpię, usypiam... Mamo, czy ty naprawdę myślisz, że można się ścigać z matką o uwagę dziecka?

– A ty myślisz, że jesteś lepsza, bo go urodziłaś?

W tym momencie weszłam do kuchni i trzasnęłam szafką. Nie chciałam być tą, która się z nią kłóci, ale nie miałam też już siły się uśmiechać. Coś we mnie po prostu pękło i nie dało się już tego posklejać. 

Miałam już serdecznie dość

Była sobota. Marzyłam o jednym – żeby pobyć z synkiem tylko we trójkę: ja, on i mój mąż. Bez telefonów, bez gości, bez przeszkadzania. Ułożyliśmy małego na macie i obserwowaliśmy, jak turla się na bok, śmiejąc w głos. Przez chwilę wszystko było dobrze. Do momentu, aż rozległ się dźwięk domofonu. Drzwi się otworzyły, a ona – oczywiście – weszła jak do siebie, niosąc siatkę z „domowymi smakołykami”.

– Zrobiłam mu zupkę dyniową. I ciasto dla was – oznajmiła, zanim jeszcze zdjęła buty.

– Mamo, mieliśmy dziś pobyć sami – powiedział spokojnie mój mąż.

– No to jestem krótko – machnęła ręką. – Tylko chwilkę. Babcia musi przytulić skarbka.

Zaraz klęknęła obok maty i zaczęła szeptać coś do ucha synka. Patrzyłam z daleka, nie słysząc słów. Nagle się zaśmiała: – Widzisz? Powiedział „ma”!

Podniosłam głowę: – Co powiedział?

– „Ma”. Powiedział „ma”! Zaczyna mówić, słyszysz?! – niemal krzyczała z radości. – On będzie mówił do mnie „mama”!

– Co?! – zapytałam, zbita z tropu. – Mamo, on jeszcze nie mówi! To zwykłe „ma-ma-ma” jak każde niemowlę.

– Ale zaczął od „ma”! Czyli ode mnie! – triumfowała, jakby właśnie wygrała los na loterii.

Zamarłam. To nie była tylko zabawa. Ona naprawdę chciała być kimś więcej. Patrzyłam, jak tuli moje dziecko, szepcząc mu do ucha coś, czego nie powinnam słyszeć. I po raz pierwszy pomyślałam, że muszę go przed nią chronić.

Robiło się coraz dziwniej

Tego dnia, gdy wyszłam na chwilę po mleko, teściowa została z małym. Krótka sprawa – piętnaście minut. Wróciłam, cicho otworzyłam drzwi. I wtedy usłyszałam głos z pokoju.

– …bo mama cię zostawia i gdzieś wychodzi, prawda? A babcia jest zawsze. I będzie. Tylko ty i ja, kochanie. Ty mój chłopczyku. Mama myśli, że wie najlepiej, ale ona się jeszcze musi tyle nauczyć. A jak już dorośniesz, to i tak będziesz wolał mnie. Bo ja cię rozumiem.

Nagle mnie zobaczyła i aż podskoczyła: – O, wróciłaś już? Ja tylko… on trochę marudził…

– Słyszałam – przerwałam jej, podchodząc do dziecka. – Oddaj mi go.

Zamarła na sekundę, po czym przytuliła go mocniej: – Nie zabierzesz mi go, Lena – wyszeptała z cieniem szaleństwa w głosie. – On też jest mój.

– Nie, mamo – usłyszałam za sobą. Mój mąż. – On nie jest twój i jeśli jeszcze raz usłyszę, że coś takiego mówisz… ograniczymy kontakt.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem, jakby właśnie ją zdradził: – Ty po mojej stronie powinieneś być!

– Jestem. Po stronie naszej rodziny. Leny. I naszego dziecka.

Oddała mi go, drżącymi dłońmi i rzuciła: – Zmieniliście się oboje. Już was nie poznaję.

Patrzyłam, jak wychodzi bez słowa i czułam dziwną mieszankę smutku z satysfakcją. 

Nie odzywała się przez dwa tygodnie

Żadnych telefonów, żadnych wiadomości. Po raz pierwszy od dawna odetchnęłam, a w domu było ciszej. Ja byłam spokojniejsza, a synek – pogodniejszy.

– Myślisz, że się obraziła na dobre? – zapytał mój mąż któregoś wieczoru.

– Myślę, że pierwszy raz w życiu ktoś postawił jej granicę. I się z tym mierzy – odpowiedziałam, tuląc synka, który zasypiał na moich kolanach.

– Nie chciałem, żeby to tak wyszło. Ale nie mogłem już… – urwał.

– Wiem. I dziękuję ci, że wtedy stanąłeś za mną.

Kilka dni później, zupełnie niespodziewanie, zapukała do drzwi. Stała z torbą rzeczy dla małego i… bukietem róż dla mnie.

– Chciałam… przeprosić – powiedziała cicho. – Naprawdę. Przesadziłam. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, chyba bałam się, że stracę jego miłość. Głupio to wszystko rozegrałam.

Stałam chwilę w milczeniu. Potem zrobiłam krok w tył i otworzyłam szerzej drzwi: – Chcesz kawy?

– Bardzo – odparła i uśmiechnęła się ostrożnie.

To nie był cud. Nie zamieniła się nagle w inną osobę, ale od tamtej pory spokorniała. Zanim wzięła go na ręce, zawsze pytała: „Mogę?” A ja, z czasem, zaczęłam odpowiadać: „Tak, mamo.” Bo zrozumiała jedno: ja nie jestem jej rywalką, jestem matką mojego dziecka, a jej wnuka, więc powinnyśmy działać jak drużyna.

Lena, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: