Mam na imię Marlena i do niedawna byłam żoną Maćka. Tak, nadal trudno mi się przestawić, bo przez ostatnie sześć lat przedstawiałam się wszystkim jako żona Maćka. Mimo że teraz już nią nie jestem, to tamta rola ciągle we mnie siedzi – gdzieś głęboko, jak kurz, którego nie da się odkurzyć ze starych książek. Poznaliśmy się w pracy – ja pracowałam w HR, on był grafikiem. Maciek był czarujący, miał poczucie humoru i zawsze umiał rozładować napięcie.

Zaczęło się od wspólnej kawy, potem był spacer po lunchu, wyjście do kina, i zanim się obejrzałam – mieszkaliśmy razem. Po dwóch latach ślub. Skromny, ale szczery. Przez pierwsze lata byliśmy taką parą, co to wszystko robi razem: niedzielne poranki przy kawie, zakupy w Ikei, śmianie się do łez z głupich filmików w internecie. Ale z czasem zaczęłam czuć się... przezroczysta, bo chociaż byliśmy razem, na jego profilach społecznościowych mnie nie było. Ja wrzucałam relacje z naszych podróży, wspólne obiady, głupie selfie. On – cytaty o wolności, zdjęcia z siłowni, naturę. Ale mnie? Jakbym nie istniała. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo miałam rację. I jak bardzo bolało być nikim. Nawet dla męża.

Tego dnia postanowiłam zapytać

– Maciek, zastanawiam się… czemu nigdy nie wrzucasz naszych zdjęć? Z podróży, z imprez... W ogóle mnie nie ma na twoim profilu.

Uniósł brwi i mruknął: – Bo to mój profil. Chcę, żeby pokazywał mnie.

– Ale jesteśmy razem. Nie chodzi o to, żebyś nagle zmienił się w influencerowego męża, ale… trochę mnie to boli, wiesz?

– Marlena, serio? – parsknął. – Ludzie nie muszą wiedzieć wszystkiego. To, że nie wrzucam zdjęć, nie znaczy, że cię nie kocham.

– Ale mnie tam nie ma. Jakbyś był singlem – powiedziałam cicho. – Albo jakbym była tylko jakimś dodatkiem. Niewygodnym.

Wzruszył ramionami, wstał od stołu i poszedł do drugiego pokoju. Nawet nie zamknął za sobą drzwi. Zostawił mnie z talerzem i tym ciężarem na piersi, który trudno opisać. Siedziałam w ciszy, słysząc zza ściany szuranie jego krzesła i ciche kliknięcia klawiatury. Zastanawiałam się, czy przesadzam, ale wewnątrz czułam, że coś jest nie tak.

Zobaczyłam to przypadkiem

Otworzyłam jego laptopa, żeby sprawdzić coś na stronie banku – Maciek zostawił go na stole, a ja znałam hasło. Nie szukałam niczego podejrzanego. Przysięgam. Po prostu przeglądarka podpowiedziała ostatnio odwiedzane strony. Jedna z nich – Messenger. Kliknęłam, a tu selfie jakiejś kobiety, a pod spodem – jego wiadomość: „Oj, kusisz. Gdybyś wiedziała, jak bardzo mnie rozpraszasz...”

Wpatrywałam się w ekran, jakby to był horror: –Maćku?! – krzyknęłam. – Chodź tu. Natychmiast. Kim ona jest?

Zamarł. Twarz mu stężała. Próbował coś powiedzieć, ale nie zdążył.

Flirtujesz z innymi kobietami?! Wysyłają ci takie zdjęcia?

– Marlena... – zaczął, siadając obok. – To tylko głupie gadki. Nic z tego nie wynika. Tylko rozmowy.

– To nie są „tylko rozmowy”! – wrzasnęłam. – To zdrada. Zaufania. Miłości. Wszystkiego.

– Przesadzasz – rzucił chłodno. – Jesteś zbyt zazdrosna. Kontrolujesz mnie. Każdy ma prawo do prywatności.

– Prywatność?! – nie wierzyłam w to, co słyszę. – Ty nazywasz to prywatnością?

Odsunął się. Patrzył na mnie, jakbym była wariatką. Jakbym zrobiła z igły widły. A ja tylko próbowałam zrozumieć, kiedy zaczęłam być dla niego nikim. Zamknęłam laptop, wstałam i przez chwilę zastanawiałam się, czy to jeszcze ma sens.

Zaczęłam go obserwować

– Mam w sobotę nadgodziny – powiedział Maciek, wciągając bluzę przez głowę. – Szef mi nagle wrzucił pilny projekt. Trzeba usiąść z klientem, coś tam poprawić.

Pokiwałam głową, chociaż coś mnie tknęło. Może ton jego głosu. Może to, że nie spojrzał mi w oczy. Dzień wcześniej wysłałam mu SMS-a: „Może w sobotę zrobimy coś razem? Kino, spacer?” Odpisał po dwóch godzinach: „Nie dam rady. Praca.” Poczułam ukłucie, ale nic nie powiedziałam. Do czasu.

W sobotnie popołudnie napisała do mnie znajoma. Kasia. Zna Maćka z widzenia. Ot tak, z uczelni, kiedyś razem pracowaliśmy przy jakimś evencie.

– Marlena, on nie jest przypadkiem twoim mężem? – napisała i dodała zdjęcie.

Zdjęcie zrobione telefonem w galerii handlowej. Maćkowi chyba wypadła torba, a kobieta z długimi rudymi włosami pomagała mu ją podnieść. Śmiali się. Blisko siebie. Za blisko. I na pewno nie wyglądało to na służbowe spotkanie. Serce mi zamarło.

W kolejną sobotę powiedział, że znowu musi iść do pracy. Tym razem nie odpuściłam. Pojechałam za nim. Siedziałam w aucie, w zimnie, patrzyłam, jak wysiada i idzie... nie do biura. Do tej samej kobiety. Widziałam ich razem na kawie. Od razu pojechałam do domu, trzęsąc się jak liść. Kiedy wrócił, był beztroski. Jakby nigdy nic.

– Gdzie byłeś dzisiaj naprawdę? – zapytałam cicho, stojąc w progu – Śledziłam cię – powiedziałam. – Widziałam.

Zamilkł. Patrzył na mnie długo. A potem... po prostu odszedł do łazienki. Bez słowa.

Siedzieliśmy naprzeciw siebie w ciszy

W końcu wzięłam głęboki oddech i zaczęłam tę trudną rozmowę: – Powiedz mi prawdę – odezwałam się w końcu. – Wszystko. Do końca. Bez ściemy.

Maciek nie podniósł wzroku. Przesuwał palcem po rancie kubka: – Spotykam się z kimś od kilku miesięcy – powiedział cicho.

Zamurowało mnie: – Od kilku miesięcy?! – powtórzyłam głucho – Jak możesz mówić to tak spokojnie?

– Marlena, ja... nie chciałem, żeby to tak wyszło. To nie był plan. Po prostu... się wydarzyło.

– Po prostu się wydarzyło? – prychnęłam. – Zdrada ci się „wydarzyła”? Jak poślizgnięcie na schodach?

Westchnął. W końcu podniósł wzrok: – W naszym małżeństwie od dawna było pusto. Rozmawialiśmy coraz mniej. Unikaliśmy siebie, a z nią czuję się... sobą. Nie muszę nic udawać – powiedział, a ja poczułam, jakby mi ktoś wlał wrzątek do klatki piersiowej.

Nie odpowiedziałam. Nie płakałam. Wstałam, zabrałam torebkę i kurtkę. I wyszłam. 

Pojechałam do przyjaciółki

– I co teraz zrobisz? – zapytała Anka, patrząc na mnie znad kubka z herbatą. 

– Nie wiem – odpowiedziałam szczerze. – Czuję, że powinnam walczyć o siebie. Ale jak się walczy, kiedy jest się zdeptanym?

Anka zmarszczyła brwi: – Marlena, on cię zdradzał. Kłamał. Zniknął z waszego małżeństwa. Co tu jeszcze zbierać?

Dwa dni później wróciłam do mieszkania po swoje rzeczy. Maciek siedział na kanapie z wyłączonym telewizorem. Patrzył przed siebie.

– Pogadamy? – zapytał –  Nie chcę, żebyś odchodziła – powiedział. – Może da się to jeszcze poskładać. Zacząć od nowa. Zrobiłem błąd, ale... może gdybyś została, spróbowalibyśmy?

Zatrzymałam się. Spojrzałam na niego. I pierwszy raz od dawna powiedziałam coś naprawdę pewnym głosem.

Nie jestem opcją zapasową, nie wracam. Próbowałam przez ostatnie dwa lata. Ty nawet nie zauważyłeś – odparłam. – Już nie mam siły. Mam siebie. I to wystarczy.

Spakowałam ostatnią bluzę. Wzięłam poduszkę, którą lubiłam najbardziej, i wyszłam. Maciek nie próbował mnie zatrzymać. Może wiedział, że tym razem naprawdę mnie stracił. Na klatce schodowej poczułam, że oddycham. Pierwszy raz od lat.

Zamieszkałam u siostry

Na początku czułam się jak rozbita filiżanka – niby wszystkie kawałki są na miejscu, ale żaden nie pasuje. Rano wstawałam i nie wiedziałam, co z sobą zrobić. Przeglądałam telefon, odruchowo czekając na wiadomość od Maćka. Nie pisał. I dobrze. 

Z czasem było łatwiej. Zaczęłam chodzić na spacery i zapisałam się na jogę. Wróciłam też do malowania, które porzuciłam zaraz po ślubie, bo „nie było czasu”. A tak naprawdę – bo przestałam wierzyć, że robię coś, co ma sens. Było we mnie dużo złości. I wstydu. Ale też ulgi. Bo zrozumiałam, że przez lata żyłam w cieniu kogoś, kto nawet nie próbował mnie zauważyć. Że przestałam istnieć w jego świecie dużo wcześniej, niż odważyłam się to sobie przyznać.

Któregoś dnia usiadłam na łóżku i przejrzałam stare posty. Widziałam na nich uśmiechniętą siebie, zakochaną kobietę, ale obok mnie był mężczyzna, który patrzył nie na mnie – tylko w obiektyw. I już wiedziałam, że to nie moja wina. Dziś chcę, żeby na moim profilu było tylko to, co prawdziwe.
Dodałam zdjęcie. Tylko siebie. Bez filtrów. Bez sztucznego uśmiechu. Bez udawania. I podpisałam je jednym zdaniem: Zaczynam od nowa. Dla siebie.

Marlena, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: