Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zainwestować pieniądze w biznes z moim bratem. Byłam naiwna, a przez to teraz stoję pod zamkniętymi drzwiami biura, które współfinansowałam i mogę tylko pocałować klamkę. Patrzę na nową tabliczkę z napisem "Prezes Zarządu – Marek K." i naprawdę zastanawiam się, co miałam w głowie, kiedy podpisywałam ten przeklęty akt założycielski. Zawsze myślałam, że Marek to cwaniak, ale swój. Tymczasem wystarczyło pół roku i parę niezłych kontraktów, żeby zapomniał, kto mu podał pomocną dłoń.

Nigdy nie ogarniał firmy

– Marek, mamy problem z tą fakturą od podwykonawcy – powiedziałam, wchodząc do biura z kubkiem kawy.

– Karola, teraz nie mam czasu. Sekretarka ma wolne, muszę przejrzeć papiery – odburknął, nawet na mnie nie patrząc.

Zatrzymałam się w pół kroku. Biurko Mareczka uginało się od papierów, ale jego wzrok był skupiony na ekranie, gdzie oglądał filmy. 

– Słuchaj, Karolina... Musimy coś ustalić. Ja się zajmuję strategią, ty... możesz ogarniać płatności i te inne rzeczy, dobra? – powiedział tonem, jakby rozdawał łaskę. Nie mamy czasu na wieczne dyskusje. Musi być jasno określone, kto rządzi, a to ja mam tytuł prezesa.

– A ja mam 120 tysięcy wpakowane w ten cyrk – odpowiedziałam chłodno. – Bez których nadal byś siedział w swojej piwnicy z laptopem na kolanach.

– Ty nie rozumiesz zasad prowadzenia biznesu – westchnął. – Emocje trzeba trzymać na wodzy.

– Za to ty świetnie rozumiesz, jak się wyciera buty o siostrę. Nie tak się umawialiśmy.

Marek sięgnął po długopis i zaczął coś bazgrać na kartce: – Spotkajmy się jutro. Teraz mam spotkanie z klientem. Proszę, zamknij za sobą drzwi.

Powoli miałam go dość

Następnego dnia o dziewiątej rano byłam pod biurem z teczką dokumentów i świeżymi wypiekami z cukierni. Przez chwilę pomyślałam, że może Marek się ogarnie, przypomni sobie, że jesteśmy rodziną. Naiwność to jednak moja stała poranna towarzyszka, zaraz obok kawy.

– Dzień dobry, pani Karolino – przywitał mnie nowy ochroniarz. Inny niż wczoraj.

– Dzień dobry, idę na spotkanie z bratem.

Facet spojrzał do jakiejś listy, a potem na mnie z lekkim zakłopotaniem: – Niestety... na dzisiaj nie mam pani nazwiska na liście osób upoważnionych do wejścia.

– Że co proszę? – roześmiałam się nerwowo. – Chyba jakaś pomyłka. Pracuję tu. Mam udziały.

– Bardzo mi przykro. Takie mam wytyczne.

Wyjęłam telefon. Po trzech sygnałach odebrał Marek: – Co jest, Karola?

– Co jest?! Marek, ochroniarz mówi, że nie mogę wejść do własnej firmy. 

– A, no tak... Zapomniałem ci powiedzieć. Zmieniliśmy politykę bezpieczeństwa i teraz każda wizyta musi być umówiona i zatwierdzona z wyprzedzeniem. Nawet twoja. Spotkanie możemy zrobić w przyszłym tygodniu, dziś jestem zawalony robotą. Pa.

Rozłączył się, a ja zamarłam. Nawet nie dał mi się wygadać. Stałam chwilę w milczeniu, z teczką i pudełkiem z cynamonkami w dłoni. Czułam się jak idiotka.

Cała prawda wyszła na jaw

Z Małgosią, naszą księgową, znałam się jeszcze z czasów, kiedy Marek prowadził firmę z kuchni swojej kawalerki. Zawsze była konkretna, trochę sztywna, ale niegłupia. Tego dnia zadzwoniłam do niej z pytaniem, czy mogłaby się ze mną spotkać. Poprosiła, żebym wpadła po godzinach. To już coś mówiło.

Spojrzałam jej prosto w oczy:

– Posłuchaj, musisz mi powiedzieć, co Marek wyprawia.

– Ja tylko księguję, Karolina. Nie siedzę mu w głowie – odpowiedziała, rozkładając ręce.

– Dobrze, to powiedz mi jedno. Czy on wyciąga kasę z firmy bez mojej wiedzy?

– Oficjalnie? Nie. Ale... dużo rzeczy przeszło przez konta „operacyjne”. Dużo. I... od jakiegoś czasu twoje nazwisko nie widnieje przy żadnym dokumencie... Marek wycofał cię jako osobę upoważnioną. Mówił, że „porządkowanie struktury”.

Zrobiło mi się gorąco: – A umowy? Kapitał zakładowy? Przecież ja mam udziały!

– No właśnie... Marek coś wspominał, że „reguluje kwestie właścicielskie”. Nie wiem, co to znaczy. Ja tylko... księguję.

Wstałam z fotela gwałtownie: – Jeśli myśli, że mnie z tego wykreśli tak po prostu, to się zdziwi. Bardzo zdziwi.

Musiałam mu się odpłacić

Wiedziałam, że w każdy piątek Marek jada lunch w tej samej knajpie przy rynku. Lubił, jak go obsługiwano „po imieniu”, jak kelnerzy kiwali głowami, mówiąc: „Jak zwykle?”. Nie mogłam wejść do biura? Proszę bardzo. Zjawiłam się więc tam chwilę po trzynastej, usiadłam przy jego stoliku, zanim zdążył zdjąć płaszcz.

– Co ty tu robisz? – spytał, marszcząc czoło.

– Skoro w pracy jestem „osobą postronną”, to może w publicznym miejscu mnie nie wyrzucisz?

– Karolina, nie czas i nie miejsce.

– A kiedy będzie czas, Marek? Gdy podpiszesz dokumenty i pozbędziesz się mnie na dobre?

Przysunął się bliżej, a jego głos zrobił się cichy i chłodny: – Przesadzasz. Próbuję tylko usprawnić zarządzanie firmą. Chaos nikomu nie służy.

– Chaos? To ja jestem chaosem? Bo nie mam krótkiej spódniczki i nie śmieję się z twoich żartów jak ta blond sekretarka?

– Nie mieszaj w to Zuzy. Po prostu… lepiej, jak jedna osoba dowodzi.

– Świetnie, to mi oddaj połowę wkładu. Albo lepiej – zrób wycenę firmy i wykup mnie, jeśli tak bardzo ci przeszkadzam. Aha i zapomniałam dodać,  poniedziałek widzę się z prawnikiem.

Marek nie powiedział nic, ale widziałam, jak momentalnie zbladł.

Udawał, że wszystko jest dobrze

Marek przyszedł do rodziców na niedzielny obiad z bombonierką i uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów. Udawał, że nic się nie dzieje, a ja – wręcz przeciwnie.

– Mama mówiła, że upiekłaś sernik – rzucił, nalewając sobie kompotu.

– I co, mam ci kawałek pokroić? Jako „osoba postronna”? – odpowiedziałam słodko, ale z pazurem.

– Karola, nie zaczynaj – westchnął Marek.

– Nie zaczynam. Po prostu nie mogę patrzeć, jak siadasz tu jak gdyby nigdy nic, a kilka ulic dalej wyrzucasz mnie z własnej firmy.

– Musiałem to uporządkować. Praca wymaga dyscypliny. Ty... nie współpracujesz.

Parsknęłam śmiechem: – Czyli jestem problemem? Nie jestem twoją pracownicą, Marek. Jestem współwłaścicielką.

Ojciec chrząknął: – Nie wypada przy stole... – mruknął.

– To niech Marek przestanie robić świństwa w tygodniu, to nie będę musiała o nich wspominać w niedzielę – powiedziałam i wstałam. – Smacznego.

Minęły trzy miesiące

– Karola, nie ma sensu tego ciągnąć – napisał mi w mailu. – Firma się rozwija, a ty tylko robisz zamieszanie. Jak chcesz, sprzedaj swoje udziały i daj nam spokój.

„Nam”? To znaczy komu? Jemu i jego sekretarce? Nie odpisałam. I nie zamierzam. Przestałam walczyć o coś, co i tak już nie istnieje – tę naszą rzekomą współpracę, rodzinność, „razem od zera”. On zawsze był samotnym wilkiem. Ja tylko przez chwilę wierzyłam, że zmądrzał. Dziś mam nowy pomysł, swój i tym razem nikt mnie z niego nie wykreśli.

– Zrobisz to sama? – zapytała Gosia, księgowa, gdy przy kawie opowiedziałam jej o nowej działalności.

– Zrobię. I sama sobie nie zamknę drzwi przed nosem.

– Chcesz zemsty?

– Nie. Chcę, tylko żeby wreszcie poczuł, że bez ludzi nie ma firmy. Bez zaufania – nie ma nic.

Zaczynam od małego biura i kilku klientów. W tym dwóch, których Marek ostatnio „olał”, bo nie byli „strategiczni”. U mnie są. Ja wiem, że liczy się nie tylko Excel, ale też zwykłe „dzień dobry”. 

Karolina, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: