Nie jestem typem apodyktycznej matki. Naprawdę. I zanim zaczniecie mnie oceniać – „o, kolejna synowa, co nie cierpi teściowej” – to uprzedzam: ja się starałam. Bardzo się starałam. Mówiłam do niej „mamo”, choć nie raz miałam ochotę powiedzieć jej parę innych rzeczy. Uśmiechałam się, chociaż w środku się gotowałam. Udawałam, że mnie nie rusza, kiedy dawała Bartkowi czekoladowe batoniki o dziewiątej rano. Ale są granice. Powiedziałam raz. Potem drugi. A za trzecim, kiedy zastałam mojego trzylatka z ustami umazanymi czekoladą i rękami lepkimi od żelków, nie wytrzymałam. Poprosiłam. Uprzejmie. Spokojnie. Tak mi się przynajmniej wydawało. A ona tylko spojrzała na mnie tym swoim spojrzeniem pełnym wyższości i rzuciła tonem, jakby mówiła do kogoś wyjątkowo tępego:
– Izabella, kochanie... Ty mi nie mów, jak mam być babcią, dobrze?
Nie, nie było dobrze.
Nie mów, jak mam być babcią
Sobotni poranek. Bartek bawił się w salonie, a ja kończyłam zmywanie po śniadaniu, gdy usłyszałam dźwięk domofonu. No tak. Sobota. To oznacza jedno.
– Otworzę! – krzyknął Bartek, zanim zdążyłam zdjąć rękawiczki.
Po chwili drzwi się otworzyły.
– No witaj, skarbeczku! – zawołała teściowa swoim przesłodzonym głosem. – Babcia ci coś przyniosła.
Zanim zdążyłam wyjść z kuchni, już słyszałam szelest foliowej torebki. Wyszłam i zobaczyłam, jak mój syn trzyma w rękach opakowanie kolorowych żelków. Jeszcze w piżamie.
– Mamo… – powiedziałam spokojnie, próbując utrzymać kontrolę nad tonem. – Przecież rozmawiałyśmy o słodyczach.
– Oj, Izabella… – przewróciła oczami i zrzuciła płaszcz na fotel. – Przestań być taka spięta. To tylko kilka żelków.
– Ale mówiłam ci ostatnio, że Bartek miał wysypkę po barwnikach. I że próbujemy ograniczyć cukier.
– Ty mi nie mów, jak mam być babcią, dobrze? – przerwała mi, poprawiając włosy przed lustrem. – Ja swoje dzieci wychowałam i jakoś żyją.
– Ale to moje dziecko, mamo. I mam prawo decydować, co je. Chyba mogę o to prosić?
– Nie przesadzaj. Chcesz, żeby moje wnuki wspominały mnie jako tę, co dawała tylko marchewki i wodę?
– Nie, ale nie chcę też, miały popsute zęby.
– No błagam cię. Ja w jego wieku jadłam cukierki i jakoś nie umarłam.
Zacisnęłam usta. Wiedziałam, że to się nie skończy na tej jednej rozmowie.
Ja nie mówię jej, jak ma żyć
Wieczorem, gdy Bartek już spał, a mój mąż wrócił z pracy, usiedliśmy na kanapie. Nalałam nam herbaty i zanim zdążyłam upić łyk, wypaliłam:
– Musimy pogadać o twojej mamie.
– Znowu? – westchnął i przetarł twarz dłonią. – Co się tym razem stało?
– Dawała Bartkowi żelki. Znów. Mimo że wyraźnie ją prosiłam, żeby tego nie robiła.
– Ale przecież… to tylko żelki.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
– Serio? Michał, myślałam, że jesteśmy po tej samej stronie.
– Może chciała dobrze. Wiesz, jaka jest. Ona po prostu… nie lubi, jak jej się mówi, co ma robić.
– Ale ja nie mówię jej, jak ma żyć. Ja tylko proszę, żeby nie dawała słodyczy naszemu dziecku. To naprawdę takie trudne?
– Pogadam z nią.
– Nie, Michał. Ty już tyle razy mówiłeś, że z nią pogadasz. I co? Ona potem przychodzi, całuje Bartka w czoło i daje mu kolejne batoniki.
– No to co mam zrobić?
– Może po prostu ograniczyć z nią kontakty, dopóki nie zacznie szanować naszych zasad?
Zamilkł.
– To twoja matka, Michał. Ale to też nasze dziecko. I ja mam dość bycia tą złą. Tą, co stawia granice i jest oskarżana o przesadę.
– Dobra – powiedział po chwili. – Jutro z nią porozmawiam. Porządnie.
– Tylko żeby to nie była kolejna „miła rozmowa”, po której wręczy mu paczkę cukierków.
– Obiecuję. Serio.
Myślicie, że ja nie wiem, co robię?
Następnego dnia, punktualnie o piętnastej, teściowa znów się zjawiła. Weszła jak do siebie, z torebką na przedramieniu i uśmiechem, który od razu wydał mi się podejrzany.
– Gdzie mój cukiereczek? – zawołała w stronę pokoju Bartka, nawet mnie nie witając. – Babcia przyszła!
Z kuchni wyszedł Michał. Miał wyraz twarzy, który zwiastował, że zaraz zrobi się nieprzyjemnie.
– Mamo, możemy porozmawiać? – zapytał spokojnie, ale stanowczo.
– Teraz? Przecież dopiero weszłam. Zrobię sobie herbaty, a wy mnie znowu będziecie strofować? – rzuciła z przekąsem, siadając przy stole.
– Właśnie o to chodzi – zaczął Michał, siadając naprzeciwko niej. – Iza prosiła cię kilka razy, żebyś nie dawała Bartkowi słodyczy. To nie są jej fanaberie.
– A wy myślicie, że ja nie wiem, co robię? Ja nie jestem pierwszą lepszą babcią z ulicy. Wychowałam troje dzieci i wiem, że czasem coś słodkiego to nie koniec świata.
– Mamo, to nie jest kwestia wychowania. To kwestia jego samopoczucia. My jesteśmy jego rodzicami i prosimy cię o jedną prostą rzecz. Żadnych słodyczy. Nie w tajemnicy, nie na „byle raz”.
– A jak dostanie w przedszkolu cukierka, to też polecicie z awanturą?
– W przedszkolu nikt nie będzie go codziennie dokarmiał. A ty robisz to z uporem. Przeciwko naszej woli. I to jest problem.
Spojrzała na mnie z ironią.
– Naprawdę ty mu nie dajesz nic słodkiego? Ani razu? No błagam, Izabella…
– Nie, nie daję. I nie sądzę, żeby to było śmieszne.
Teściowa odchyliła się na krześle i skrzyżowała ręce.
– No to ciekawe, ile wytrzymacie. Zobaczymy.
Albo cisza przed burzą
Minęły dwa tygodnie. Teściowa przestała nas odwiedzać. Nie dzwoniła. Nie pisała. Cisza, jakiej w naszej rodzinie nie było od lat. Michał chodził zgaszony.
– Myślisz, że się obraziła? – zapytał pewnego wieczoru, siadając obok mnie na kanapie.
– A jak ty myślisz? – odparłam bez emocji. – Twoja mama potrafi milczeć miesiącami, kiedy ktoś ją urazi.
– Ale to nie był atak. Rozmawialiśmy. W sumie grzecznie.
– Michał, ona nie chce rozmowy. Ona chce rządzić. A jak nie może, to się obraża i gra na emocjach.
Spojrzał na mnie z wyrzutem.
– Może powinniśmy pójść na kompromis?
– Kompromis? Czyli co?
Zamilkł. Po chwili odezwał się cicho:
– Chciałbym, żeby mama mogła widywać się z Bartkiem. On też za nią tęskni.
– To niech przyjdzie. Bez cukierków, bez sarkazmu i bez wiecznych uwag.
Tego samego dnia wieczorem zadzwonił dzwonek do drzwi. Michał spojrzał na mnie niepewnie i poszedł otworzyć.
– Cześć. Przyszłam z pustymi rękami. Żeby nie było – usłyszałam głos teściowej.
Zajrzałam do przedpokoju. Stała w płaszczu, spięta, ale bez siatki. Bez prezentu. Bez uśmiechu.
– Dzień dobry – powiedziałam spokojnie.
– Dzień dobry, Izabella.
– Przyszłam do wnuka. A nie na przesłuchanie.
Weszła do pokoju bez słowa więcej. Michał spojrzał na mnie i uniósł brwi.
– No… To jakiś postęp?
– Albo cisza przed burzą – szepnęłam.
Ty wszystko bierzesz zbyt serio
Przez następne wizyty trzymała się zasad. Ani jednej czekoladki, żadnego ukradkowego batonika. Bartkowi mówiła, że przyniesie niespodziankę, „jak trochę podrośnie”. Byłam pełna nadziei – do soboty.
– Gdzie Bartek? – zapytała, wchodząc do mieszkania.
– W pokoju. Układa puzzle.
– A to dobrze. Bo mam dla niego coś… specjalnego – rzuciła z uśmiechem i sięgnęła do torby.
Zamarłam.
– Mamo, co to jest?
– Książeczka z naklejkami. Ale spokojnie – powiedziała z przesadnym spokojem – nie z cukierkami. Przecież słyszę was, widzę, że jesteście tacy… zasadniczy.
– Okej, dzięki. To akurat miłe.
– No, ale... – zaczęła, zaglądając do torby. – Dla ciebie też coś mam. Ot, tak. Czekoladki z orzechami. Twoje ulubione. Chciałam, żebyś wiedziała, że ja nie jestem twoim wrogiem, Izabella.
Podała mi pudełko. Patrzyłam na nie przez chwilę, a potem powoli odsunęłam w bok.
– Doceniam, że próbujesz się postarać. Ale wiesz, że Bartek to zobaczy. I będzie pytał. I znowu będę musiała mu tłumaczyć, że to nie dla niego.
– No to schowaj do szuflady. Izabella, ty wszystko bierzesz zbyt serio!
W drzwiach stanął Michał.
– Mamo, dość. Naprawdę.
Zrobiła się cisza. Nawet Bartek, jakby wyczuł napięcie, przestał szeleścić puzzlami.
– W porządku – rzuciła teściowa sucho. – Chyba już czas iść.
Babcie też czasem mają swoje zdanie
Następnego dnia zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyłam i zobaczyłam… pustą wycieraczkę. Ale na niej leżała papierowa torebka, a w niej – drewniana układanka z alfabetem i kartka: „Dla Bartka. Bez cukru. Babcia”. Westchnęłam. To nie była ani przegrana, ani wygrana. Coś pomiędzy.
Wieczorem Bartek zapytał:
– Mamo, a czemu babcia się na ciebie złości?
– Wiesz co… bo babcie też czasem mają swoje zdanie. I nie zawsze wszystko rozumieją od razu.
Po jego zaśnięciu usiadłam w kuchni i napisałam wiadomość do teściowej: Dziękujemy za układankę. Doceniam, że się starasz. Może zaczniemy od wspólnego spaceru w sobotę? Nie odpisała od razu. Ale rano, gdy zrobiłam sobie kawę, zobaczyłam odpowiedź: W porządku. Ale bez marchewkowych chipsów, błagam. Uśmiechnęłam się, odkładając telefon. Nie, nie było idealnie. Ale było lepiej.
Izabella, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa dała nam pieniądze na zakup domu, a teraz się w nim panoszy. Mam wrażenie, że to ja jestem tu intruzem”
- „Gdy teściowa dorabiała sobie klucze do naszego mieszkania, czułam w powietrzu kłopoty. Przekroczyła wszystkie granice”
- „Teściowa mianowała się kierowniczką naszego remontu. Gdy wybrała nam kafelki i panele, zrobiłam jej z życia piekło”








