Od kiedy urodziła się nasza córka, starałam się myśleć o jej przyszłości. Nie jestem typem matki, która kupuje złote buciki czy śpioszki za 200 zł. Zamiast tego odkładam wszystkie dodatki i świadczenia, jakie dostajemy, na specjalne konto oszczędnościowe. Nie dla mnie – dla niej. Żeby miała na start, na studia, na cokolwiek będzie chciała. Ale mój mąż widzi to inaczej. Jego zdaniem powinniśmy wydawać te pieniądze teraz, „na rodzinę”. A jak mówi „rodzina”, to mam wrażenie, że ma na myśli głównie siebie. I swoje przyjemności.
Zawsze chodziło o pieniądze
– Smakuje ci? – zapytałam ostrożnie, podając mu łyżkę zupy.
– Mhm – burknął, nawet nie podnosząc wzroku znad talerza.
Nasza córka, Hania, siedziała przy stole, rysując coś na serwetce. Nie miała jeszcze pięciu lat, ale już potrafiła wyczuć napięcie. Ja czułam je aż za dobrze. Zrobiło się duszno, mimo że kaloryfery nie grzały za mocno. Wiedziałam, że coś wisi w powietrzu. I wiedziałam, że znowu chodzi o pieniądze.
– Pytałam w banku o kolejną lokatę – zaczęłam niepewnie. – Na te pieniądze ze świadczeń. Myślałam, że może warto to trzymać dłużej, na lepszy procent.
Zamarł z łyżką w połowie drogi do ust. Spojrzał na mnie, powoli, jakby chciał mnie zmiażdżyć wzrokiem.
– Kolejną lokatę? – powtórzył wolno. – Serio, znowu?
– Przecież wiesz, że wszystko to dla Hani. To nie są jakieś moje fanaberie, tylko...
– ...tylko twoje fanaberie, właśnie – przerwał mi, odstawiając łyżkę. – Bo jakoś nie widzę, żebyśmy korzystali z tych pieniędzy teraz. A przecież mamy dziecko teraz, nie za piętnaście lat.
– Właśnie dlatego – powiedziałam spokojnie. – Żeby kiedyś nie musiała klepać biedy.
– A może teraz nie musielibyśmy zaciskać pasa? Może byśmy pojechali gdzieś, nie wiem, nawet na weekend?
Hania spojrzała na nas zdziwiona, z kolorowym długopisem w dłoni.
– Mamo, tata się złości?
Uśmiechnęłam się do niej blado.
– Nie, kochanie. Tata po prostu… głośno myśli.
Mąż mnie nie rozumiał
– Wiesz, co mnie najbardziej wkurza? – zapytał wieczorem, rzucając pilot na stolik i podchodząc do mnie z założonymi rękami. – Że ty decydujesz o wszystkim sama. Jakby to były tylko twoje pieniądze.
– Nie są moje – odparłam, opierając się o framugę drzwi. – Ale też nie twoje. To są pieniądze na nasze dziecko. Od państwa. Nie do wydania na chipsy, piwo i nowy głośnik.
– Ej, no weź... – prychnął. – Ty naprawdę myślisz, że ja bym to wszystko przepuścił na głupoty?
– Tak, trochę tak myślę. Ostatnio gadałeś, że potrzebujemy nowego telewizora, a jeszcze tydzień temu marudziłeś, że nie masz w czym chodzić, bo wszystkie twoje bluzy „zrobiły się za małe”.
Westchnął ciężko, jakby go cały świat przygniatał.
– No sorry, że chciałbym też coś z tego mieć. A nie tylko ciągle liczyć, odkładać, zaciskać zęby. Może raz na jakiś czas warto coś kupić. Albo wyjść z dzieckiem do zoo, do kina, cokolwiek. Przecież to też dla niej.
– A co będzie, jak za dziesięć lat Hania powie: "Mamo, chcę studiować w innym mieście"? Masz wtedy zamiar sprzedać te swoje bluzy? – rzuciłam ostro, sama zaskoczona, jak bardzo mnie poniosło.
– Czyli mam siedzieć cicho i tylko patrzeć, jak ty sobie coś przelewasz z konta na konto?
– Nie. Masz mi ufać, że wiem, co robię.
Odsunął się ode mnie. Bez słowa poszedł do kuchni i z głośnym trzaskiem otworzył lodówkę.
– Ty zawsze wszystko wiesz najlepiej.
Po prostu się bałam
W sobotę poszliśmy razem do centrum handlowego. Głównie po zakupy dla Hani – urosła znowu, jak co miesiąc. Wzięłam w rękę kilka ubrań na przecenie, ale wiedziałam, że najważniejsze są buty na zimę. Szłam przez sklep skupiona, gdy nagle on zatrzymał się przy wystawie. Szpilki. Beżowe, skórzane, cena? Trzysta złotych.
– Ładne, nie? – rzucił, niby od niechcenia.
– Ładne, ale nie na mój budżet.
– Twój budżet? No tak, zapomniałem. Ty przecież wszystko liczysz w lokatach, funduszach i kontach oszczędnościowych – mruknął.
– Możesz przestać?
– A mogę? Bo ja mam wrażenie, że ja nic nie mogę. Nawet kupić żonie butów bez przypomnienia, że lepiej wpłacić to na „lepszą przyszłość dziecka”.
Zrobiło mi się głupio. Nie dlatego, że się czepiał – tylko dlatego, że w tych oczach, którymi na mnie spojrzał, był żal. Ale nie do mnie. Do życia. Jakbyśmy wszyscy byli uwięzieni w jakimś planie, który stworzyłam ja, a on miał tylko w nim funkcjonować.
– Przepraszam, że jestem przezorna – powiedziałam cicho. – Ale ja się po prostu boję. Boję się, że nie damy jej nic więcej poza komórką na komunię i plecakiem do szkoły.
– A ja się boję, że nas nie będzie stać nawet na to, żeby żyć normalnie. Teraz. Nie za dwadzieścia lat.
Cisza, między półkami z dziecięcymi kurtkami, była głośniejsza niż krzyk.
Oddaliliśmy się od siebie
Kiedyś chowałam pieniądze za zdjęciem ślubnym w naszej szafie. Trochę śmieszne, wiem. Ale wtedy jeszcze byliśmy inni – mieliśmy wspólne cele, wspólne plany, wspólne oszczędności. Teraz wszystko było osobno. On miał swoje "na paliwo", ja swoje "na czarną godzinę", a pieniądze ze świadczeń – świętość, nietykalne.
Tego wieczoru nie wrócił do domu od razu. Napisał tylko: „Wyszedłem z chłopakami, wrócę później”. Siedziałam w kuchni, parzyłam sobie herbatę, ale wewnątrz rósł we mnie niepokój. Nie chodziło o zdradę – nigdy nie był typem flirciarza. Raczej o to, że coraz bardziej się od siebie oddalamy.
Otworzyłam szafę. Zdjęcie dalej było tam, przyciśnięte do ściany. Za nim – koperta. Przez moment miałam absurdalną ochotę ją wyjąć i po prostu przeliczyć to wszystko jeszcze raz. Jakby suma mogła mi coś wytłumaczyć. Zamiast tego wzięłam zdjęcie do ręki. My, młodzi, głupi, zakochani. Trzymaliśmy się wtedy za ręce tak, jakbyśmy się bali, że ktoś nas rozdzieli. Teraz... nie wiem, kiedy ostatni raz mnie objął bez powodu.
Usłyszałam skrzypienie drzwi. Wrócił.
– Długo cię nie było – powiedziałam, odkładając zdjęcie.
– Musiałem pogadać z kimś, kto nie robi ze wszystkiego wykładu o oszczędzaniu.
– Czyli mam milczeć?
– Nie. Tylko czasem chciałbym, żebyś... odpuściła.
Pokiwałam głową. Ale nie powiedziałam nic. Bo w tej chwili nie wiedziałam, czy bardziej chcę go przytulić... czy zapytać, czy naprawdę uważa mnie za wroga.
Nie mogliśmy znaleźć kompromisu
– Albo coś zmieniamy, albo ja nie dam rady – rzucił nagle przy niedzielnym obiedzie, między ziemniakiem a korniszonem.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Nawet Hania przestała mieszać łyżką w zupie.
– Co masz na myśli?
– Mam dość tej wiecznej kontroli. Że każda złotówka to powód do kłótni. Nie chcę być gościem, który musi się pytać żony, czy może kupić sobie nowe spodnie.
– A ja nie chcę być tą, która patrzy, jak pieniądze się rozpływają na głupoty – odpowiedziałam spokojnie, ale w środku aż się trzęsłam.
– To może przestań traktować mnie jak dzieciaka. Bo, z całym szacunkiem, ja też zarabiam. I to nie mało.
– I nikt ci nie broni korzystać z tych pieniędzy – powiedziałam ostro. – Ale te dodatki i świadczenia to nie twoja wypłata. To nie premia dla tatusia. To inwestycja w życie naszej córki.
Odłożył widelec. Patrzył na mnie długo, a potem powiedział cicho:
– Ja też chcę w coś zainwestować. W nią, w nas. Ale nie przez tabelki w arkuszu kalkulacyjnym, tylko przez wspólne chwile. Przez to, że pojedziemy razem nad jezioro, że kupimy jej nowy rowerek, że nie będę musiał słuchać, że wszystko musi być „na potem”.
– A jeśli tego później zabraknie? – zapytałam szeptem.
– Właśnie dlatego chcę, żeby było coś teraz.
Zamilkliśmy. Nawet Hania, która po chwili tylko zapytała:
– A czy teraz to znaczy, że możemy pójść na lody?
Zaśmialiśmy się. Oboje. I może pierwszy raz od dawna... śmialiśmy się razem.
Oboje chcieliśmy dobrze
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. On już spał, spokojny, z ręką przewieszoną przez moją stronę łóżka. Ale ja patrzyłam w sufit, czując, jak w środku wciąż się we mnie gotuje. Nie ze złości. Z powodu jednego pytania, które nie dawało mi spokoju: kto z nas ma rację?
Przecież oboje chcieliśmy dobrze. Tylko inaczej widzieliśmy to "dobrze". Ja wierzyłam, że Hania zasługuje na start, który nie będzie oznaczał kredytów, lęku i wyrzeczeń. Że kiedy powie "chcę studiować w Krakowie", nie usłyszy "nie damy rady, kochanie". Że jeśli będzie chciała założyć firmę albo wyjechać na rok do Hiszpanii, to nie powie "szkoda, że nie miałam jak".
On chciał, żeby miała tatę. Obecnego, śmiejącego się, zabierającego ją na plac zabaw, kupującego watę cukrową bez kalkulowania, ile to kosztuje. Chciał, żeby pamiętała wspólne wypady, nie tylko to, że mama ciągle mówiła "nie teraz, Haniu, musimy oszczędzać". I może w tym właśnie tkwił problem. Nie w tym, że się różniliśmy. Ale że nie umieliśmy ze sobą rozmawiać, nie robiąc sobie nawzajem wyrzutów.
Wstałam po cichu, wyjęłam telefon i przelałam część pieniędzy z lokaty na nasze wspólne konto. Na wakacje, dla niej, dla nas. A reszta? Niech sobie dalej leży. Bo życie nie kończy się jutro. Ale też nie zaczyna dopiero za dziesięć lat.
Renata, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Cieszyło mnie, że żona ma smykałkę do biznesu. Nie myślałem jednak, że nasz związek też traktuje jak dobrą transakcję”
- „Przyjęłam syna z żoną pod swój dach z radością. To miał być złoty układ, a kosztował mnie więcej niż pieniądze”
- „Teść wyspowiadał mi się ze swoich brudnych grzeszków i teraz inaczej patrzę na rodzinę. Boję się, za kogo wyszłam”









