Codziennie rano wstawałam wcześniej niż reszta domu, kładłam dłonie na sercu i szeptałam modlitwę, którą znałam na pamięć. Wierzyłam, że od tego zależą losy ludzi, szczególnie mojej córki, której szczęście było dla mnie wszystkim. Patrzyłam, jak dorasta, jak się zmienia, a w środku kiełkowała we mnie jedna myśl: niech trafi na człowieka z dobrym sercem, spokojnego, odpowiedzialnego, takiego, przy którym nie będzie się bała być sobą.

– Proszę, prowadź ją mądrze – powtarzałam szeptem, zanim wstawiłam wodę na herbatę.

Nie chciałam jej męczyć rozmowami o ślubie i dzieciach. Wiedziałam, jak młodzi reagują na takie tematy. Mimo to czułam ciężar troski, który nosi się tak, jak nosi się swoje dziecko – blisko, pod samym sercem.

Marzyłam tylko o jednym

Każdego dnia obserwowałam córkę z kuchennego okna, gdy wychodziła do pracy. Poprawiała włosy, zakładała płaszcz, czasem rzucała do mnie w przelocie:

– Mamo, wyglądam jako tako?

– Wyglądasz bardzo ładnie – odpowiadałam, nalewając kawę do kubka. – Weź czapkę, rano już zimno.

– Mamo, przestań – śmiała się. – Jak założę czapkę, to fryzura siądzie.

Udawałam, że się oburzam, ale prawda była prosta: cieszyłam się, że mam z nią takie zwykłe rozmowy. Codziennie odmawiałam modlitwę o to, żeby ktoś ją kiedyś zobaczył dokładnie tak, jak ja ją widzę: wrażliwą, mądrą, pracowitą. Pewnego popołudnia zajrzała do kuchni w pośpiechu.

– Mamo, idę na spacer z dziewczynami z pracy – powiedziała, stukając palcami w ekran telefonu.

– Idź, kochanie. Tylko napisz, o której wrócisz – odpowiedziałam spokojnie. – I nie wracaj sama przez park późną nocą.

– Dobrze, dobrze. Nie martw się tyle – uśmiechnęła się i sięgnęła po torebkę. – Po prostu chcemy się przejść na kawę.

Kiedy drzwi za nią się zamknęły, wzięłam głębszy oddech. Z jednej strony chciałam, żeby miała swoje życie. Z drugiej – każde jej wyjście budziło we mnie pytanie, które tłumiłam: trafi dzisiaj na kogoś porządnego czy tylko na kogoś, kto potraktuje ją jak zabawkę na chwilę. Wieczorami, gdy siedziała w salonie z laptopem, czasem siadałam obok.

– Piszesz z kimś? – zapytałam raz niepewnie.

– Z Kasią z pracy – odparła. – Umawiamy się na kino. Nie wypytuj mnie tak, mamo.

– Nie wypytuję, tylko patrzę, jak szybko dorosłaś – uśmiechnęłam się. – Jeszcze niedawno prosiłaś mnie, żebym ci zaplatała warkocze.

– To było dawno – parsknęła śmiechem. – Teraz sama ogarniam włosy.

Śmiałam się razem z nią, ale w środku czułam cień niepokoju. Moje pragnienie było niezmienne: niech znajdzie dobrego męża, który uszanuje tę jej mieszankę siły i delikatności.

Tego się nie spodziewałam

Pewnego sobotniego popołudnia wybrałyśmy się do małej kawiarni w centrum. To był nasz mały rytuał: jedna sobota w miesiącu tylko dla nas. Bez pośpiechu, bez telefonów z pracy.

– Mamo, ja biorę latte z karmelem, a ty? – zapytała, stojąc przede mną w kolejce.

– Zwykłą czarną, proszę – odpowiedziałam, jak zawsze. – I weźmy jedno ciasto na pół.

– Dobrze, ale jak coś, to zjem większość – zażartowała.

Uśmiechnęłam się i rozejrzałam po lokalu. W rogu dostrzegłam mężczyznę około trzydziestki. Laptop, notes, zwykła koszula, kubek kawy. Nic szczególnego, a jednak rzucił mi się w oczy, bo co chwilę podnosił wzrok znad ekranu i patrzył w stronę baru, gdzie stała moja córka. Kiedy usiadłyśmy przy stoliku, szepnęłam:

– Zobacz, tamten pan zerka w naszą stronę.

– Mamo, przestań – przewróciła oczami, ale kątem oka zerknęła. – Pewnie po prostu pomyśłał, że długo zamawiam. Nie mogłam się zdecydować, które ciasto wziąć.

Po chwili barista zawołał:

– Zamówienie numer 5, gotowe.

Córka podeszła odebrać kawę. Mężczyzna z rogu wstał, żeby wyrzucić serwetki. Minęli się przy ladzie.

– Przepraszam – powiedział, gdy lekko się o siebie otarli.

– Nic się nie stało – odpowiedziała. Uśmiechnęła się krótko i wróciła do naszego stolika.

Kiedy wróciła, usiadł niedaleko, przy sąsiednim stoliku. Po chwili sam zagaił:

– Przepraszam, mogę o coś zapytać? – zwrócił się do córki. – To latte z karmelem jest dobre? Zawsze się waham, czy zamówić coś słodkiego.

– Bardzo dobre – odparła. – Tylko trzeba mieszać, bo syrop osiada na dno.

– Dziękuję za radę – uśmiechnął się. – Jestem Michał.

– Ania – przedstawiła się krótko. – A to moja mama.

– Dzień dobry, pani Barbaro – ukłonił się lekko, gdy podałam mu rękę.

Rozmowa potoczyła się zupełnie zwyczajnie. O pracy, o tym, że często przychodzi tu popracować, o korkach w mieście. Nic wielkiego, nic przełomowego. Ale gdy wyszłyśmy, córka mruknęła cicho:

– Fajny ten Michał. Normalny. Nie udaje nikogo lepszego.

Zatrzymałam się na chwilę przy przejściu.

– Widzisz, mówiłam, że w tych kawiarniach kręcą się porządni ludzie – zażartowałam.

– Mamo, ty wszystko wiesz – odpowiedziała, a w jej głosie słyszałam coś nowego. Delikatną ciekawość.

Wciąż się modiliłam

Po tym spotkaniu w kawiarni kilka dni chodziłam zamyślona. Nie miałam żadnych „znaków z góry”, nie było żadnego patosu. Była zwykła scena z życia: kawiarnia, rozmowa, wymiana uśmiechów. Właśnie ta zwyczajność wydała mi się ważna. Wieczorem, kiedy jadłyśmy kolację, córka nagle powiedziała:

– Wiesz, ten Michał z kawiarni dodał mnie na portalu społecznościowym. Nie obraziłam się.

– No i słusznie – odparłam spokojnie. – Przecież nie musi od razu oświadczać ci się pod kawiarnią.

Mamo, proszę cię – parsknęła śmiechem. – Na razie normalnie rozmawiamy. Wymieniliśmy parę wiadomości. Lubi książki tego samego autora co ja.

– Dobrze, że lubi coś więcej niż telefon i laptop – mruknęłam.

– Ty to musisz zawsze swoje dodać – uśmiechnęła się, ale nie było w tym złości.

Zostałam sama w kuchni, kiedy wyszła do pokoju. Oparłam ręce o blat i szepnęłam krótką modlitwę.

– Boże, jeśli to ma być ktoś ważny w jej życiu, daj jej mądrość, a jemu uczciwość.

Kilka dni później wracałam z zakupów i zobaczyłam córkę przy furtce. Stała i pisała wiadomość na telefonie.

– Do kogo tak się uśmiechasz? – zapytałam, udając swobodę.

– Do nikogo – odpowiedziała, ale zaraz dodała: – Dobrze, do Michała. Pyta, czy mam jutro czas wpaść do tej kawiarni. Podobno będzie tam pracował nad projektem, a ja mogłabym wziąć laptop i mu towarzyszyć.

– Idź – powiedziałam bez wahania. – Zawsze możesz wrócić wcześniej, jak nie przypadnie ci do gustu.

– Wiem, mamo – uśmiechnęła się. – Spokojnie, mam oczy i rozum.

Te słowa uspokoiły mnie bardziej niż jakiekolwiek zapewnienie. Nie była już dziewczynką, którą trzeba trzymać za rękę. Mimo to wieczorem znów klęczałam przy łóżku.

– Panie Boże, ja nie proszę o ideał. Niech będzie zwyczajny, ale dobry.

Miałam dobre przeczucia

Spotkania w kawiarni stały się czymś naturalnym. Nie codziennością, ale czymś, co wracało co tydzień albo dwa. Raz córka wróciła wyraźnie zdenerwowana.

– I jak było? – zapytałam ostrożnie, gdy przyszła wieczorem do kuchni.

– Dobrze, tylko Michał ma trochę inne podejście do pieniędzy niż ja – westchnęła. – Mówi, że ślub to formalność, że ważne, żeby ludzie się dogadywali. A ja chciałabym normalny ślub, rodzinę przy wielkim stole.

– Powiedziałaś mu to? – uniosłam brwi.

– Tak. Odpowiedział, że rozumie, tylko że on nie lubi robić czegoś „bo tak się robi”.

Usiadłam przy stole naprzeciw niej.

– Dobrze, że od razu o takich rzeczach rozmawiacie – powiedziałam. – Lepiej teraz wyjaśniać różnice niż udawać, że ich nie ma.

– Wiem – skinęła głową. – Ale powiem ci, że jak z nim siedzę, to czuję spokój. Nie muszę udawać, że wszystko jest w porządku. Jak mówię, że miałam gorszy dzień, to nie mówi „przesadzasz”, tylko pyta, co się stało.

– I to jest ważniejsze niż to, ile będzie gości na weselu – podsumowałam. – Resztę można dogadać.

Innego dnia wróciła rozśmiana.

– Mamo, on się boi psów bardziej niż ja – opowiadała, zdejmując buty w przedpokoju. – Przeszliśmy obok yorka na smyczy, a Michał zrobił krok w bok.

– To dobrze, że ma też swoje słabości – uśmiechnęłam się. – Przynajmniej nie udaje bohatera.

– Właśnie – pokiwała głową. – I mówi, że jak będziemy kiedyś mieli psa, to ja będę od spacerów.

Zawiesiłam na chwilę spojrzenie na jej twarzy.

– Słowo „kiedyś” w liczbie mnogiej to już coś – rzuciłam cicho.

– Mamo, nie analizuj tak – zaczerwieniła się. – Na razie po prostu się spotykamy.

A jednak wiedziałam, że to nie są już rozmowy o pogodzie. Zaczynały się pierwsze próby serca, pierwsze zderzenie dwóch charakterów, dwóch rodzin, dwóch sposobów myślenia. Zwyczajne, ludzkie testowanie, czy będzie im razem po drodze.

Zaczęłam dziękować

Pewnego deszczowego wieczoru poszłam do biblioteki. Córka została w domu, nadrabiała zaległości w pracy. Chciałam odetchnąć. Przy dziale z reportażami zobaczyłam znajomą sylwetkę. Michał. Trzymał książkę w ręku i przyglądał się okładce.

– Dzień dobry – odezwałam się pierwsza.

Odwrócił się i uśmiechnął.

– Dzień dobry, pani Barbaro. Dawno pani nie widziałem – powiedział naturalnie. – Ania mówiła, że ma dużo pracy i rzadziej wychodzicie razem.

– Tak, ostatnio ciągle siedzi przy komputerze – potwierdziłam. – Ale nie narzeka, lubi tę pracę.

Zawahałam się, potem dodałam:

– Słuchaj, Michał. Powiem wprost. Widzę, że się spotykacie. Nie wtrącam się, ale proszę cię o jedno: mów jej szczerze, jak widzisz przyszłość. Ona nie jest dziewczyną „na chwilę”.

Nie obraził się. Skinął głową.

– Wiem, pani Barbaro. Dlatego boję się popełnić głupstwo. Wolę czasem wolniej niż za szybko – odpowiedział. – Ale nie traktuję jej jak kogoś na moment. To mogę pani obiecać.

Te słowa brzmiały zwyczajnie, bez wielkich deklaracji, ale poczułam, że ma świadomość odpowiedzialności. To mi wystarczyło. Po powrocie do domu córka od razu zapytała:

– Co tak długo w tej bibliotece?

– Spotkałam znajomego – odpowiedziałam spokojnie. – I wypożyczyłam książkę, którą podobno lubisz.

– Mamo, czasem mam wrażenie, że ty wiesz więcej niż mówisz – zaśmiała się.

– Może po prostu widzę trochę szerzej, bo patrzę z boku – uśmiechnęłam się. – Ale najważniejsze, że ty czujesz się przy nim dobrze.

– Czuję – przyznała, tym razem bez żartu.

Wieczorem moje modlitwy brzmiały inaczej. Już nie tylko prosiłam. Bardziej dziękowałam.

Wymodliłam ten cud

Minęły miesiące od pierwszego spotkania w kawiarni. Obserwowałam, jak relacja mojej córki z Michałem dojrzewa. Nie była to bajka bez problemów. Były sprzeczki o drobiazgi, zmęczenie po pracy, różne spojrzenia na sprawy finansowe. Nic wyjątkowego, po prostu życie. Pewnego wieczoru córka usiadła przy stole z poważną miną.

– Mamo, muszę ci coś powiedzieć – zaczęła.

– Słucham – odłożyłam ściereczkę.

– Michał poprosił mnie, żebym poznała jego rodziców. Za tydzień jedziemy do nich na obiad – powiedziała, a w jej głosie mieszała się radość z lekkim stresem. – I mówi, że widzi ze mną przyszłość. Nie użył słowa „ślub”, ale ja wiem, co miał na myśli.

Wzięłam głęboki oddech.

– A ty jak to widzisz? – zapytałam.

– Tak samo – odpowiedziała. – Nie boję się z nim codzienności. Jak się kłócimy, to nie uciekamy. Rozmawiamy. I jak idziemy razem ulicą, to czuję, że mam przy sobie kogoś, na kim mogę się oprzeć.

Przez chwilę milczałam, potem powiedziałam:

– Wiesz, o to prosiłam w modlitwie. Nie o księcia, tylko o kogoś, z kim przejdziesz zwyczajny dzień.

Uśmiechnęła się.

– No to widocznie ktoś cię tam u góry posłuchał – mruknęła.

Wieczorem klęknęłam jak zawsze, ale moje słowa brzmiały już inaczej.

– Dziękuję, że modlitwa spotkała się z życiem. Nie jest idealnie, ale jest prawdziwie – wyszeptałam.

Nie mam gwarancji, że wszystko się ułoży. Życie bywa nieprzewidywalne. Wiem jednak jedno: moja córka nie jest już sama. Ma obok człowieka, który nie ucieka przy pierwszym zakręcie. A ja, zamiast zaciskać ręce z lęku, potrafię je otworzyć z wdzięcznością.

Barbara, 54 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: