Nie wiem, kiedy dokładnie wszystko zaczęło się psuć. Może wtedy, gdy drugi raz z rzędu przyniosłem do domu puste konto. Może wcześniej – gdy zacząłem unikać rozmów o pieniądzach, a Magda coraz częściej milczała przy kolacji. Kiedyś była inna. Pamiętam, jak trzymała mnie za rękę, gdy wracaliśmy z mojej pierwszej zmiany jako kelner. „Jeszcze się odbijemy” – mówiła z uśmiechem. Wierzyła we mnie. A potem… zaczęła tylko patrzeć. Z tym swoim spojrzeniem pełnym zawodu, jakbym ją oszukał. Może i oszukałem – obietnicą, że dam jej życie, na jakie zasługuje.
Próbowałem, naprawdę. Zasuwałem jak wół, rozwijałem własną firmę cateringową, ale to wszystko tonęło szybciej, niż się pojawiało. Magda chciała więcej. Więcej niż dwupokojowe mieszkanie, więcej niż wakacje u jej cioci na Mazurach. Nowe auto, modne ciuchy, zdjęcia z Egiptu. A ja? Nie nadążałem. Nie wiem, kiedy przestaliśmy być drużyną, ale pewnego wieczoru, zamiast zwykłego „dobranoc”, usłyszałem coś innego.
– Chcę rozwodu. Nie chcę być żoną nieudacznika.
Ty nawet nie masz ambicji
– Tomek, musimy pogadać – rzuciła, kiedy wróciłem z pracy. Stała w kuchni, oparta o blat, z założonymi rękami. Znałem ten wyraz twarzy – chłodny, bez cienia emocji. Jakby wszystko już przemyślała.
– Co się stało? – spytałem, ale czułem, że odpowiedź mnie powali.
– Mam dość. Chcę rozwodu.
Zamknąłem oczy, jakby to miało cofnąć czas o pięć minut. Albo pięć lat.
– Magda, poczekaj… Przecież… – zacząłem, ale mi przerwała.
– Przestań. Słuchaj, nie jestem potworem. Próbowałam. Ale ile można żyć z kimś, kto całe życie mówi „jeszcze chwila”? Kiedy ostatni raz zrobiliśmy coś normalnego? Kiedy byłeś obecny? Kiedy ja byłam szczęśliwa?
Nie miałem odpowiedzi. W głowie tylko pustka.
– Ty nawet nie masz ambicji – dodała cicho. – Tkwisz w tym bagnie i myślisz, że jakoś to będzie. A ja się już duszę. Przestałeś walczyć, Tomek. I przestałam ci wierzyć.
Wbiło mnie to w ziemię. Chciałem się bronić, powiedzieć, że przecież robię, co mogę. Ale zrozumiałem, że nie o to chodzi. Magda patrzyła na mnie jak na kogoś, kogo już od dawna nie kocha. Zresztą… może i ja sam siebie już nie kochałem. Nie błagałem. Milczałem. Kiedy trzasnęły drzwi sypialni, zostałem sam przy kuchennym stole. Ze wzrokiem wbitym w resztki zupy i myślą: „Może faktycznie jestem nikim”.
Zrozumiałem, że to koniec
Po wyprowadzce Magdy zostałem w naszym mieszkaniu sam. Niby wszystko było jak dawniej – ten sam kubek po kawie, ta sama rozgrzebana szuflada z rachunkami. Ale cisza była inna. Miała w sobie coś dusznego, ciężkiego. Rano budziłem się z uczuciem, jakby ktoś siedział mi na klatce piersiowej. A wieczorami... Czasem mówiłem do pustego pokoju. Jakby Magda miała odpowiedzieć z łazienki, że już zaraz wychodzi. Przez dwa miesiące żyłem na autopilocie. Praca, sen, byle co na obiad. Ludzie myśleli, że się ogarniam – potrafiłem się uśmiechnąć, nawet zażartować. Ale w środku... gruz.
Pewnego dnia przyszedł pozew. I coś we mnie pękło. Zrozumiałem, że to koniec – i że jeśli teraz się nie ruszę, to nigdy. Zacząłem od jednego wieczoru. Wróciłem z pracy i zamiast wyciągnąć się na kanapie – odpaliłem komputer. Zajrzałem na forum gastronomiczne, potem drugie, trzecie. Przez lata marzyłem o apce dla restauracji, która ogarniałaby zamówienia i logistykę. Teraz już nie miałem nic do stracenia. Zainwestowałem wszystko, co zostało – dosłownie wszystko. Nawet sprzedałem zegarek po dziadku. Spałem po cztery godziny, kodowałem, dzwoniłem, chodziłem po knajpach, przekonywałem ludzi. Ktoś się zainteresował, potem kolejny. Po trzech miesiącach miałem pierwszego klienta. Po sześciu – pięciu. Po roku... zatrudniałem trzy osoby i wynajmowałem biuro z widokiem na panoramę miasta. Magda przestała mi się śnić. Prawie.
Co ona sobie myśli?
Telefon zadzwonił wieczorem, kiedy właśnie kończyłem maila do nowego inwestora. Spojrzałem na wyświetlacz - Magda.
– Cześć... – usłyszałem głos, który znałem na pamięć.
Zamilkłem na chwilę. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Żadne „hej” nie wydawało się odpowiednie. Żadne „czego chcesz?” też.
– Nie wiem, czy powinnam dzwonić – dodała szybko. – Ale... no, natknęłam się na artykuł. O tobie. I jakoś… nie wiem... chciałam pogadać.
– O mnie? – rzuciłem chłodno.
– No, o starych czasach – zaśmiała się nerwowo. – Może spotkalibyśmy się na kawę?
Przez chwilę milczałem. W głowie miałem tamtą rozmowę w kuchni, jej słowa „nie chcę być żoną nieudacznika”.
– Muszę pomyśleć – powiedziałem w końcu.
– Jasne. Odezwij się, jeśli… jeśli będziesz chciał – odparła cicho.
Rozłączyłem się i przez długą chwilę patrzyłem w ekran. Co ona sobie myśli? Że po tym wszystkim usiądziemy razem i będziemy się śmiać nad latte, wspominając, jak nie było na czynsz? Ale z drugiej strony… czułem, że potrzebuję tego spotkania.
Popełniłam największy błąd życia
Wybrałem miejsce neutralne. Nowa kawiarnia, w której nigdy wcześniej nie byliśmy. Usiedliśmy przy oknie. Magda przyszła punktualnie, jak zawsze. Miała na sobie beżowy płaszcz, ten sam styl, ten sam zapach. W jej spojrzeniu kryła się niepewność.
– Dobrze wyglądasz – powiedziała na wstępie.
– Ty też – odpowiedziałem odruchowo.
– Widziałam ten wywiad z tobą. O tej apce. Nie wiedziałam, że tak ci się powodzi... – zaczęła mówić, bawiąc się łyżeczką. – Serio, gratuluję.
– Dzięki.
Przez chwilę było niezręcznie. Później zaczęła mówić więcej. O tym, jak po rozwodzie wynajęła kawalerkę. Jak poznała kogoś. Jak szybko się skończyło. Jak rzucili ją z pracy. Jak długo wmawiała sobie, że dobrze zrobiła, zostawiając mnie.
– Wiesz... Ja myślałam, że jak się od ciebie uwolnię, to będzie lepiej. A ja po prostu... – Uśmiechnęła się smutno i spojrzała mi prosto w oczy. – Tomek... popełniłam największy błąd życia.
– Magda...
– Nie mów jeszcze nic. Po prostu... wróć do mnie. Proszę – wyszeptała, a po policzku spłynęła jej łza. – Będę inna. Już wiem, co się wtedy liczyło.
Patrzyłem na nią i nie wierzyłem w to, co mówi.
Wybrałaś inaczej
– Chcę, żebyś zrozumiał, jak bardzo żałuję…
Zacisnąłem palce na filiżance. W głowie miałem tysiące słów, a jednocześnie pustkę. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Wziąłem głęboki oddech.
– Wiesz… To nie jest kwestia złości. Ani zemsty. Nie przyszedłem tu, żeby ci coś udowadniać.
– To po co? – szepnęła.
– Chciałem się upewnić, że to zamknięte. Że ja już nie jestem tamtym facetem. Bo wszystko, co osiągnąłem... zrobiłem bez ciebie. A raczej – po tobie. Kiedy odeszłaś, zostałem z niczym. I właśnie dlatego wstałem z kolan.
– Ale może... może teraz byłoby inaczej. Lepiej – próbowała.
– Może – przyznałem. – Ale ja nie chcę „może”. Nie chcę budować czegokolwiek z kimś, kto zostawił mnie w najgorszym momencie. Gdybyś wtedy została, moglibyśmy być dziś gdzieś razem. Ale wybrałaś inaczej.
Wstałem, zostawiłem banknot przy talerzyku. Magda nie powiedziała nic. Patrzyła tylko, jak zakładam płaszcz.
– Żegnaj, Magda.
Wyszedłem z kawiarni, a za plecami zostawiłem kobietę, która kiedyś była moim całym światem. I która teraz siedziała sama przy pustym stoliku.
Tomasz, 45 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Żona to mistrzyni aktorstwa. Udaje wielce zapracowaną, a całymi dniami tylko planuje, na co by tu wydać moje pieniądze”
- „Dostałem podwyżkę i chciałem zrobić żonie wakacje niespodziankę. Ona jednak zaserwowała mi jeszcze większego psikusa”
- „Zarabiałem dużo mniej od mojej dziewczyny i czułem się przez to gorszy. Codziennie bałem się, że za chwilę ją stracę”









