Nie byłem gotów na tę zmianę. Wszystko wydarzyło się nagle – jeszcze tydzień temu jedliśmy żeberka z grilla, a dziś na stole wylądowało coś, co wyglądało jak zmielona trawa obtoczona w trocinach. Moja żona, zawsze uparta i zdeterminowana, pewnego poranka oznajmiła, że od teraz jesteśmy weganami. Bez pytania, bez dyskusji. Miałem wrażenie, że moje życie kulinarne właśnie się skończyło. Zamiast zapachu pieczonego kurczaka, w domu unosiła się woń duszonego jarmużu. Nie chciałem tego, ale nie miałem wyjścia.

Nie chciałem się kłócić

Pamiętam dokładnie ten poranek. Siedziałem przy stole z kubkiem kawy, jeszcze zaspany, kiedy moja żona postawiła przede mną talerz. Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak kotlet. Zanim zdążyłem zapytać, co to, ona już się odezwała:

– Od dziś jemy bezmięsnie. To jest kotlet z soczewicy i marchewki. Zdrowszy.

Wziąłem widelec, przekroiłem to coś i już wiedziałem, że nie będzie łatwo. Konsystencja przypominała plastelinę, a zapach... no cóż, jakby ktoś zaparzył siano. Ugryzłem, z trudem przełknąłem. Spojrzałem na nią z niedowierzaniem.

– Serio?

– Serio. Przeczytałam kilka artykułów, obejrzałam dokumenty. Mięso szkodzi. Nam, planecie, zwierzętom.

Nie chciałem się z nią kłócić. Znałem ten ton – był nie do podważenia. Kiedy już coś postanowiła, nie było odwrotu. Upiłem łyk kawy, by zabić smak tej papki i westchnąłem. Byłem świadkiem narodzin nowej ery w naszej kuchni. Tego samego dnia z lodówki zniknęła ostatnia kiełbasa, a półki zapełniły się słoikami z hummusem, tofu i tempehem, o których wcześniej tylko słyszałem, ale nigdy nie planowałem ich jeść. Wieczorem po pracy zamiast kanapki z szynką dostałem coś z awokado i kiełkami.

– Wystarczy tylko otworzyć się na nowe smaki – powiedziała, całując mnie w policzek.

Otworzyłem się. I zamknąłem od razu.

Tęskniłem za dawnymi czasami

Nie spodziewałem się, że jedzenie może wywołać we mnie aż taką tęsknotę. Drugiego dnia dostałem na śniadanie parówki… z tofu. Z wyglądu przypominały stare kredki, które ktoś wyjął z szuflady po dziesięciu latach. Na patelni nie skwierczały, nie pachniały. Po prostu leżały i robiły się ciepłe.

– To będzie twoje nowe ulubione śniadanie – powiedziała, zadowolona jakby odkryła nowy kontynent.

Wziąłem jedną parówkę do ust i nagle poczułem, że zaczynam tęsknić za dawnym sobą. Za tym gościem, który po meczu zamawiał kebaba z podwójnym mięsem i nie miał wyrzutów sumienia. Czułem, jakby ktoś podmienił mnie w nocy na wersję bez smaku i zapachu.

– Jak ci smakuje? – spytała z uśmiechem.

– Jest… interesująco – powiedziałem, żując w ciszy, chociaż miałem ochotę wyjść z domu i kupić hot doga na stacji benzynowej.

Od tego momentu zacząłem ukradkiem podjadać mięso poza domem. W pracy miałem ukryty zapas kabanosów w szufladzie, a raz nawet zjadłem schabowego u sąsiada, udając, że tylko wpadłem po ładowarkę. Czułem się, jakbym prowadził podwójne życie – za dnia zielony partner, wieczorami mięsożerny renegat.

Z czasem jednak coraz trudniej było to ukrywać. Pachniałem pieczonym boczkiem, kiedy wracałem z lunchu. A ona – coraz bardziej dumna ze swojej nowej kuchni – zaczęła proponować, bym gotował z nią. Nie wiedziała, że moje „tak” oznaczało plan ratunkowy – jak przeżyć, nie doprowadzając do rozwodu ani głodu.

Nie chciałem zrobić jej przykrości

Trzeci tydzień. Na obiad była zupa z czerwonej soczewicy, drugie danie – kapusta duszona z ciecierzycą i czymś, co miało być zamiennikiem kurczaka, ale wyglądało jak rozmoknięta gąbka. Zapach przypominał mieszankę ziół, które nigdy nie powinny spotkać się w jednym garnku. Żona patrzyła na mnie z wyczekiwaniem, a ja – coraz mniej zdolny do udawania – wbijałem widelec w talerz i przełykałem bez słowa.

– Dzisiaj specjalnie dla ciebie – powiedziała z dumą. – Znalazłam przepis, który chwalili we wszystkich komentarzach.

Nie odpowiedziałem. Żułem w ciszy, wpatrując się w zasłony. Brakowało mi nawet naszych kłótni o to, że znów zostawiłem skarpetki w salonie. Teraz tematem numer jeden były kiełki, fermentacja i nowe przyprawy. Po kolacji zaproponowała, żebyśmy razem obejrzeli dokument o przemysłowej hodowli kurczaków. Leżeliśmy na kanapie, ona wtulona we mnie, a ja patrzyłem na ekran z mieszanką winy i frustracji. W głowie miałem obraz schabowego z jajkiem sadzonym.

Nie chciałem być złym człowiekiem. Naprawdę. Ale wewnętrznie coraz bardziej czułem się jak oszust. Kiedyś dzieliliśmy się pizzą i śmialiśmy z dziwnych ludzi jedzących sałatki z burakiem i orzechami. Teraz to my nimi byliśmy.

– Myślisz, że dobrze robimy? – spytała szeptem, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Myślę, że robisz to z serca – odpowiedziałem.

Tylko nie dodałem, że moje serce coraz częściej marzy o kebabie z baraniną.

Trudno było mi się oprzeć

Teściowa zawsze robiła najlepsze kotlety schabowe w okolicy. Miały chrupiącą panierkę, soczysty środek i pachniały jak dzieciństwo. Kiedy zaprosiła nas na obiad, poczułem niepokój. Bo jak tu powiedzieć matce swojej żony, że jej święte kotlety są teraz zakazane?

– Mama, tylko żeby nic mięsnego nie było, dobra? – powiedziała moja żona przez telefon. – My teraz jemy tylko roślinne rzeczy.

Stałem obok, słysząc, jak po drugiej stronie zapadła cisza. Wiedziałem, że dla teściowej to był cios w serce. Ale nie odważyłem się zaprotestować. Po prostu kiwnąłem głową, jakbym właśnie podpisywał jakieś niezrozumiałe porozumienie pokojowe. Na stole czekały buraczki, ziemniaki i… kotlety z kalafiora. Patrzyłem na nie jak na fałszywych przyjaciół. Wyglądały jak mięso, ale wiedziałem, że to podstęp. Teściowa podała nam talerze z miną, która mówiła wszystko – nie tego chciała od życia.

– Jak wam smakuje? – spytała z wymuszonym uśmiechem.

– Przepyszne, mamo – odpowiedziała żona.

Ja tylko przytaknąłem i zacząłem jeść. Ale nagle do pokoju wbiegł teść z boczkiem na patelni.

– Dla mnie możecie żuć trawę, ale ktoś musi normalnie zjeść – rzucił i zaczął nakładać sobie jeszcze gorące skwarki.

Pachniało tak intensywnie, że ślina napłynęła mi do ust. Siedziałem tam, walcząc z własnym sumieniem, rozdzielony między dwie kobiety – jedną, którą kochałem, i drugą, która potrafiła usmażyć mięso, jak nikt inny.

Miałem tego dość

Wszystko rozegrało się podczas niedzielnego obiadu. Żona przygotowała coś, co nazwała „wege lazanią”. W rzeczywistości była to mokra konstrukcja z bakłażana, sosu pomidorowego i tofu. W smaku dominowała dziwna kwaskowość i gorzki posmak rozczarowania. Spojrzałem na talerz, potem na nią. Siedziała naprzeciwko, z miną pełną dumy i oczekiwania. I wtedy pękłem.

Nie mogę już. Naprawdę próbowałem, ale to nie dla mnie – powiedziałem cicho, ale stanowczo.

– Co masz na myśli? – zmarszczyła brwi.

– Wszystko smakuje tak samo. Każdy obiad to warzywna papka. Tęsknię za mięsem, za zwykłymi smakami. Za naszymi dawnymi kolacjami, pizzą, wspólnym kebabem po imprezie...

Milczała przez chwilę, jakby próbowała przełknąć coś trudniejszego niż jej ostatnie kulinarne dzieło. Wstała od stołu i zaczęła zbierać talerze.

– Myślałam, że robimy to razem – powiedziała. – Że ci zależy.

– Zależy mi. Ale nie na tym, żeby codziennie udawać, że coś mi smakuje. Nie mogę być kimś, kim nie jestem.

Przez resztę dnia unikaliśmy siebie. Wieczorem zamknęła się w sypialni z książką o roślinnej diecie. Ja poszedłem na spacer. W drodze powrotnej minąłem burgerownię. Zatrzymałem się, patrząc przez szybę. W środku ktoś właśnie wcinał burgera z podwójnym bekonem. Poczułem głód, ale nie tylko fizyczny. Tęskniłem za wspólnotą. Za autentycznością. Miałem nadzieję, że ona też to poczuje.

Koniec z udawaniem

Minęły dwa tygodnie od tamtej rozmowy. Atmosfera w domu wciąż była napięta. Rozmawialiśmy krótko, wymienialiśmy uprzejmości, unikaliśmy tematów związanych z jedzeniem. Każde gotowało osobno – ona swoje kasze i tofu, ja potajemnie przywoziłem jedzenie z baru mlecznego i chowałem w lodówce w garażu. W końcu usiedliśmy razem na balkonie. Nie było już napięcia. Było tylko zmęczenie udawaniem, że wszystko jest w porządku.

– Przepraszam, że ci to narzuciłam – powiedziała niespodziewanie. – Myślałam, że się uda. Że się dostosujesz.

– Ja też przepraszam. Za to, że nie potrafiłem powiedzieć ci wcześniej, że mi trudno – odpowiedziałem.

Przez chwilę milczeliśmy. Ona zerkała na swoje zioła w doniczkach, ja na sąsiada, który rozpalał grilla.

Może pójdziemy na kompromis? – zapytała po chwili. – W tygodniu roślinnie, w weekendy... mięso?

Spojrzałem na nią z ulgą. Pokiwałem głową. To nie chodziło o jedzenie. Chodziło o to, że się pogubiliśmy w tym wszystkim. I teraz oboje staraliśmy się siebie odnaleźć. Kilka dni później usmażyła dla mnie jajka na maśle i podała z chlebem z prawdziwym serem. Brokuły zostawiła dla siebie. Usiedliśmy razem przy stole. Tym razem smakowało jak dawniej – nie przez jedzenie, tylko dlatego, że jedliśmy razem.

Michał, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: