Nie wiem, kiedy dokładnie zaczęłam płakać po nocach. To nie był jeden konkretny dzień. To był proces – powolny, niezauważalny rozkład. Najpierw tylko wzdychałam ciężko, kiedy wieczorem zmywałam naczynia, patrząc na plecy Adama, który siedział na kanapie, z pilotem w dłoni. Potem zaczęłam zatrzymywać się w łazience na kilka minut dłużej, żeby nikt nie słyszał. W końcu – łzy przychodziły same, cicho i bez ostrzeżenia, gdy tylko drzwi sypialni się zamykały. Byłam zmęczona. Zawsze zmęczona.
– Mamaaaa! A gdzie moja bluza z konikiem?! – Lena krzyczała z pokoju dziecięcego.
– Sprawdź w praniu! – odkrzyknęłam, próbując jednocześnie kończyć grafikę, którą musiałam oddać do 14:00 klientowi, i wstawić zupę.
– A ja chcę jajko! – Antek wparował do kuchni, jeszcze w piżamie, z rozczochraną czupryną.
– Za chwilę, kochanie, dobrze? – wymusiłam uśmiech. – Mama musi dokończyć pracę.
Adam wyszedł z sypialni i ziewnął.
– Ty jeszcze w tym siedzisz? Nie mówiłaś, że dziś masz wolne?
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
– Mam wolne od pracy biurowej. Ale nie od gotowania, prania, ogarniania dzieci, zakupów, mycia podłogi…
Wzruszył ramionami, podchodząc do ekspresu.
– Przecież nie masz dziś nic ważnego. Ogarniesz to jakoś. Ja mam ciężki dzień – mam prezentację dla klienta.
"Ja mam ciężki dzień." Te słowa słyszałam codziennie. Jakby moje dni były lekkie. Jakby wszystko, co robiłam, nie miało znaczenia, bo nie przynosiło pieniędzy. Ale wtedy jeszcze milczałam. Wtedy jeszcze udawałam, że tak musi być. Że może on naprawdę ma rację. Przecież zarabia więcej. Może faktycznie… powinnam mu ułatwiać życie? Jeszcze wtedy wierzyłam, że to tylko chwilowe. Że się obudzi. Że zobaczy. Ale on tylko coraz wygodniej rozsiadał się w tej naszej nierównej codzienności. A ja coraz głębiej zapadałam się w rolę służącej.
Ja już nie mam partnera. Mam lokatora
Wszystko zaczęło się od obiadu, który szykowałam w międzyczasie, próbując jednocześnie pomagać Antkowi w zadaniu z matmy i ogarniać wywrotkę zabawek Leny w salonie. W piekarniku ustawiłam zły program. A może za długo trzymałam. Sama nie wiem. Pachniało spalenizną. Dym rozszedł się po całej kuchni. Adam wrócił chwilę później.
– Co tu tak śmierdzi? – skrzywił się, rzucając torbę na krzesło.
– Dzisiejszy obiad. Spaliłam – przyznałam cicho, przecierając oczy z bezsilności.
– Super – rzucił ironicznie. – Czyli dziś też nic nie zjem?
Zacisnęłam zęby. Nie wytrzymałam.
– A może sam byś coś zrobił?! Ja od rana ogarniam wszystko, dzieci, dom, pranie, praca! Ty wracasz i tylko narzekasz!
– Przesadzasz. Pracuję po dziesięć godzin dziennie, a ty masz cały dzień w domu! – parsknął.
– Ja nie mam „całego dnia w domu”! Ja tu wszystko ogarniam, Adam! I może nie zarabiam tyle co ty, ale też pracuję. I nie jestem twoją kucharką!
Patrzył na mnie jak na wariatkę.
– Nikt ci nie każe robić dramatu. Po prostu głodny jestem. Mógłbym zjeść, gdybyś zrobiła porządnie.
– Ty nawet nie widzisz, co się dzieje! W twoim świecie wszystko ci się należy, bo „zarabiasz”! A ja? Ja mam służyć?
Milczał. Poszedł do salonu. Włączył konsolę. Patrzyłam na niego, jak trzyma pada, jakby nic się nie stało. I wtedy coś we mnie pękło. Uświadomiłam sobie, że ja już nie mam partnera. Mam lokatora.
Dokładnie to, co czułam
– I co ty na to? – zapytałam, kończąc historię z przypalonym obiadem.
Siedziałyśmy z Kingą w naszej ulubionej kawiarni. Ona popijała latte z mlekiem migdałowym, ja potrzebowałam jedynie mocnej kawy. Kinga patrzyła na mnie z mieszaniną współczucia.
– On cię wykorzystuje, Natalia. I nawet nie próbuje tego ukrywać.
– Myślisz, że przesadzam? Może faktycznie jego praca jest bardziej wymagająca. Ja nie przynoszę do domu tyle pieniędzy…
– O, błagam cię! – przerwała mi ostro. – Naprawdę chcesz mierzyć wartość swojego życia przelewem bankowym?
– Nie wiem – szepnęłam.
– A ja wiem. Nie jesteś dla niego partnerką. Jesteś obsługą. Pomocą domową z emocjami, które go tylko irytują.
Wbiło mnie w fotel. Bo to było dokładnie to, co czułam, ale nie miałam odwagi ubrać w słowa.
– Obiecywałam sobie, że nigdy nie będę jak moja matka. Ona też tylko „pomagała”. Cicho, cierpliwie. Do końca. Ojciec nawet nie zauważył, kiedy przestała istnieć – powiedziałam, dłubiąc łyżeczką w pustym kubku.
Kinga ujęła moją dłoń.
– Ty jeszcze istniejesz. Ale jeśli nie zawalczysz, też znikniesz.
Uśmiechnęła się lekko. Ja tylko skinęłam głową. Ale gdzieś tam w środku coś się we mnie tliło. Jakby pierwszy raz od dawna.
Albo coś się zmieni, albo...
Tego dnia nie zrobiłam kolacji. Nie że zapomniałam. Po prostu nie zrobiłam. Dzieci dostały kanapki, ja zjadłam banana. Adam wrócił z pracy, zdjął buty, rzucił torbę na podłogę i zawołał z przedpokoju:
– Co jemy?
Nie odpowiedziałam. Siedziałam na kanapie z laptopem na kolanach. Montowałam grafiki na jutrzejsze zlecenie. Udawałam, że go nie słyszę.
– Natalia, pytam, co jemy.
Podniosłam wzrok.
– Nic.
– Że co?
– Nic, Adam. Nie zrobiłam kolacji.
– Ale jak to nie zrobiłaś? – zaśmiał się nerwowo. – Dzień znowu był za ciężki? Kolejna awaria w piekarniku?
Zamknęłam laptopa. Spokojnie.
– Nie proszę cię o pomoc. Żądam partnerstwa. Albo coś się zmieni, albo...
– Albo co? – wszedł mi w słowo. – To groźba?
– To nie groźba. To próba ocalenia resztek mojego szacunku. Do ciebie. I do siebie.
Zamilkł. Patrzył na mnie jakbym właśnie wypowiedziała coś niedorzecznego.
– Natalia, nie wygłupiaj się. Co się z tobą dzieje? Od kiedy tak się stroszysz? Robię, co mogę. Pracuję. Utrzymuję ten dom. Co jeszcze mam robić?
– Zacząć widzieć mnie. Jako człowieka, nie tylko jako funkcję.
Chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Wyszedł z kuchni, trzaskając drzwiami. Siedziałam długo, wpatrując się w ścianę. W środku czułam się jak po trzęsieniu ziemi. A jednocześnie jakbym po raz pierwszy od dawna oddychała.
To nie ja zawiodłam
Adam przez kilka dni chodził jak cień. Nie było awantur. Nie było żadnych rozmów. Po prostu... unikał mnie. Wracał późno, jadł byle co, czasem w ogóle. Ja przestałam robić rzeczy „dla niego”. Nie prałam jego koszul. Nie odkładałam jego rzeczy z suszarki. Nie gotowałam z myślą o nim. Ani razu nie zapytał dlaczego. Cisza była ciężka. Ale też... dziwnie wyzwalająca. Jakby wreszcie coś zaczęło się układać – może nie między nami, ale we mnie. Nie zadręczałam się już pytaniem, czy zrobiłam coś źle. Wiedziałam: to nie ja zawiodłam. Po prostu przestałam grać w jego grę. W piątek wieczorem, kiedy zabrałam dzieci do kina, wrócił wcześniej. Gdy weszłam, siedział przy stole.
– Chcesz wojny, to masz – rzucił bez emocji.
– Nie chcę wojny – odpowiedziałam cicho. – Chcę życia, w którym nie jestem dodatkiem do twojej wygody.
– Wiesz co? – Może przestań wtedy korzystać z tego, co ja zapewniam. Z mojego „utrzymania”.
– To chyba pierwszy raz, kiedy powiedziałeś na głos, że nie widzisz mnie jako równorzędnej osoby – westchnęłam.
Zamilkł. W jego oczach był chłód, ale i coś jeszcze – może niepewność? Tamtego wieczoru położyłam się spać z myślą, że jeśli on nic nie zrobi, ja będę musiała. Nie mogę dłużej żyć w miejscu, gdzie miłość zamieniła się w układ transakcyjny.
Muszę odpocząć od tego wszystkiego
Minął tydzień. Nie wydarzyło się nic. Adam nie przeprosił, nie zapytał, nie porozmawiał. Po prostu… wrócił do stanu wyjściowego. Znowu było jak dawniej. Tylko że ja już nie byłam taka sama. Kiedy powiedziałam Kindze, że myślę o rozstaniu, nie wyglądała na zaskoczoną.
– Natalia, wy już od dawna nie byliście razem.
Zaczęłam rozglądać się za rozwiązaniami. Mama zgodziła się, żebyśmy z dziećmi tymczasowo u niej pomieszkali. Z duszą na ramieniu usiadłam wieczorem obok Adama. Nie grał. Nie udawał, że mnie nie widzi. Chyba czuł, co nadchodzi.
– Muszę odpocząć od tego wszystkiego – powiedziałam.
– Odpocząć? Od czego?
– Od bycia niewidzialną. Od tej ciągłej walki o odrobinę szacunku.
Wzruszył ramionami.
– Nie wierzę, że chcesz rozwalić rodzinę przez jakieś obowiązki domowe.
– Nie przez obowiązki. Przez brak szacunku.
Długo milczeliśmy. Czekałam na coś – może gest, może słowo. Cokolwiek. Ale Adam tylko spojrzał w bok i wstał.
– Rób, jak uważasz.
Zebrałam się szybko. Spakowałam rzeczy, powiedziałam dzieciom, że jedziemy na „dłuższą wycieczkę do babci”. Adam nie zapytał nawet, kiedy wrócimy. A może wiedział, że nie tak prędko.
Natalia, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój mąż myśli, że w pakiecie z żoną dostał darmowy catering. Nie będę mu wiecznie podstawiać ziemniaczków pod nos”
- „Mąż na 10. rocznicę ślubu przeszedł samego siebie. Zamiast luksusowych perfum dostałam 3 pary skarpet”
- „Mojej żonie bym nieba przychylił, a ona tego nie docenia. W rocznicę ślubu dobitnie pokazała, ile dla niej znaczę








