Mój świat był poukładany. Idealnie, aż do bólu. Codzienność z Markiem i Antosiem przypominała przepis na szczęście z kolorowego magazynu. On – czuły, zaradny, zawsze obecny, mimo że często „w delegacjach”. Ja – spełniona mama, żona, nauczycielka w lokalnym przedszkolu. Antoś – nasze oczko w głowie. Siedem lat śmiechu, rysunków na lodówce i zasypiania w trójkę na jednym łóżku, bo znowu miał zły sen.

Marek zawsze wracał z wyjazdów z bukietem kwiatów i nową zabawką dla Antosia. Pachniał drogimi perfumami i opowiadał zabawne anegdoty z pracy. Uwielbiałam słuchać, śmiać się z nim przy kolacji. Gdy patrzyłam, jak nosi syna na barana po ogrodzie, myślałam: „Mam wszystko”. Ale zaczęłam zauważać drobiazgi. Dziwne wiadomości, które szybko kasował. Nerwowe spojrzenia, gdy dzwonił telefon. „Znowu z pracy” – mówił z uśmiechem, ale ja czułam, że coś jest nie tak. Sylwia, moja przyjaciółka, rzuciła kiedyś mimochodem:

– Twój Marek to aż za idealny. Uważaj, bo może być za pięknie, żeby było prawdziwe.

Wzruszyłam ramionami. Bo kto by nie chciał takiego życia? Kto by się czepiał szczęścia?

Nie mogłam uwierzyć, w to co widzę

Zaczęło się niewinnie. Postanowiłam wpaść na kawę do koleżanki z dawnych lat. Mieszkała w nowym eleganckim osiedlu na obrzeżach miasta. Wysiadłam z samochodu i szłam powoli chodnikiem. Kiedy nagle zobaczyłam mojego męża wychodzącego z jednej z klatek bloku. Myślałam, że zwariowałam. Marek obejmował inną kobietę. Uśmiechali się do siebie. Była tez nimi mała dziewczynka. On odprowadził je do samochodu. Następnie pocałował kobietę na pożegnanie. Nie mogłam uwierzyć, w to co widzę. Zawróciłam i niemal biegłam do samochodu.

– Gdzie jesteś? – Marek zadzwonił kilka minut później, jakby nic się nie stało. – U mnie w firmie dziś młyn. Nie wiem, czy wrócę przed północą.

W tle słyszałam głos dziecka. „Tato, a gdzie są moje buciki?!”

– Jesteś w delegacji? – zapytałam cicho.

– No przecież mówiłem ci rano, że mam wyjazd z pracy.

– Aha – odpowiedziałam i rozłączyłam się.

Usiadłam za kierownicą i zaczęłam płakać. Tak zwyczajnie. W ciszy. I tylko jedna myśl biła mi w głowie jak młot: Mój mąż ma drugą rodzinę.

Czułam się jak w kiepskim filmie

Czekałam. Do drugiej w nocy. Marek wszedł cicho, jak zawsze, gdy „wracał z delegacji”. Zdjął buty, powiesił płaszcz, ucałował mnie w czoło jakby nigdy nic.

– Cześć, skarbie – wyszeptał, pachnąc tymi samymi perfumami co zawsze. – Wszystko w porządku?

– Gdzie byłeś?

– Przecież mówiłem, że praca.

– Aha – powiedziałam spokojnie. 

Jeszcze nie chciałam mu mówić, że wiem o wszystkim, choć we mnie się gotowało. Następnego dnia pojechałam rano za nim. Czułam się jak w kiepskim filmie, ale nie miałam innego wyjścia. Zatrzymał się pod tym samym blokiem. Wyszedł z samochodu i czekał. Chwilę później z klatki wybiegła mała dziewczynka i rzuciła mu się na szyję. Za nią kobieta. Ta sama co ostatnio. Uśmiechnęła się do niego, podała mu kubek z czymś gorącym. Pocałowali się. Jakby byli razem od zawsze. Potem gdzieś odjechali wspólnie. Nie pamiętam, jak długo siedziałam w aucie. Nie chciałam wracać do domu, więc pojechałam do Sylwii. Drżałam, ledwo mogłam mówić.

– Marta, mów co się dzieje – powiedziała.

Opowiedziałam jej wszystko. Głos mi się łamał. Ona słuchała uważnie, spokojnie. Gdy skończyłam, powiedziała tylko jedno:

– Nie możesz mu tego puścić płazem. 

Pokiwałam głową, otarłam łzy i wróciłam do domu. Wiedziałam już, co zrobię. Muszę porozmawiać z tą kobietą.

Dwa życia. I żadnego prawdziwego

Nie spałam całą noc. Szykowałam się jak na wojnę, ale ręce mi się trzęsły. W końcu wzięłam wolne w pracy, zostawiłam Antosia u mamy i pojechałam do niej. Serce biło mi w piersi jak szalone. Zadzwoniłam do drzwi. Otworzyła ta kobieta. Z bliska wyglądała jeszcze młodziej. Miała związane włosy i dres, na rękach trzymała dziewczynkę. Zamarła na mój widok.

– Dzień dobry... Marta jestem. Żona Marka.

Zbladła. Odsunęła się od progu. Mała schowała główkę w jej szyję.

– Wejdź – wyszeptała.

Usiadłyśmy w salonie. Dziewczynka poszła do swojego pokoju, nawet się nie obejrzała. Kobieta z trudem mówiła.

– Nie wiedziałam. Przysięgam, nie wiedziałam, że dalej jesteście razem. Marek powiedział, że jesteście po rozwodzie. Że macie tylko kontakt przez dziecko.

– Po rozwodzie? – wykrztusiłam. – On codziennie wraca do mnie do domu. Śpimy razem. Wychowujemy syna.

Złapała się za głowę.

– Nie mogę uwierzyć w to, co mówisz. Znamy się z Markiem prawie sześć lat. Marek był ze mną, kiedy byłam w ciąży z Zosią. Myślałam, że między wami wszystko już skończone. 

Spojrzałyśmy na siebie. Obie miałyśmy łzy w oczach. Wszystko układało się w całość. Ten sam Marek, dwie kobiety, dwoje dzieci. Dwa życia. I żadnego prawdziwego.

Myślałam, że jestem szczęściarą

Spotkaliśmy się we trójkę w małej kawiarni, którą wskazała Aneta. Przyszłam pierwsza. Ona – chwilę po mnie. Milczałyśmy, aż wszedł Marek.
Zamarł, kiedy nas zobaczył. 

– Usiądź – rzuciłam chłodno.

– Co tu się dzieje? – zapytał, choć dobrze wiedział. – Marta? Aneta?

– Wiesz, co się dzieje – wtrąciła Aneta. – Obie wiemy o wszystkim. Już nie musisz się ukrywać.

– Posłuchajcie… To nie tak… – zaczął, ale nie miał żadnych słów. – Nie chciałem nikogo skrzywdzić.

– A co chciałeś? – zapytałam ostro. – Mieć dwie rodziny? Dwoje dzieci? Dwa domy i dwa kalendarze? Myślałeś, że żadna z nas się nie zorientuje?

Nie potrafiłem wybrać – powiedział cicho. – Marta, z tobą mam Antosia… Ale Aneta… ona pojawiła się, kiedy wszystko było takie... skomplikowane.

– Ty jesteś skomplikowany, nie życie – przerwała mu Aneta. – A wiesz, co jest najgorsze? Że naprawdę ci wierzyłam. Że patrzyłam na ciebie i widziałam dobrego człowieka.

– I ja – dodałam, drżącym głosem. – Karmiłam się tą twoją troską, tymi prezentami po „delegacjach”, tym, że Antoś cię kocha jak nikogo innego. Ty się uśmiechałeś, a ja myślałam, że jestem szczęściarą.

Zamilkł. Widział, że nie ma już dla niego miejsca przy żadnej z nas. Aneta wstała pierwsza.

– Zbieraj się, Marek. Nie chcę cię więcej widzieć. Zosi to wytłumaczysz sam. Ja mam dość życia w kłamstwie.

Ja też wstałam. Spojrzał na mnie błagalnie.

– Marta, ja… możemy jeszcze porozmawiać?

– Nie. Możemy już tylko dzielić opiekę nad synem. Nic więcej – odpowiedziałam i wyszłam, nie oglądając się za siebie.

Marta, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: