Nie wiedziałem, kiedy przestałem czuć się gospodarzem we własnym domu. Może wtedy, gdy mój syn Michał znowu się wprowadził. Miało być tylko „na chwilę”, po studiach. Miał chwilkę odpocząć, poszukać pracy i stanąć na nogi. Wtedy nie miałem nic przeciwko, w końcu to był mój syn i chciałem mu pomóc. Tylko że ta „chwila” trwała już prawie cztery lata. Wracałem z pracy zmęczony jak pies, zasuwając fizycznie od świtu, a w domu... tylko klikanie klawiatury z jego pokoju. Pracował zdalnie, informatyk, dobra firma i świetne pieniądze. Mimo to nie dokładał ani złotówki na rachunki, bo tłumaczył, że „oszczędza na wkład własny”. Wkurzało mnie to coraz bardziej, ale zaciskałem zęby.  

Kolacja była jak zwykle

Na talerzu parujące ziemniaki, wielki schabowy i własnej roboty ogórek kiszony. Renata coś nuciła pod nosem, a Michał jak zwykle klikał w telefon. Tylko ja siedziałem sztywny, z narastającym ciężarem w piersi. W końcu odłożyłem widelec.

– Michał, powiedz mi jedno... Kiedy zamierzasz dorzucić się do rachunków? Wiesz, że przez ten czas, co odkładasz, światło się samo nie świeci? Gaz się nie grzeje za darmo? – warknąłem. – Od czterech lat siedzisz tu jak król, a ja mam wszystko ciągnąć?

– Ale przecież nie powiedzieliście, że mam się dokładać. Mieszkam tu, bo pozwoliliście. Mam prawo oszczędzać. Ty miałeś swój start, ja muszę mieć swój – rzucił chłodno.

– Twój start, synku, był na moim garbie przez 27 lat! – krzyknąłem. Myślałem, że to chwilowe, a nie że trzy dychy na karku i dalej wszystko na tatusia! Nawet pasożyt by się zawstydził.

Wstałem od stołu, wyszedłem i nawet nie spojrzałem za siebie. Przez godzinę krążyłem bez celu po osiedlu. W głowie miałem mętlik, a złość buzowała jak wrzątek. W końcu, zziębnięty, wróciłem. Michała już nie było w kuchni, tylko Renata zmywała talerze, jakby nic się nie wydarzyło.

– Andrzej, daj już spokój, proszę cię – westchnęła. – To nasz syn. Może warto dać mu trochę przestrzeni. Dzisiaj młodzi żyją inaczej.

– Ja mam z nim rozmawiać? Jeszcze chwila i by mi wykład zrobił o gospodarce rynkowej! – rzuciłem. – To ja zasuwałem na ten dom, nie jego komputer i nie jego konto oszczędnościowe! Ja już nawet nie czuję się jak gospodarz w swoim domu. Siedzi u nas dorosły facet, zarabia więcej ode mnie, a ja mam się cieszyć, że łaskawie z nami jeszcze mieszka?

Tego dnia wróciłem wcześniej

To był wtorek. Wróciłem wcześniej z pracy, bo szef skrócił robotę – deszcz lunął jak z cebra. Wszedłem cicho, nie chciałem budzić śpiącej Renaty. Michał był w swoim pokoju, jak zwykle z zamkniętymi drzwiami. Chciałem tylko zdjąć buty i zrobić sobie herbatę. Ale wtedy usłyszałem jego głos, wyraźny, przez cienką ścianę.

– Nie, stary, serio... Tu luz. Starzy nic nie chcą, czasem coś marudzą o rachunkach, ale da się przeżyć.

Zamarłem. Oparłem się o ścianę. W środku jakby mnie ktoś uderzył. „Starzy”. „Marudzą”. To ja i Renata, tak? My, którzy całe życie mu wszystko dawaliśmy?

– Nie no, jedzenie dobre, wifi szybkie, gniazdek dużo. Gorzej w hotelu by było, nie?

Poczułem się jak idiota. Żaden ojciec, żaden gospodarz, tylko dostawca prądu i obiadu. Facet, którego się toleruje, bo opłaca rachunki. Odszedłem od drzwi. Powoli, jakbym miał w nogach beton. Usiedliłem w kuchni, patrzyłem na kubek z herbatą. Ręce mi się trzęsły, ale nie ze złości, tylko z bezsilności i ze wstydu. Bo jak to było możliwe, że wychowałem kogoś, kto nie ma nawet cienia wdzięczności?

Ta rozmowa zmieniła wszystko

Nie planowałem tego. Chciałem jeszcze poczekać, przemyśleć, może porozmawiać inaczej. Ale tamten wieczór... coś we mnie pękło. Siedzieliśmy przy kolacji. Renata ugotowała rosół, Michał wrzucał makaron łyżką bez słowa. I nagle nie wytrzymałem.

– Powiedz mi, Michał... Jak to jest być gościem we własnym domu? – spytałem chłodno – Bo chyba nie czujesz się częścią tego domu, skoro traktujesz nas jak darmowy catering. Zarabiasz dużo więcej ode mnie, a ja mam płacić za światło, bo ty "oszczędzasz"?

– Tato... To nie są twoje czasy. Teraz się inwestuje w siebie – odpowiedział lodowato.

– Nie inwestuj moim kosztem! – huknąłem pięścią w stół. – Albo zaczniesz się dokładać do kosztów życia, jak każdy dorosły facet, albo czas się spakować i żyć jak po swojemu gdzie indziej!

– Czyli co, wyrzucasz mnie z domu?

– Nie, tylko proponuję ci wybór. Albo współuczestniczysz w życiu tej rodziny na naszych zasadach, albo przestajesz z niej korzystać.

Cisza. Renata ścisnęła dłonie na kolanach. Michał wstał. Patrzył na mnie długo. I bez słowa poszedł do pokoju. Został po nim tylko pusty talerz i dźwięk zamykanych drzwi.

Nie było wielkiej awantury

Ani krzyków, ani dramatów. Po prostu, dwa dni później, wróciłem z pracy, a w przedpokoju stały spakowane torby.

Jadę do kolegi na jakiś czas – powiedział Michał, gdy wszedłem do kuchni. Mówił spokojnie, chłodno, niemal urzędowo.

Renata siedziała przy stole, zaczerwieniona na twarzy, z rękami złożonymi w bezradnym splocie. Nie płakała, ale była blisko.

– To twoja decyzja – odpowiedziałem tylko. – Mam nadzieję, że to dobrze przemyślałeś.

Nie spojrzał mi w oczy. Tylko skinął głową. Poszedł do przedpokoju, podniósł torby i wyszedł. Tak po prostu. Bez pożegnania. Nawet drzwi nie trzasnęły. Cisza, jaka po nim została, była głośniejsza niż wszystkie nasze kłótnie. Usiadłem i patrzyłem w ścianę, a Renata tylko milczała. Po chwili wstała, poszła do łazienki i usłyszałem, jak zamyka się na klucz. Dopiero wtedy było słuchać jej cichy płacz.

Wieczorem wszedłem do pokoju Michała. Pusto i cicho, tylko kurz na biurku, plakat na ścianie i jedno skarpetka pod łóżkiem, jak zawsze. Usiadłem na krześle i wbiłem wzrok w ekran wyłączonego monitora. Czułem ulgę, ale jednocześnie pustkę i wstyd.

– Czy o to mi chodziło? – zapytałem sam siebie szeptem. – Czy właśnie to wygrałem?

Renata weszła cicho, usiadłą obok mnie i powiedziała: – Wygrałeś, Andrzej. Ale czy o to ci chodziło? Kogo dziś masz przy sobie?

I to zabolało mnie bardziej, niż wszystkie nieprzyjemności wynikające z długich lat mieszkania pod jednym dachem z nieodpowiedzialnym synem.

Andrzej, 56 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.