Nie jestem osobą, która lubi się chwalić. Ale kiedy robisz coś z dobrego serca, wysilasz się, kombinujesz, odmawiasz sobie kawy na mieście przez trzy miesiące, żeby kogoś uszczęśliwić, chcesz usłyszeć chociaż zwykłe dziękuję. Tymczasem moja mama... Cóż, ona ma swoją wersję wszystkiego. Jak opowiada rodzinie o tym, że była w sanatorium, to wychodzi na to, że dostała wyjazd dzięki swojemu sprytowi i znajomościom. O moim kredycie nie mówinatomiast ani słowa, jakbym była bankomatem na dwóch nogach, który rzuca pieniędzmi ot tak, bez udziału emocji.
To był kredyt gotówkowy, żaden tam wielki – kilka tysięcy na wyjazd, pobyt i jakieś dodatkowe zabiegi. Ale musiałam go wziąć na siebie, bo mama miała wtedy komornika na karku. Nawet nie była w stanie sama podpisać umowy. Nie mam żalu, że jej pomogłam. Mam żal, że ona zachowuje się, jakby to wszystko jej się należało. Jakby nikt jej w niczym nie pomógł, jakby cały świat stał u jej stóp. A ja? Ja mam teraz raty, mniej snu i więcej nerwów.
Chciałam spełnić jej marzenie
– Sandra, jak ja bym chciała pojechać jeszcze raz do tego sanatorium... – mama westchnęła ciężko.
– No to jedź – rzuciłam bez większego entuzjazmu, bo znałam ten ton. Tak zaczynało się każde zlecanie mi nowej misji.
– Ale to nie takie proste, dziecko... Teraz wszystko drogie – mruknęła z wyrzutem, choć niby do siebie – A ta kuzynka Zosia, pamiętasz? Co była ze mną w Busku? To ona już trzeci raz jedzie w tym roku! Bo jej córka kredyt wzięła. Co to dla niej, mówiła, że zdrowie matki jest ważniejsze od wszystkiego.
Mama spojrzała na mnie znacząco, jakby właśnie zrzuciła bombę atomową:
– Mamo, ale ja nie mam pieniędzy – westchnęłam. – Dopiero co płaciłam za twoje leki i okulary.
– No ale przecież jesteś sama, nie masz dzieci, męża. To na co ci ta pensja idzie? – zaczęła niepozornie, ale już się gotowało.
Zamknęłam oczy na chwilę:
– Zastanowię się, dobrze?
– Nie musisz. Tylko pomyśl, jak Zosi matka będzie się tam teraz leczyć... A ja? Jak kocur pod kaloryferem – podsumowała dramatycznie, teatralnie wycierając nos.
Patrzyłam na nią i wiedziałam, że decyzja już zapadła, choć jeszcze nie kliknęłam „zatwierdź” w bankowej aplikacji.
Zwolniłam się z pracy
Udałam, że mam sprawę w urzędzie, bo przecież nie powiem, że idę pożyczyć pieniądze, których nie mam. Bank mieścił się kilka ulic dalej. Znałam drogę na pamięć – już raz tu byłam, gdy mama miała zaległość w czynszu i groziła jej eksmisja. Ale wtedy to był mniejszy kredyt, a teraz chciała wyjazd „z pełnym pakietem”.
– Potrzebuję pożyczki. Na kilka tysięcy. Tak do... siedmiu – dodałam szybko, żeby nie brzmiało jakby na coś zbyt luksusowego.
– Cel pożyczki?
– Sanatorium. Dla mamy.
Kobieta skinęła głową i zaczęła klikać. Po piętnastu minutach miałam wszystko. Raty? Do zniesienia. Z bólem, ale do zniesienia. Wieczorem wróciłam do domu z kopertą.
– No i? – mama siedziała już ubrana, jakby miała zaraz ruszyć na peron. – Pytałam dzisiaj i jeszcze mają miejsca, ale muszę wpłacić zaliczkę do jutra.
– Masz – podałam jej kopertę. – Zrobiłam przelew, a tu masz na drogę. I na jakiś lepszy szlafrok, bo ten twój…
Nie dokończyłam, bo mama wstała i zaczęła chodzić po kuchni jak w transie:
– Wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz! Tylko ty jesteś rozsądna w tej rodzinie. Zosia to szczęściara, ale ja? Ja to mam najlepszą córkę!
Mogłam się nawet trochę ucieszyć, gdyby nie jedno zdanie, które powiedziała zaraz potem:
– Widzisz? Jak się człowiek uprze i pokombinuje, to wszystko da się załatwić!
Zacisnęłam zęby. No jasne. Pokombinowała. Ona.
Zadzwoniła od razu po przyjeździe
Oczywiście nie po to, żeby podziękować, tylko żeby ponarzekać:
– Słuchaj Sandra, jak tu zimno!
– Mamo, było najbliżej i najtaniej. Inne miejsca kosztowały dwa razy więcej.
– No niby tak... Ale w pokoju jest tylko jeden grzejnik, a kaloryfer pod oknem nie grzeje! Muszę zgłosić do recepcji. A jedzenie? Jak na koloniach. Surówka bez smaku, zupa jak woda. A zabiegi? Kazałam im zmienić harmonogram, bo przecież nie będę chodzić na borowiny o ósmej rano!
– Ale w ogóle ci się podoba? – zapytałam z nadzieją.
– No, atmosfera fajna. W pokoju mam taką babkę, Halinę z Wrocławia. Wesoła, energiczna, zna wszystkie tańce. Już mnie na potańcówkę ciągnie! Aha, i jakby ktoś pytał, to ja sama to wszystko załatwiłam, bo nie każdy musi wiedzieć, że z pomocą córki, no nie?
Zamilkłam. Pytanie: "jacy wszyscy?" wisiało mi na końcu języka, ale odpuściłam.
– Dobrze, mamo. Ciesz się pobytem. Ja wracam do pracy.
– No idź, idź, żebyś miała z czego raty spłacać – rzuciła z rozbawieniem, jakby właśnie powiedziała jakiś niewinny żarcik.
Rozłączyłam się i siedziałam chwilę z telefonem w dłoni. W pracy nie powiedziałam nikomu, że zaciągnęłam kredyt, żeby mama mogła pojechać się leczyć. Bo jak to wytłumaczyć, nie brzmiąc przy tym jak frajerka?
W końcu wróciła
Minął tydzień. Mama wróciła z sanatorium z nowym błyskiem w oku. Weszła do mieszkania z siatkami pełnymi suszonych ziół, mydełek i jakichś dziwnych olejków.
– Fajnie, że wypoczęłaś. Jak było?
– Rewelacyjnie! A mówiłam, że sama to sobie wszystko ogarnę! Dobrze, że nie czekałam na łaskę ZUS-u! Gdybym nie była uparta i nie zadzwoniła do nich dziesięć razy, to by się nic nie ruszyło.
– A pieniądze też sobie „sama” ogarnęłaś? – nie wytrzymałam.
– Oj, Sandra, nie bądź taka drobiazgowa. Przecież wiadomo, że kredyt to się bierze, jak się ma zdolność. Czyli geny. A ty masz po mnie, to w zasadzie wychodzi na to samo – puściła do mnie oko.
Zamilkłam, bo naprawdę nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać: – A co mówiłaś cioci Wandzi? – zapytałam, czując, że nie powinnam, ale już było za późno.
– Że udało mi się zarezerwować, że poszłam, załatwiłam, no i... że w dzisiejszych czasach trzeba mieć głowę na karku, żeby sobie radzić. A co miałam mówić? Że musiałam prosić córkę o pomoc? Przecież to by wyglądało, jakbym była niesamodzielna!
Patrzyłam na nią, jak otwiera słoik z jakimś dziwnym mazidłem i przez sekundę wyobraziłam sobie, że robię to samo z kredytem. Odkręcam go i wylewam na podłogę. Ale zamiast tego po prostu wyszłam do łazienki.
Każdemu wciskała swoją bajkę
W niedzielę wpadła do nas ciocia Wandzia z sernikiem. Przyszła „na herbatkę i pogaduszki”, co oznaczało plotki i trzy godziny siedzenia na kanapie. Mama, rozanielona, od razu zaczęła opowiadać o swoim wyjeździe.
– Wandziu, to było jak w bajce! Słuchaj, masaże takie, że człowiek po nich fruwa. I ta borowina! Cud! Czuję się o dziesięć lat młodsza.
– A mówiłam, że ci się należy trochę luksusu – ciocia pokiwała głową. – Jak to w końcu załatwiłaś? Bo z tego co wiem, to z ZUS-em teraz trudno...
– Oj, Wandziu, trzeba mieć głowę na karku! – mama od razu przyjęła ton zwyciężczyni. – Zrobiłam rozeznanie, obdzwoniłam parę miejsc, zarezerwowałam, wpłaciłam zaliczkę i proszę – pojechałam. Nie można czekać, aż życie samo ci coś da!
Ciotka spojrzała na mnie z uznaniem: – A Sandra pomogła?
– No... Sandra... – mama zawahała się na ułamek sekundy. – Pomogła trochę. Ale wiesz, to ja to wszystko zorganizowałam. Dobrze, że jeszcze potrafię się sobą zająć.
– Trochę? – warknęłam zbyt głośno. – Spłacam ten kredyt, mamo. Co miesiąc.
– Oj, nie zaczynajmy teraz tematu pieniędzy – machnęła ręką. – Przecież to tylko parę złotych.
– Parę złotych? – powtórzyłam cicho.
Wstałam i poszłam po kubek wody, żeby nie powiedzieć czegoś, czego potem pożałuję. Z kuchni słyszałam, jak mama zaczęła mówić o „samodzielności” i „zaradności” – swojej, oczywiście. W tamtym momencie zrozumiałam: dla niej liczyło się, jak wygląda w oczach innych. A ja byłam tylko tłem.
Dwa tygodnie później zadzwoniła
– Sandra, słuchaj, Halina z sanatorium mówiła, że organizują turnus świąteczny. Z Wigilią, kolędami, opłatkiem. Aż się serce raduje. Tylko trzeba szybko wpłacić zaliczkę...
– Nie, nie wezmę kolejnego kredytu. Nie po tym, jak opowiadasz wszystkim, że to ty wszystko zrobiłaś. Żeś to sobie „pokombinowała”.
– Ale ja nie mówiłam, że... – zaczęła się plątać.
– Nie mówiłaś? A Wandzia? A ta twoja koleżanka z klatki, która ostatnio powiedziała mi na korytarzu, że „masz smykałkę do interesów”? Myślisz, że to z siebie wymyśliła?
– Mamo, ja ci pomogłam, bo cię kocham, ale nie jestem bankomatem ani cichym sponsorem twojego wizerunku.
– Oj, ale się uniosłaś... – odpowiedziała cicho. – To już nawet nie mogę zapytać?
– Możesz. Ale licz się z odpowiedzią.
Rozłączyłam się i po raz pierwszy od dawna... nie czułam wyrzutów sumienia. Później przelałam kolejną ratę kredytu. Trzydzieści osiem spłat – zostało jeszcze dziewiętnaście. A na koniec obiecałam sobie jedno: następny prezent zrobię sobie. Choćby to była zwykła kawa w kawiarni z widokiem na spokój. Bez maminych westchnień, bez insynuacji. Bez opowieści o Zosi i Halinie. Tylko ja. I mój własny święty spokój.
Sandra, 47 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Znalazłam w aucie chłopaka szalik, lecz nie był to prezent na mikołajki. Okazało się, że trzymam w rękach dowód zdrady"
- „Myślałam, że mąż zabierze mnie gdzieś na Mikołajki, ale się przeliczyłam. W jego kieszeni znalazłam inne zaproszenie”
- „Haruję w domu od świtu do nocy, a mąż chce mnie jeszcze wysłać do pracy. Już sama nie wiem, w co mam ręce włożyć”









