Z moim chłopakiem mieszkaliśmy najpierw oddzielnie. Kiedy jednak znalazł się w trudnym momencie swojego życia – stracił pracę, dach nad głową i nie miał dokąd pójść, nie wahałam się ani chwili. Zaproponowałam mu, by zamieszkał ze mną. Myślałam, że miłość to właśnie wspieranie się w trudnych chwilach. Byłam pewna, że jeśli mu pomogę stanąć na nogi, on później odwdzięczy się miłością i oddaniem. Przez pierwsze tygodnie wydawało się, że dobrze trafiłam. Pomagał w domu, był czuły i uważny. Nie zauważyłam, kiedy zaczęłam robić wszystko za dwoje, a on przestał się starać. Z czasem z partnera zmienił się w gościa z pretensjami.

Od tego właśnie jest związek

– To tylko na chwilę, naprawdę nie chcę ci robić problemu – powiedział, rozglądając się po moim salonie z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię.

– Jarek, przestań. Jesteś moim facetem. Nawet nie wiesz, jaka jestem szczęśliwa, że będziemy częściej razem. Chyba od tego właśnie jest związek, żeby sobie pomagać – uśmiechnęłam się, podając mu kubek herbaty.

Wprowadził się dwa dni później. Kupiłam nową pościel, ręczniki, w łazience zrobiłam miejsce na jego kosmetyki. Z dnia na dzień moje mieszkanie przestało być tylko moim. Czułam, że robię coś dobrego – ratowałam ukochanego przed kryzysem. Przez pierwsze tygodnie było naprawdę przyjemnie. Gotowaliśmy razem, wieczorami oglądaliśmy seriale, śmialiśmy się do późna. Chodziłam do pracy z uśmiechem, a wracałam z nadzieją, że będzie w domu, że znów spędzimy miły wieczór.

– Kiedyś ci się za to wszystko odwdzięczę – mówił, całując mnie w czoło.

Nie chciałam niczego w zamian. Cieszyłam się, że mogę mu pomóc. Nie przypuszczałam, że ta „chwila” zamieni się w miesiące, a jego wdzięczność – w chłód i wymagania.

Po prostu jestem zmęczony

Na początku wystarczyło, że spojrzał na mnie z tym swoim uśmiechem – miękły mi kolana. Gdy wracałam z pracy, czekał z obiadem albo przynajmniej zrobioną herbatą. Rozmawialiśmy o wszystkim, śmialiśmy się z głupot. A potem… coś zaczęło się psuć. On był coraz bardziej cichy, jakby niedostępny.

– Coś się stało? – spytałam któregoś wieczoru, kiedy znowu siedział z nosem w telefonie i nawet nie spojrzał na mnie, gdy weszłam do salonu.

– Nic. Po prostu jestem zmęczony – mruknął.

„Zmęczony” stało się jego uniwersalnym usprawiedliwieniem. Coraz częściej ja gotowałam, ja sprzątałam, ja dbałam o nas. On wstawał w południe, kręcił się bez celu po mieszkaniu, szukał pracy tylko „jak będzie sensowna oferta”. Na początku go usprawiedliwiałam – przecież musiał dojść do siebie. Tylko że tygodnie mijały, a jego starania zniknęły.

– Może wyjdziemy dziś gdzieś razem? – zapytałam.

– Nie mam nastroju. Poza tym przecież siedzisz cały dzień w pracy, to nie wystarczy ci ludzi? – burknął.

Poczułam się, jakby ktoś przygasił światło w naszym związku. Przestał być czuły. Przestał być obecny. A ja... próbowałam nie robić z tego tragedii. Jeszcze.

Nie byłam jego partnerką

Zamiast „kocham cię”, słyszałam „czemu znowu marudzisz?”. Zamiast przytulenia – przewracanie oczami. Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało, ale nagle moje potrzeby zaczęły go irytować. Chciałam tylko porozmawiać, zapytać, jak minął dzień. Reakcja?

– Daj mi spokój, przecież nic się nie dzieje. Po co to drążysz?

Nie drążyłam. Przestawałam pytać. Przestawałam mówić, kiedy miałam gorszy dzień w pracy, bo wiedziałam, że tylko wzruszy ramionami. Jeśli robiłam kolację, zjadał ją bez słowa. Gdy nie zrobiłam – pytał, dlaczego nie ma nic do jedzenia. Miał przecież cały dzień „na ogarnianie”.

– Skoro tak ci nie pasuje, to trzeba było nie proponować, żebym się wprowadził – rzucił pewnego wieczoru, kiedy poprosiłam, żeby przynajmniej wyrzucił śmieci.

Stałam w kuchni z workiem w ręku i poczułam się, jakby ktoś zaśmiał mi się w twarz. Jakby fakt, że dałam mu dach nad głową, upoważniał go do wiecznej łaski. Nie byłam jego partnerką. Byłam przeszkodą. Osobą, która „czepia się”, „przesadza”, „robi problem”. A ja wciąż liczyłam, że może ma tylko gorszy okres. Że jeszcze wszystko się ułoży. Naiwnie.

Wiecznie coś było nie tak

Zaczęłam przemykać po mieszkaniu, jakby to było jego terytorium. Żeby nie prowokować. Nie wywoływać spięć. Wiecznie coś było nie tak – a to źle odłożyłam ręcznik, a to powiedziałam coś „z głupim tonem”, a to włączyłam światło w sypialni, kiedy on chciał spać. Zaczęłam chodzić na palcach. Dosłownie.

– Musisz trzaskać tą szafką? – warknął któregoś ranka.

– Nie trzaskałam. Po prostu ją zamknęłam – odpowiedziałam spokojnie.

– No to może mnie nie budź, skoro wychodzisz do pracy, a ja mogę jeszcze pospać.

Stałam chwilę w ciszy. Nie powiedziałam nic. Wyszłam, jak zwykle, w milczeniu. W pracy nikt nie wiedział, co się dzieje. Uśmiechałam się, żartowałam, ale w środku czułam, jakby coś się we mnie kurczyło. Każdy dzień z nim wypalał mnie po kawałku. Wieczorami leżał na kanapie, przewijał ekran, nie pytając nawet, jak mi minął dzień. Gdy coś mówiłam, mruczał coś pod nosem. Nie pamiętał, kiedy mam urodziny. Za to pamiętał, żeby skomentować, że „znów wydałam pieniądze na bzdury”, kiedy kupiłam nowy ręcznik do łazienki. To już nie był związek. To była pułapka. A ja nie miałam pojęcia, jak z niej wyjść.

Ułatwiam ci sprawę

Wróciłam do domu wcześniej, bo szef wysłał nas wcześniej z pracy – świętowaliśmy zakończenie projektu. Kupiłam ciasto, miałam ochotę podzielić się z nim dobrą wiadomością. Gdy weszłam do mieszkania, od razu usłyszałam jego głos. Rozmawiał przez telefon.

– No przecież mówiłem, że tu tylko mieszkam. Jak długo? Sam nie wiem... Zależy, kiedy znajdę coś lepszego – rzucił beztrosko, śmiejąc się.

Zamarłam. Cofnęłam się, żeby nie zauważył, że jestem już w domu. Serce biło mi jak oszalałe. Nie wiem, czy bolały mnie bardziej jego słowa, czy to, z jaką lekkością je wypowiadał. „Coś lepszego”? To o mnie? Weszłam do salonu, udając, że nic nie słyszałam. Spojrzał na mnie jak na powietrze.

– O, jesteś już?

Nie odpowiedziałam. Tego wieczoru nie było kłótni. Nie było żadnych dramatów. Wzięłam torbę, zaczęłam pakować jego rzeczy. Bez słowa.

– Co ty robisz? – spytał w końcu z pretensją.

– Ułatwiam ci sprawę. Skoro tylko tu mieszkasz, to czas się wyprowadzić.

Wyszedł. Nie prosił, nie błagał. Nawet nie wyglądał na zaskoczonego.

Najlepszy prezent, jaki mogłam sobie zrobić

Następnego dnia było cicho. Dziwnie cicho. Jego rzeczy zniknęły, klucze zostawił na szafce w przedpokoju. Nie napisał. Nie zadzwonił. Jakby ta cała relacja nigdy nie istniała. Jakby był tylko gościem, który zatrzymał się u mnie na chwilę, a potem po prostu wyszedł. Nie płakałam. Nie krzyczałam. Poczułam ulgę. Jakby ktoś zdjął mi z ramion ciężki, niewidzialny plecak. Dopiero wtedy zrozumiałam, jak długo żyłam w napięciu. Jak bardzo nie byłam już sobą. Przestałam rozpoznawać własne myśli, bo przez miesiące były podporządkowane jemu – jego nastrojom, jego problemom, jego wygodzie.

Znajomi pytali: „A nie szkoda ci tego wszystkiego, co dla niego zrobiłaś?” Nie, nie było mi szkoda. Bo ta historia nauczyła mnie, że miłość to nie wyrzeczenia i ratowanie kogoś przed samym sobą. Miłość to partnerstwo. Wzajemność. Szacunek. I jeśli tego nie ma – nie warto się upierać.
Nie żałuję, że mu pomogłam. Żałuję, że trwało to tak długo. Dzisiaj znów mieszkam sama. I wiesz co? To cudowne uczucie, wrócić do siebie. Bez pretensji. Bez napięcia. Bez udawania. Jestem wolna. I to najlepszy prezent, jaki mogłam sobie zrobić.

Ewelina, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: