Zawsze myślałam, że mój narzeczony mnie kocha. Że nasze wspólne mieszkanie, kolacje przy świecach i te wszystkie „kocham cię” coś znaczyły. Myliłam się. On odszedł bez słowa wyjaśnienia, zostawiając mnie z pierścionkiem zaręczynowym i suknią ślubną wiszącą w szafie. Dowiedziałam się o jego nowej „miłości” z mediów społecznościowych. Potem nasza wspólna znajoma, powiedziała mi, że mój były wkrótce bierze ślub z inną. Nie mogłam przejść obok tego obojętnie.
W głowie miałam już plan
– Co za drań – mruknęła moja przyjaciółka Weronika, gdy powiedziałam jej o ślubie Kacpra.
Tak, tego samego, z którym planowałam własny ślub trzy miesiące temu. Tego, który twierdził, że boi się zobowiązań, że „to jeszcze nie czas”, że „potrzebuje przestrzeni”. I który z dnia na dzień spakował swoje rzeczy i zniknął z mojego życia.
– I co z tym zrobisz? – Weronika uniosła brew z tym swoim cynicznym uśmieszkiem.
Nie odpowiedziałam. Jeszcze nie. Mój mózg nie nadążał za sercem, które waliło jak oszalałe. Wiedziałam, że nie mogę mu tego puścić płazem. Zrobił ze mnie pośmiewisko przed znajomymi i moją rodziną. Zawsze marzyłam o naszym dniu, miałam go przed oczami, a on tak po prostu mnie zostawił dla innej. Zastanawiałam się, jak długo byli razem, jak długo grał na dwa fronty i kłamał mi w oczy. Weronika poklepała mnie po ramieniu.
– Jeżeli będziesz potrzebowała się wypłakać, wiesz, gdzie mnie szukać – powiedziała.
Gdy zamknęłam za nią drzwi mieszkania, w głowie miałam już plan. Tak. Pojdę na ten ślub Widziałam ich wcześniej. Raz. Przypadkiem. Siedzieli w knajpie, tej naszej. On z tym swoim nonszalanckim uśmiechem, ręka na jej udzie. Całował ją tak, jak kiedyś całował mnie – namiętnie, bezwstydnie, publicznie. Przeszłam wtedy obok nich z podniesioną głową, choć serce nie było obojętne. Od tamtej pory kłamałam, że mi przeszło. Że już nie boli. Że to tylko przeszłość. Nawet przed sobą. A teraz miałam okazję udowodnić, czy to była prawda.
Spędziłam dwa dni i wciąż nie mogłam o tym zapomnieć, o całym upokorzeniu, które mi zafundował. Nie wiedziałam jeszcze, co dokładnie zrobię. Wiedziałam tylko, że muszę tam być. I że muszę wyglądać tak, by nie dało się mnie zignorować. Kupiłam suknię – bielutką, oślepiającą wręcz. Nie ślubną, ale bardzo bliską temu, co miałam założyć tamtego dnia, który nigdy nie nadszedł. Zarezerwowałam fryzjerkę, makijażystkę. Weronika obiecała, że pojedzie ze mną.
– Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? – zapytała szeptem.
– Tak. Pojdę na ten ślub i już nie mogę się doczekać jego reakcji, gdy mnie ujrzy.
Wiedziałam, że to dopiero początek
Kiedy weszłam na salę, muzyka grała zbyt głośno, by ktoś zauważył stukot moich obcasów. Weronika została przy wejściu, czekając na rozwój wydarzeń. Ja szłam sama, prosto przed siebie, wśród kolorowych sukienek i tańczących gości. W bieli. Tak jak miałam iść do ołtarza.
Zatrzymałam się na środku sali, zanim jeszcze mnie zauważyli. On i ona – Natalia – ta cała panna młoda, otoczona wianuszkiem koleżanek, uśmiechnięta z błyskotą na dłoni. Aż jego wzrok padł na mnie. Zamarł, gdy mnie zobaczył. Potem podszedł dwa kroki, ale ja już ruszyłam w jego stronę.
– Cześć, Kacper. Ładnie wyglądasz. Byśmy do siebie pasowali, ty w tym garniturze, ja w białej sukni – powiedziałam spokojnie, patrząc mu prosto w oczy.
Jego twarz przybrała dziwny wyraz. Mieszanka winy, wstydu i...niedowierzania?
– Co ty tu robisz?
– Przyszłam pogratulować. I oddać coś, co zostawiłeś – wyciągnęłam z torebki pierścionek zaręczynowy, ten który jeszcze niedawno wkładał mi na palec.
Przeszłość warto zamknąć elegancko, prawda? Ludzie wokół nas już szeptali. Natalia patrzyła z daleka, zmieszana. Wiedziałam, że to dopiero początek.
I powodzenia
– Zrobisz scenę? – warknął przez zaciśnięte zęby, ledwo słyszalnie. – Majka, ogarnij się.
Uśmiechnęłam się słodko i pokręciłam głową.
– Ja? Przecież przyszłam tylko złożyć życzenia. Chcesz mnie wyrzucić? Przy wszystkich?
Odsunęłam się krok w bok i chwyciłam kieliszek z najbliższego stolika. Kelner spojrzał niepewnie, ale nic nie powiedział. Wzięłam łyczek i wyszłam na środek parkietu, gdzie DJ właśnie zapowiadał „chwilę wzruszenia” – pierwszy taniec. Zanim zdążyli rozpocząć, wzięłam od niego mikrofon i powiedziałam.
– Przepraszam! – zawołałam radośnie. – Przepraszam wszystkich! Chciałabym tylko wznieść krótki toast.
Na sali zapanowała cisza. Natalia spojrzała na mnie jak na szaloną. Kacper stał nieruchomo. Nawet muzyka ucichła.
– Chciałam wznieść toast za odwagę. Za to, że są tacy ludzie, którzy potrafią się zaręczyć, a potem bezczelnie złamać komuś serce, po czym trzy miesiące później stanąć na ślubnym kobiercu z kimś innym, jakby nic się nie stało. – zawiesiłam głos.
– I za tych, którzy się po tym podnoszą. Którzy przychodzą tu nie po to, by prosić o wyjaśnienia, ale by powiedzieć: dziękuję. Dziękuję, że nie zmarnowałeś mi całego życia.
I dodałam:
– Na zdrowie, Kacper. I powodzenia. Będziesz go potrzebować.
Może to było pożegnanie
Po toaście nie padło już żadne „proszę państwa, tańczymy”. DJ chyba nie wiedział, co robić. Stał z ręką zawieszoną nad kontrolerem, jakby czekał na sygnał. Tylko nikt nie chciał tańczyć. Ludzie milczeli. Ci, którzy jeszcze chwilę wcześniej śmiali się, teraz patrzyli to na mnie, to na Kacpra i jego świeżo poślubioną żonę. Natalia była blada. Wpatrywała się w Kacpra, jakby chciała usłyszeć zaprzeczenie, wyjaśnienie, cokolwiek.
– Kim ona jest? – zapytała cicho, choć słyszałam to aż za dobrze.
Kacper odwrócił wzrok. Wiedział, że każda odpowiedź będzie zła. A ja tylko stałam i obserwowałam. Zdziwiło mnie, że wcale nie czuję triumfu. Nie było we mnie ani śladu euforii. Raczej spokój. Ulga. Wyszłam z sali bez słowa. Weronika już czekała na zewnątrz:
– I jak? – zapytała, zanim jeszcze zdążyłam zamknąć drzwi za sobą.
– Nie wiem – westchnęłam. – Może to nie była zemsta. Może to było pożegnanie.
– Żałujesz?
– Nie. On powinien wiedzieć, że nie da się ot tak kogoś zostawić i myśleć, że nic się nie wydarzy.
Ruszyłyśmy razem w stronę zaparkowanego auta.
– Zabawne, jak szybko robi się cicho, kiedy ktoś powie prawdę – dodałam.
Czasem warto wejść w sam środek chaosu
W poniedziałek zdjęcia z wesela zniknęły z mediów społecznościowych. Natalia usunęła konto. Kacper wrzucił jedno. Tylko tło sali weselnej i rozmazane światła. Zrobiło mi się go żal. Tylko przez chwilę. Nie szukałam wieści, ale one same do mnie docierały. Ktoś widział ich razem, ktoś inny mówił, że ona wyprowadziła się po tygodniu. Że była w szoku. Że nie wiedziała, że miał niedokończone sprawy. Prawda jest taka – wiedziała tyle, ile chciał jej powiedzieć.
A ja? Wróciłam do siebie. Do kawy bez pośpiechu, do pracy, do moich codziennych rytuałów. Życie nie zmieniło się jak w filmie. Nikt nie klaskał, nikt nie powiedział: „Brawo, dziewczyno, dobrze mu przyłożyłaś!”. I dobrze. To było coś między mną a nim. Nie zemściłam się po to, by zabłysnąć. Zemściłam się, bo potrzebowałam odzyskać głos. Siłę. Siebie. Gdyby mnie wtedy nie zostawił, dziś być może stałabym obok niego jako ta naiwna, wierząca w bajki. A teraz? Teraz wiem, że prawda boli, ale milczenie boli bardziej. I że czasem warto wejść w sam środek chaosu tylko po to, by móc z niego wyjść.
Majka, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój chłopak klęknął przede mną z pierścionkiem, a ja powiedziałam: nie. Papierek nie jest mi do szczęścia potrzebny”
- „Cały czas liczyłam na to, że mój były jeszcze do mnie wróci. Jedno spotkanie sprawiło, że straciłam wszelką nadzieję”
- „Przystojniak poznany w sieci przysłonił mi cały świat. Wszyscy mnie ostrzegali, a ja i tak miałam klapki na oczach”








