Zawsze uważałam się za szczęściarę. Moja teściowa była nie tylko matką mojego męża, ale też kimś, komu ufałam bardziej niż niejednej przyjaciółce. Gdy moi rodzice zmarli, a relacje z rodzeństwem się rozluźniły, to właśnie ona wypełniła pustkę. Pomagała przy dzieciach, potrafiła słuchać i dawała wsparcie, którego tak bardzo potrzebowałam. Nasze rozmowy były szczere, czasem aż do bólu, ale zawsze czułam się przy niej bezpieczna. Myślałam, że mam w niej sojuszniczkę na całe życie. Nie przewidziałam tylko jednego: że wystarczy jedno zdanie, jeden moment szczerości, by ta więź rozsypała się jak domek z kart.
To cudowna kobieta
Poznałam ją jeszcze zanim się zaręczyłam się z jej synem. Od początku była inna niż stereotypowa teściowa – uśmiechnięta, serdeczna, pełna energii. Nie oceniałam jej wtedy jako potencjalnej „drugiej mamy”, po prostu cieszyłam się, że chłopak, z którym byłam, ma taką rodzinę. Z czasem to właśnie ona stała się dla mnie kimś bliskim. Była bardziej obecna niż moja własna matka, która zmarła, gdy miałam zaledwie dwadzieścia lat. Zosia – bo tak kazała do siebie mówić – zaprosiła mnie na kawę już po naszym trzecim wspólnym obiedzie. Usiadłyśmy wtedy przy kuchennym stole, rozmawiałyśmy o pracy, jedzeniu, moich rodzicach. W jej oczach nie było litości, tylko ciekawość i ciepło. Zapytała, co lubię gotować, jak się relaksuję, czym się martwię. Pamiętam, jak po jednej z takich rozmów wróciłam do domu i powiedziałam narzeczonemu:
– Twoja mama to cudowna kobieta. Serio. Nie wiem, czym sobie zasłużyłam, żeby mieć ją po swojej stronie.
– Czasem nawet ja się zastanawiam, czy nie wolałaby cię bardziej ode mnie – zażartował, całując mnie w czoło.
Z każdym miesiącem czułam się z nią coraz bliżej. Gdy zaszłam w ciążę, była pierwszą osobą, której o tym powiedziałam. Trzymała mnie za rękę, kiedy miałam skurcze. To ona przyniosła mi ciepły rosół do szpitala, kiedy już trzymałam synka w ramionach. Zosia nie była teściową. Była wsparciem, ciepłem, schronieniem.
Zaczęłam traktować ją jak matkę
Nasze spotkania stały się rytuałem. Co wtorek, gdy dzieci były w przedszkolu, przychodziłam do Zosi na herbatę. Siedziałyśmy w jej salonie, z kubkami w dłoniach. Ona przynosiła ciasto – zawsze domowe, zawsze pachnące jak dzieciństwo – a ja mówiłam o wszystkim. O problemach z mężem, o zmęczeniu, o lękach, których nie miałam odwagi wypowiadać głośno nigdzie indziej.
– Wiesz, czasem czuję, że nie ogarniam – wyznałam któregoś dnia.
– Każdy czasem wątpi. A najwięcej ci, którzy naprawdę się starają – odpowiedziała bez wahania.
Zosia nigdy nie dawała rad, jeśli o nie nie prosiłam. Była mistrzynią słuchania. Jej obecność działała jak plaster – bez słów koiła, uspokajała. Czasami mówiła o swoim małżeństwie, o tym, jak jej mąż znikał w pracy, a ona czuła się sama. Dzieliła się swoją młodością, błędami, tym, co dziś zrobiłaby inaczej. Dzięki temu nie czułam się oceniana, tylko rozumiana. Zaczęłam traktować ją jak matkę. Czułam, że mamy wspólny świat, że jesteśmy kobietami po tej samej stronie barykady. Gdy mój mąż wyjechał w delegację na trzy tygodnie, to Zosia została ze mną na noc, żebym nie musiała sama kąpać dwójki rozwrzeszczanych dzieci.
– Ty to jesteś jak anioł – powiedziałam jej wtedy, śmiejąc się przez łzy zmęczenia.
– To miło, że tak myślisz – mówiła z uśmiechem.
Powinnaś bardziej docenić, co masz
Kolacja była jak wiele innych. Usmażyłam naleśniki, dzieci biegały po kuchni, a mój mąż z Zosią żartowali przy stole. Czułam się szczęśliwa, zmęczona, ale spełniona. W pewnym momencie rozmowa zeszła na temat pracy mojego męża. Opowiadał o nowym projekcie, o napiętych terminach, o tym, że znowu będą nadgodziny.
– Zastanawiam się czasem, czy naprawdę musisz tyle pracować – powiedziałam, dolewając syropu do herbaty. – Czasem czuję, że jesteśmy dla ciebie tylko dodatkiem.
Zosia spojrzała na mnie. Jej twarz na moment straciła łagodność.
– On pracuje dla was. Dla rodziny – powiedziała chłodno.
– Wiem. Po prostu... czasem chciałabym, żeby był bardziej obecny. Choćby na tych wspólnych kolacjach.
– A może ty powinnaś bardziej docenić, co masz? – dodała, już nie patrząc mi w oczy.
W kuchni zrobiło się cicho. Dzieci przestały biegać, mąż się zająknął, próbując zmienić temat. Uśmiechnęłam się nerwowo, ale w środku coś mnie ukłuło. Nie tym, co powiedziała, tylko tym, jak to powiedziała. Jej ton był obcy. Chłodny. Jakby nagle przestała być po mojej stronie. Po kolacji zostałyśmy na chwilę same, gdy odprowadzałam ją do drzwi. Zapytałam cicho:
– Wszystko w porządku?
– Tak – rzuciło chłodno. – Po prostu musisz czasem spojrzeć szerzej. Nie tylko z własnej perspektywy.
Założyła płaszcz i wyszła. A ja stałam w przedpokoju, nie rozumiejąc, dlaczego zrobiło mi się tak dziwnie.
Czas, żebyś spojrzała w lustro
Minęło kilka dni, zanim zdecydowałam się do niej zadzwonić. Czułam dystans, którego wcześniej nie było. Myślałam, że może przesadzam, że pewnie miała gorszy dzień. Postanowiłam jednak zaprosić ją na spacer, żeby porozmawiać spokojnie, bez świadków, bez dzieci, bez męża.
Usiadłyśmy na ławce w parku, gdzie kiedyś razem pchałyśmy wózki. Z początku rozmowa była neutralna – o pogodzie, o świętach, o tym, że pierniki już niedługo. W końcu zebrałam się na odwagę.
– Zosiu... coś się zmieniło, prawda?
Spojrzała na mnie długo. W jej oczach nie było już tej miękkości, do której się przyzwyczaiłam.
– Powiem ci coś, czego może nie chcesz usłyszeć – zaczęła spokojnie. – Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że oczekujesz od mojego syna zbyt wiele. Jesteś wiecznie niezadowolona. Zmęczona. Krytyczna.
Zrobiło mi się gorąco. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Zacisnęłam dłonie na kolanach.
– To nieprawda. Kocham go. Po prostu... czasem brakuje mi jego obecności. Tylko tyle.
– On robi, co może – przerwała mi. – A ty coraz częściej robisz z siebie ofiarę. I chyba nie widzisz, jak bardzo go przytłaczasz.
– Zosiu, jesteś niesprawiedliwa – wyszeptałam.
– Może. A może po prostu nadszedł czas, żebyś spojrzała w lustro – powiedziała, po czym wstała i odeszła.
Zostałam na tej ławce jeszcze długo. Śnieg zaczął prószyć, a ja siedziałam nieruchomo, próbując zrozumieć, kiedy z przyjaciółki stała się moim sędzią.
Zawsze będę po jego stronie
Po tamtym spotkaniu Zosia przestała się odzywać. Nie było już telefonów z pytaniem, czy czegoś potrzebuję. Nie było herbat we wtorki, nie było ciepłych smsów. Cisza, jaką zostawiła, była głośniejsza niż jakikolwiek krzyk. Mój mąż zauważył zmianę, ale nie drążył. Może wiedział, może nie chciał wiedzieć.
– Mama ma ostatnio dużo na głowie – rzucił, kiedy zapytałam, czy z nią rozmawiał.
– A może po prostu już mnie nie lubi – odpowiedziałam półżartem, chociaż wcale nie było mi do śmiechu.
Święta były chłodne, choć za oknem trzaskał mróz. Przy stole siedzieliśmy razem, ale osobno. Zosia była uprzejma, ale zdystansowana. Nie rozmawiałyśmy tak swobodnie, jak kiedyś. Nawet dzieci to wyczuły. Starszy syn zapytał szeptem:
– Mama, czy babcia się na ciebie obraziła?
Nie umiałam odpowiedzieć. Po Nowym Roku spróbowałam jeszcze raz. Zadzwoniłam. Odebrała po kilku sygnałach.
– Cześć, Zosiu. Myślałam, że może pogadamy... tak szczerze, bez emocji.
– Powiedziałam ci, co myślę – odpowiedziała chłodno.
– Wiem, ale jednak mnie to zabolało.
– To mój syn i zawsze będę po jego stronie. Jeśli nie możesz tego zaakceptować, to trudno. Być może na niego nie zasługujesz.
Rozłączyła się. To nie był wybuch. Nie było awantury. Po prostu zostałam sama ze wspomnieniami kobiety, która kiedyś była moją przystanią.
Nie potrafię już ufać jej tak jak kiedyś
Czasem wciąż łapię się na tym, że chcę do niej zadzwonić. Opowiedzieć, że córka nauczyła się jeździć na rowerze, że mąż jednak dostał awans, choć tak bardzo się tego bałam. Że znów nie mogę spać po nocach, bo coś mnie uwiera, gdzieś w środku. Ale nie dzwonię. Wiem, że nie odebrałaby. Nasze domy dzieli tylko dwanaście minut spacerem. Spotykamy się na rodzinnych uroczystościach, urodzinach dzieci, imieninach. Rozmawiamy o pogodzie, o pracy, o tym, że ciasto trochę za suche. Nic więcej. Nasze rozmowy stały się krótkie, chłodne, jakbyśmy były dwoma osobami, które kiedyś się znały, ale teraz stoją po przeciwnych stronach tej samej rzeki.
Nie potrafię już ufać jej tak jak kiedyś. Może ona też nie potrafi ufać mnie. Może miała rację w tym, co powiedziała. A może nie umiała już unieść moich słabości. Tego nie wiem i nigdy się nie dowiem. Nauczyłam się żyć bez niej, ale nigdy nie zapomnę, kim dla mnie była. Jak bardzo potrafiła rozjaśnić mój świat. I jak bardzo zabolało, gdy to światło zgasło. Strata przyjaźni bywa czasem trudniejsza niż strata miłości. Bo przyjaźń nosimy w sobie dłużej, głębiej. Zwłaszcza, gdy była jak matka, której już nie mam. Nie życzę nikomu, by musiał przechodzić przez coś podobnego. Czasem jedno zdanie może oddzielić całe życie od wspólnej historii. A wtedy pozostaje tylko nauczyć się płynąć samotnie.
Alicja, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W moim domu panują zasady, a dzieci maja ich przestrzegać. To trudne, gdy własna teściowa podważa twój autorytet”
- „Zawsze miałam pod górkę z teściową, ale prawdziwa tragedia nastała, gdy urodziłam jej wnuka. Wtedy przeszła samą siebie”
- „Teściowa myślała, że po ślubie będę żyć pod jej dyktando. To moja sprawa, jak dbam o męża i swój dom”









