Czasem mam wrażenie, że urodziłam się po to, żeby sprzątać po innych. Gdyby nie ja, w naszym domu panowałby totalny chaos – sterty naczyń, brudne skarpetki na stole, śmieci rozciągnięte przez psa po całym mieszkaniu. Od rana do nocy latam jak szalona z mopem, zmiotką i ścierką, a mimo to nikt nawet nie zauważy. Czuję się jak niewidzialna służąca. Mąż nie zauważa różnicy między porządkiem a bałaganem, dzieci rozrzucają wszystko, jakby nigdy nie słyszały o sprzątaniu. A ja? Ja po prostu znikam w tym wszystkim. Z dnia na dzień coraz bardziej.
Nikt nie mówił „dziękuję”
Codziennie budziłam się pierwsza. Zanim ktokolwiek otworzył oczy, ja już szurałam kapciami po kuchni, nastawiałam wodę na kawę i zmywałam naczynia, które „jakoś” zostały po kolacji. Zawsze coś zostawało. Talerz po wieczornej kanapce, kubek po herbacie, opakowanie po jogurcie, które „samo” nie trafiło do kosza. Znałam już te poranki na pamięć – stukanie garnków, brzęk sztućców, zapach kawy mieszający się z zapachem płynu do naczyń. Nikt nie mówił „dziękuję”, nikt nie pytał, czy mi się chce. A nie chciało mi się od dawna. Robiłam to, bo wiedziałam, że jeśli ja nie zrobię, to nikt nie zrobi. I będą żyli w tym bajzlu jak świnie. Czasem miałam wrażenie, że właśnie tak im pasuje. Że nie widzą różnicy między porządkiem a brudem.
– Co tak latasz od rana? – rzucił raz mój mąż, gdy przeciągał się na kanapie.
– A kto to wszystko ogarnie? – rzuciłam, nawet nie odrywając się od odkurzacza.
Wzruszył ramionami i poszedł do łazienki, tej którą wczoraj sama szorowałam na błysk.
Poczułam się naprawdę sama
Najbardziej bolało mnie to, że oni naprawdę tego nie widzieli. Wracali z pracy, szkoły, rozrzucali rzeczy jakby mieszkanie było jedną wielką szatnią. Kurtki na krzesłach, plecaki na podłodze, buty w korytarzu porozrzucane w każdą stronę. A ja? W ciszy zbierałam, składałam, układałam. Każdego dnia próbowałam udowodnić, że dom może być czysty. Że to coś znaczy. Raz zostawiłam wszystko. Chciałam sprawdzić, ile czasu im zajmie zauważenie. Minął tydzień. Przez siedem dni nie padło ani jedno pytanie, ani jedna uwaga. Kurz rósł, podłoga lepiła się od rozlanego napoju, a naczynia zaczęły piętrzyć się jak jakiś pomnik obojętności. W końcu nie wytrzymałam. Zamiast krzyczeć, po prostu zaczęłam sprzątać. Ze ściśniętym gardłem.
– Mama ma obsesję – usłyszałam, jak moja córka szepcze do brata.
– No nie wiem, po prostu lubi mieć czysto – odpowiedział beztrosko, grając na konsoli.
Lubisz mieć czysto. Jakby to było moje dziwactwo. Mój wymysł. Jakbym nie sprzątała dla nich, tylko dla siebie. Jakby to nie był dom nas wszystkich, tylko mój prywatny pokój, który obsesyjnie pucuję. Wtedy po raz pierwszy poczułam się naprawdę sama. I coś mnie w środku zakuło.
Chciałam być choć na chwilę zauważona
Byłam kiedyś kimś. Kobietą, która miała pasje, znajomych, plany. Studiowałam psychologię, potem pracowałam z dziećmi, prowadziłam zajęcia, pisałam artykuły do lokalnej gazety. A potem urodziłam pierwsze dziecko, potem drugie. I wszystko zaczęło się zmieniać. Najpierw na chwilę odłożyłam pracę. Potem zrezygnowałam z niej całkiem. Miałam wrócić, naprawdę chciałam, ale zawsze było coś ważniejszego. A to katar, a to gorączka, a to zebranie w szkole. Z czasem przestałam się malować. W szafie zaczęły dominować legginsy i wyciągnięte bluzy. Mój dzień kręcił się wokół odkurzacza, pralki i zmywarki. Czułam się, jakbym zniknęła, a na moim miejscu pojawił się ktoś inny – istota bez twarzy, z wiecznie związanymi włosami, pachnąca płynem do podłóg.
– Ty już chyba nie potrafisz usiąść – powiedział mąż, gdy raz próbowałam wypić z nim kawę.
Zacisnęłam zęby. Nie wiedział, że ta kawa była moim krzykiem o pomoc. Chciałam być choć na chwilę zauważona nie jako sprzątaczka, ale jako kobieta. Partnerka. Człowiek. Zamiast tego usłyszałam, że jestem jak mucha w słoiku – kręcę się, bzyczę, nigdzie nie lecę. A ja tylko próbowałam posprzątać po kolacji, której nawet nie jadłam.
Co tu się wydarzyło?
Nie pamiętałam już, kiedy ostatnio ktoś mnie przytulił bez powodu. Kiedy dzieci usiadły obok, żeby po prostu porozmawiać. Kiedy mąż zapytał, jak się czuję. Wszystko było ciche. Nie ciche w sposób spokojny, tylko ciche tak, że chciało się krzyczeć. Cisza była po obiedzie, który ugotowałam sama, stojąc trzy godziny przy kuchni. Cisza była, gdy odkładałam wyprane i wyprasowane ubrania do szuflad, nawet nie wiedząc, czy ktoś zauważy, że są złożone w kostkę. Cisza była wtedy, gdy siadałam sama z kubkiem herbaty, patrząc na ściany, które kiedyś wspólnie malowaliśmy. Teraz ja tylko zmywałam z nich ślady palców.
– Co by się stało, gdybym przestała? – zapytałam raz cicho, sama siebie.
Nikt nie odpowiedział. Zaczęłam robić eksperymenty. Nie umyłam łazienki – nikt nie zareagował. Nie rozwiesiłam prania – suszyło się w pralce dwa dni. Nie wyniosłam śmieci – pies dobrał się do worka, poroznosił resztki po całej kuchni. Dopiero wtedy ktoś się oburzył.
– Co tu się wydarzyło?! – krzyknął mąż.
– To się wydarzyło – odpowiedziałam i wskazałam palcem na siebie.
Znowu cisza. Tylko tym razem gęsta i nie do zniesienia.
Mama, nie przesadzaj
Zaczęłam spisywać wszystko, co robiłam w ciągu dnia. Tak dla siebie. Bo miałam wrażenie, że bez tego oszaleję. 7:00 – ścielenie łóżek. 7:30 – zmywanie po śniadaniu. 8:00 – odkurzanie. 8:30 – wstawienie prania. 9:00 – zakupy. 10:00 – rozpakowanie zakupów, sprzątanie kuchni. I tak dalej, aż do nocy. Każdy ruch ręką, każda czynność, każde „tylko na chwilę” – wszystko miało swoje miejsce. Gdybym tego nie robiła, tonęlibyśmy w syfie. Dosłownie. Przestali dbać o cokolwiek, bo wiedzieli, że ja zrobię. Że ja nie wytrzymam. Że ja nie potrafię żyć w brudzie. I mieli rację. Nie potrafiłam. Więc sprzątałam, dopóki nie bolały mnie plecy, dopóki nie piekły dłonie.
– Mama, nie przesadzaj – rzuciła córka, gdy zobaczyła mnie z wiadrem w ręku po raz trzeci tego dnia.
– Może spróbuj raz w życiu sama coś ogarnąć – odburknęłam.
– No przecież robimy... czasem – rzuciła bez przekonania i zniknęła w swoim pokoju.
Tylko że „czasem” nie wystarcza, kiedy dom się nie zatrzymuje. Kiedy każdego dnia jest dokładnie tak samo. Gdyby nie ja, naprawdę by się tam wszystko rozpadło. A oni żyją, jakby ten porządek był naturalnym stanem rzeczy. Jakby sam się robił.
Pierwszy raz od lat nie zrobiłam nic
Pewnego dnia naprawdę przestałam. Nie z buntu, nie z planem, po prostu... nie dałam rady wstać. Leżałam na kanapie, patrzyłam w sufit i słuchałam, jak świat toczy się beze mnie. Naczynia w zlewie brzęczały jedno o drugie, pralka piszczała, że skończyła, pies drapał w drzwi. A ja nic. Pierwszy raz od lat nie zrobiłam nic. Minęło kilka godzin. Nikt nie zauważył. Dopiero wieczorem mąż wszedł do salonu.
– Co się stało? – zapytał.
– Nic – odpowiedziałam spokojnie.
– Nie ugotowałaś dziś obiadu?
– Nie – przyznałam. – I nie zamierzam.
Popatrzył na mnie, jakby pierwszy raz mnie zobaczył. Może właśnie o to chodziło. Żeby mnie wreszcie zobaczył. Następnego dnia dzieci próbowały same posprzątać po śniadaniu. Nieudolnie, niedokładnie, ale jednak. A ja? Usiadłam przy stole z książką. Nie miałam wyrzutów sumienia.
Dom nie był już tak czysty. Ale pierwszy raz od dawna poczułam się w nim częścią rodziny, a nie jej zapleczem technicznym. Zrozumiałam, że jeśli chcę, żeby mnie szanowano, najpierw sama muszę przestać pozwalać się pomijać.
Bożena, 37 lat.
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W moim domu panują zasady, a dzieci maja ich przestrzegać. To trudne, gdy własna teściowa podważa twój autorytet”
- „W moim małżeństwie nie ma dnia, żebyśmy się nie kłócili. Rozwód nie wchodzi w grę, więc jesteśmy skazani na siebie"
- „Nasze małżeństwo od dawna kręci się tylko wokół kanapy i telewizora. Mąż każdą inną rozrywkę uznaje za moją fanaberię”








