Nazywam się Natalia i od trzech lat jestem żoną Michała. Mieszkamy w dwupokojowym mieszkaniu na warszawskim Ursusie, które urządziliśmy sami – trochę po kosztach, trochę po swojemu, z pomocą kilku prezentów. Na początku było skromnie: lampa z przeceny, dywan z ogłoszenia, kuchnia z drugiej ręki. Ale było nasze. I było dobrze. Kiedy Barbara – mama Michała – przywiozła nam komplet ciężkich, beżowych firanek i powiedziała, że „nadają wnętrzu elegancji i przytulności”, nie protestowałam. Nie były w moim stylu, ale chciałam zrobić dobre wrażenie. Michał też milczał. Zresztą to była jego mama, nie chciałam psuć relacji.
Z czasem jednak mieszkanie zaczęło się zmieniać. Wymieniliśmy kanapę, kupiliśmy plakaty, zasłony. Takie nasze – lniane, proste, zielonkawe. Michał nie miał nic przeciwko. W zasadzie to sam je wybierał ze mną w sklepie. Firanki Barbary trafiły do szafy. Nie było w tym złej intencji – po prostu nie były w naszym stylu. Aż przyszedł ten dzień. Barbara odwiedziła nas po kilku miesiącach nieobecności. Weszła do mieszkania, rozejrzała się i znieruchomiała.
– A gdzie są te piękne firanki, co wam dałam?
Zamarłam z kubkiem herbaty w dłoni. Michał milczał. A ja już wtedy czułam, że ta rozmowa nie skończy się tylko na firankach.
Napięcie czuło się w powietrzu
– Zmieniłaś wystrój? – zapytała Barbara, a jej wzrok zjechał z zasłon na poduszki na kanapie. – A te cudowne firanki, co tak pięknie pasowały?
– Chcieliśmy coś bardziej w naszym stylu – odpowiedziałam spokojnie. – Ale naprawdę były piękne, dziękujemy jeszcze raz.
– No tak, młodzi mają teraz inne gusta… – mruknęła. Uśmiech był wymuszony. Napięcie czuło się w powietrzu jak kurz na starych półkach.
Usiadła przy stole, położyła torbę z ciastem na blat i zaczęła rozpakowywać, jakby nic się nie stało. A jednak coś się stało. Wiedziałam to po jej minie. Michał udał, że nic nie słyszał. Zajął się zaparzaniem herbaty, jakby właśnie tego dnia zależało mu na idealnym czasie parzenia torebki.
– Ależ to inaczej tu teraz wygląda… – Barbara znowu zerknęła na zasłony. – Tak... surowo. Pusto trochę. Jak w biurze.
Zacisnęłam usta. Miałam ochotę coś odbić, ale się uśmiechnęłam.
– My lubimy tak bardziej minimalistycznie – powiedziałam. – Mniej się kurzy.
– Mhm – mruknęła. – Kiedyś to wnętrza miały duszę. Teraz to tylko moda z internetu.
Wtedy jeszcze nie odebrałam tego jako atak. Ale po kilku takich wizytach zrozumiałam, że to nie chodziło o firanki. To była walka. O wpływy. O to, kto „urządza” to mieszkanie – dosłownie i w przenośni. A Michał? Michał parzył dalej tę swoją herbatę. Jakby zaparzyła mu się też wygodna cisza, w której nie musi nic mówić. Ani stanąć po żadnej stronie.
To nasz dom
To była kolejna sobota z rzędu, kiedy Barbara „wpadła tylko na chwilkę”. W rzeczywistości jej wizyty trwały zwykle ponad trzy godziny. Przynosiła zupę, jakieś ciasto i mnóstwo zdań wypowiedzianych tonem, który udawał życzliwość. Tym razem spojrzała na nasz nowy stół – prosty, jasny, rozkładany. Zwyczajny mebel, który wymieniliśmy miesiąc temu, bo poprzedni się chwiał i miał popękaną politurę.
– Zmieniliście stół? – zapytała, dotykając blatu jak czegoś podejrzanego. – Ten od mojego ojca… miał duszę. Był drewniany, prawdziwy. Pamiętasz, Michałku?
– Tak, mamo – odparł Michał, zerkając na mnie ukradkiem. – Ale ten jest bardziej funkcjonalny.
– Funkcjonalność to nie wszystko – westchnęła ciężko, jakbyśmy właśnie sprzedali rodzinne srebra.
Zacisnęłam zęby.
– Wiem, ale… chcieliśmy trochę przestrzeni. A tamten był ogromny. Nie dało się nawet przejść swobodnie do kuchni.
– No tak – mruknęła. – Teraz się nie dba o pamiątki rodzinne.
Wieczorem, kiedy już wyszła, sprzątałam talerze, a Michał stał w kuchni, dłubiąc w telefonie.
– Michał – zaczęłam. – Możesz… możesz coś kiedyś powiedzieć? Cokolwiek?
– Ale co mam powiedzieć?
– Że to nasz dom. Że mamy prawo coś zmieniać bez jej komentarzy.
Westchnął.
– Ona po prostu tak mówi. Nie przejmuj się.
Poczułam, jak we mnie wszystko się gotuje. To nie chodziło o stół. Ani o firanki. To była gra o władzę. A Michał wolał udawać, że to tylko niewinne słówka.
To może ja się po prostu spakuję?
Byłam sama w łazience, myłam zęby, kiedy usłyszałam cichy głos z salonu. Drzwi były tylko lekko przymknięte, a oni chyba myśleli, że wyszłam z psem.
– Michał, nie rozumiem, dlaczego pozwalasz jej tak wszystko zmieniać. To przecież twój dom – powiedziała Barbara półgłosem, z tą swoją fałszywą troską.
– Mamo, to nasz dom… – odpowiedział Michał, cicho. – Ale… może masz rację. Nie wiem.
Znieruchomiałam. Wszystko stało się nagle jasne. Weszłam do salonu bez słowa.
– Czyli jednak to nie jest nasz dom, tak? – zapytałam, patrząc tylko na Michała.
Zbladł. Nawet nie spojrzał w moją stronę.
– Natalia, ja nie… To nie tak.
– A jak? – zapytałam, podchodząc bliżej. – Bo jeśli twoja mama ma więcej do powiedzenia niż ja, to może ja się po prostu spakuję?
Barbara wstała z fotela, jakby chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała. Michał tylko siedział. Milczał.
– Nie potrzebuję odpowiedzi teraz – dodałam, już spokojniej. – Ale potrzebuję wiedzieć, czy mam tu jeszcze miejsce.
Odwróciłam się i weszłam do sypialni. Zamknęłam drzwi. Usiadłam na łóżku. Chciałam płakać, ale nie mogłam. Czułam tylko pustkę. Jakby ktoś zdmuchnął cały ten dom razem z moim bezpieczeństwem.
Płacz bez spektaklu
Następnego dnia atmosfera była gęsta. Barbara znów przyszła „pomóc z praniem”, choć nikt jej o to nie prosił.
– Pani Barbaro. Mogę zapytać wprost?
– Oczywiście – odpowiedziała, z tym tonem, od którego zawsze cierpła mi skóra.
– Czy cokolwiek, co robię, kiedykolwiek będzie wystarczające?
Zawahała się. Przesunęła palcem po blacie, jakby sprawdzała kurz.
– Nie o to chodzi – westchnęła. – Ja tylko... chcę dla was jak najlepiej.
– Nie. Pani chce, żeby wszystko było tak, jak pani sobie to wyobraża. Ale to nie jest pani dom – powiedziałam. – To ja tu żyję. Ja tu śpię. Kocham pani syna, ale nie dam sobą pomiatać.
Barbara zamilkła. I przez moment w jej oczach zobaczyłam coś, czego wcześniej nie znałam – może żal, może cień wstydu. Ale nie przeprosiła. Odwróciła się i powiedziała tylko:
– Może nie powinnam już przychodzić.
Nie odpowiedziałam. Milczałam. Michał stał w progu, słuchał wszystkiego. Jego twarz była nieruchoma jak maska. Nie podszedł. Nie stanął między nami. Nie powiedział ani słowa. Odeszłam do sypialni. Drzwi zamknęłam powoli, bez trzaśnięcia. Położyłam się na łóżku, odwrócona do ściany. I dopiero wtedy pozwoliłam sobie na cichy, duszący płacz. Płacz bez spektaklu. Nie wiedziałam już, z czego bardziej – ze złości, ze zmęczenia czy z samotności.
Byłam o krok za tymi drzwiami
Wieczorem leżeliśmy w łóżku jak dwa ciała oddzielone kilometrami ciszy. Michał w końcu się odezwał.
– Moja matka jest trudna, ale nie chcę jej stracić.
Patrzyłam w sufit.
– A mnie możesz stracić? – zapytałam beznamiętnie.
Zamilkł. Długo nic nie mówił. A ja słyszałam tylko tik-tak zegarka i dźwięk własnego rozczarowania.
– Nie chcę. Ale… nie wiem, jak to wszystko pogodzić.
– Bo ty nie chcesz wybrać. Chcesz, żeby to się samo rozwiązało. Ale tak się nie da.
– Nie chcę wybierać między żoną a matką.
– Michał, to nie o wybór chodzi. To o lojalność. O to, żebyś nie pozwalał, żeby ktoś – nawet twoja matka – robił ze mnie intruza w moim własnym domu.
Przekręcił się na bok. Nie patrzył na mnie.
– Ja po prostu… nie chcę nikogo ranić.
– To za późno. Już mnie ranisz. Każdego dnia, kiedy milczysz. Każdym razem, kiedy nie stajesz za mną.
Zacisnęłam dłonie na kołdrze.
– Michał, musisz wybrać. Co jest ważniejsze – twoje dorosłe życie, czy dzieciństwo, do którego mama cię ciągnie?
Nie odpowiedział. Tylko leżał obok. Czułam, jak powoli oddycham coraz ciężej. Jak między nami robi się chłodno. Wtedy już wiedziałam, że decyzja spadnie na mnie. Bo Michał jej nie podejmie. On będzie dalej stał w drzwiach, pomiędzy mną a nią. A ja? Ja już byłam o krok za tymi drzwiami.
Nie wiem jeszcze, co zrobię
Minęły tygodnie. Barbara nie przychodziła. Michał próbował zachować pozory normalności. Opowiadał o pracy, oglądał ze mną seriale, robił kolację. Ale coś się zmieniło. Ja się zmieniłam. Coś we mnie pękło. Nie mówiłam mu już o wszystkim. Zaczęłam robić rzeczy sama – wychodziłam na długie spacery, jadłam kolacje bez czekania. Miałam wrażenie, że jesteśmy współlokatorami, którzy udają małżeństwo. Zaczęłam myśleć o wyprowadzce. Nic konkretnego – po prostu szkic w głowie. Sprawdzałam mieszkania na ogłoszeniach. Raz nawet zadzwoniłam, zapytałam o wolny pokój.
Nie wiem jeszcze, co zrobię. Ale wiem jedno – to nie chodzi tylko o firanki czy stół. Chodzi o pytanie: gdzie jest moje miejsce? I czy w ogóle jeszcze w tym domu istnieje? Czasem siadam w salonie, patrzę na zasłony. Te zielone, lniane. I myślę o tamtych firankach. O tym, jak niewiele znaczyły. I jak bardzo wszystko od nich się zaczęło. Zastanawiam się, ile jeszcze rzeczy będę musiała wymienić, żeby ten dom naprawdę był mój.
Natalia, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Moja teściowa uprzykrza mi życie na każdym kroku. Nie mogę już dłużej uśmiechać się przez zaciśnięte zęby”
- „Przez lata znosiłam uszczypliwości teściowej. Robiłam dobrą minę do złej gry, ale już nie mam siły udawać”
- „Teściowej wydaje się, że wszystko wie najlepiej. Mam już po dziurki w nosie jej życiowych mądrości”









