Od pewnego czasu czułam się, jakbym nosiła na plecach ciężki plecak pełen cudzych oczekiwań. Każda rodzinna impreza była dla mnie jak niechciany test, w którym pytania zawsze brzmiały tak samo. Niby nikt nie mówił tego wprost, ale czułam, że w ich oczach powoli przestawałam być „młodą dziewczyną z przyszłością”, a zaczynałam stawać się kimś, kto nie zdążył wskoczyć do pędzącego pociągu. Mówili to niby troskliwie, niby żartem, ale ja nie potrafiłam już udawać, że to po mnie spływa.
Rodzina nie dawała mi spokoju
Kiedy przyjechałam na urodziny mojego wujka, od razu poczułam znajome napięcie. Jeszcze nie zdążyłam zdjąć płaszcza, a już usłyszałam ten ton – niby ciepły, ale podszyty czymś, co wbijało się we mnie jak szpilka.
– Oho, przyszła nasza samotna gwiazda – rzuciła ciotka Olga, unosząc brwi tak wysoko, że aż przesunęły jej grzywkę. – Może wreszcie ktoś nowy na horyzoncie? Wiesz, ja tylko pytam z troski, bo dziewczyna w twoim wieku… sama rozumiesz, zegar tyka.
– Cześć ciociu. Dziękuję, ale mój zegar się nie spieszy – odpowiedziałam z udawaną lekkością.
– Ale mężczyźni tak nie myślą. Oni chcą młodych, świeżych dziewczyn, a nie takich, co zamiast dzieci wolą koty.
Spojrzałam na nią, próbując powstrzymać drżenie dłoni. Gdybym jej pozwoliła, to pewnie rozłożyłaby przede mną harmonogram: zaręczyny wiosną, ślub latem, a ciąża jesienią.
Wtedy podszedł mój kuzyn Igor i stuknął mnie w ramię: – Nie przejmuj się. Ciotka od zawsze ma w sobie zacięcie do moralizowania.
– Nie o moralność tu chodzi – wtrąciła znów ciotka Olga, stawiając talerz na stole z takim hukiem, jakby właśnie udowadniała swoją rację. – Ja chcę tylko, żebyś nie skończyła sama. A jak tak dalej pójdzie…
– Nie skończę sama. Mam swoje życie – przerwałam, choć mój głos zabrzmiał słabiej, niż chciałam.
Ciotka uśmiechnęła się i wymamrotała: – Twoje życie… Tylko pamiętaj, że termin ważności nie jest wieczny.
Poczułam, jakby powietrze zgęstniało. Reszta rodziny niby udawała, że nic nie słyszy, ale spojrzenia mówiły wszystko. A ja stałam tam z talerzem sałatki i myślałam, że najbardziej męczące w tym wszystkim jest to, że część mnie naprawdę zaczynała wierzyć w jej słowa.
Mama nie dawała za wygraną
W kolejny piątek poszłam do mamy na obiad, choć już od rana czułam w żołądku znajomy ciężar. W domu pachniało zupą pomidorową, a mama krzątała się po kuchni, jakby przygotowywała grunt pod coś więcej niż tylko posiłek. Wiedziałam, że nie chodzi o jedzenie, bo mama nigdy nie zapraszała mnie „tak po prostu”. Usiadłam przy stole i od razu usłyszałam to, czego się spodziewałam.
– Wiesz, kochanie… – zaczęła tonem, który miał być miękki, ale brzmiał bardziej jak zapowiedź interwencji. – Ostatnio myślałam o tobie. Ty naprawdę nie planujesz założyć rodziny?
– Planuję. Tylko nie teraz – odpowiedziałam, wbijając wzrok w talerz.
– Ale ile możesz czekać? Jesteś piękną, mądrą dziewczyną, ale czas mija. Mężczyźni w twoim wieku oglądają się za młodszymi. Nie chcę, żebyś została z kotami i pustym mieszkaniem.
Zacisnęłam zęby i wymamrotałam: – Mamo, mam trzydzieści trzy lata, a nie siedemdziesiąt. I nie jestem w muzeum, żeby mieć tabliczkę z datą ważności.
Mama westchnęła: – Ja tylko mówię, bo cię kocham. Nie chcę, żebyś obudziła się za późno. Popatrz na córkę sąsiadki – miała ślub w zeszłym roku, a teraz już jest w ciąży. I taka szczęśliwa…
– A Filip? – zapytała nagle. – Przecież byliście razem. Może warto do niego zadzwonić?
– Nie będę do niego dzwonić – powiedziałam ostro. – To nie on chciał budować coś ze mną.
– Martwię się. Tylko tyle. Kobietom jest trudniej. I wiesz, jak ludzie mówią…
– Wiem aż za dobrze – przerwałam. – Słyszę to od was wszystkich.
Mama spojrzała na mnie z czymś w rodzaju bezradności. A ja poczułam, że nawet tutaj – w moim dawnym, bezpiecznym domu – nie miałam już gdzie uciec.
Poszłam na urodziny mojej przyjaciółki
Liczyłam, że tam wreszcie odetchnę, bo ona zwykle trzymała się z daleka od tematów, które moja rodzina uważała za obowiązkowe. Mieszkanie było pełne ludzi, muzyka grała cicho, a ja z kubkiem herbaty w dłoni rozglądałam się, szukając spokojnego kąta. Wiktoria zaraz podeszła i przytuliła mnie mocno.
– Cieszę się, że jesteś. W pracy mam taki chaos, że marzyłam o normalnym wieczorze – powiedziała.
Przez chwilę rzeczywiście czułam się swobodnie, ale to nie trwało długo. Kiedy dołączyły do nas jej dwie znajome, zaczęło się dokładnie to, czego chciałam uniknąć.
– To ty jesteś ta… singielka? – zapytała jedna z nich, poprawiając włosy.
– Tak mnie ostatnio nazywają – odpowiedziałam z uśmiechem, który był bardziej grzecznościowy niż szczery.
Wiktoria rzuciła im ostrzegawcze spojrzenie, ale one brnęły dalej.
– Wiesz, lepiej nie zwlekać. W pewnym wieku to już ciężko znaleźć kogoś sensownego. Mój brat mówi, że trzydziestki to już takie… no, bardziej skomplikowane. Mężczyźni mają swoje wymagania i wolą dziewczyny bez bagażu, bez kocich kłaków na ubraniach.
Wiktoria prychnęła: – Dziewczyny, możecie dać spokój? Przyszłyśmy się bawić, nie oceniać moje koleżanki.
– Ale my tylko chcemy dobrze – odparła jedna z nich. – Szkoda, jakbyś się zmarnowała.
Te słowa uderzyły mnie mocniej, niż chciałam przyznać. „Zmarnowała”. Jakby moje życie bez męża było nieudanym projektem, który ktoś powinien poprawić. Poprosiłam Wiktorię o chwilę na świeżym powietrzu. Gdy wyszłam na balkon, poczułam chłodne powietrze na twarzy i zdałam sobie sprawę, że powoli nie umiem już odróżnić, co myślę ja, a co zostało mi wciśnięte przez innych.
Tego spotkania nie planowałam
Dwa dni później wracałam z pracy, gdy w połowie drogi zobaczyłam znajomą sylwetkę stojącą przy kiosku. Serce zabiło mi szybciej. Filip. Ten sam, o którym mama wspominała z takim przekonaniem, jakby był ostatnią deską ratunku mojego życia. Próbowałam przejść obok niezauważona, ale on odwrócił się i uniósł rękę.
– Cześć Lidia. Właśnie wróciłem do miasta, może przejdziemy się kawałek? – zaproponował, a jego głos brzmiał tak lekko, jakby nic nas nigdy nie poróżniło – Widziałem twoją mamę ostatnio. Pytała, czy mam dziewczynę.
– Oczywiście – prychnęłam. – Pewnie liczyła, że powiesz, że nie i że to idealny moment, żebym do ciebie wróciła.
Filip zaśmiał się cicho: – Trochę tak było. Wiesz, twoja mama zawsze nas lubiła razem.
– Mnie też lubi. A mimo to robi ze mnie desperatkę, która czeka, aż ktoś ją uratuje.
Filip zwolnił krok: – Lidia, czemu tak ostro? My się przecież rozstaliśmy normalnie.
Zatrzymałam się i spojrzałam mu prosto w oczy: – Rozstaliśmy się, bo powiedziałeś, że nie jesteś gotowy na coś poważniejszego, a chwilę później zacząłeś chodzić z dziewczyną, która wprowadziła się do ciebie po dwóch miesiącach.
Filip odwrócił wzrok: – Nie wiem, co mam powiedzieć.
– Nic nie mów – odparłam. – To przeszłość.
– Wciąż jesteś sama? – zapytał po chwili.
– A co, mama cię nasłała? – zapytałam z lekką ironią – Jestem sama i nie dlatego, że nikt mnie nie chce, tylko dlatego, że nie chcę byle czego.
Filip skinął głową, ale miałam wrażenie, że w jego oczach pojawiło się współczucie. To zabolało bardziej niż wszystkie słowa mojej rodziny. Pożegnałam się szybko i poszłam w swoją stronę, czując, jak narasta we mnie gniew. Może po raz pierwszy bardziej na siebie niż na nich.
Przyszło kolejne rodzinne spotkanie
Minęło kilka dni i już wiedziałam, że nie uniknę kolejnego rodzinnego spotkania – imienin mojej babci. Poszłam głównie dla niej, bo była jedyną osobą w całej rodzinie, która nigdy nie wywierała na mnie presji. Ale reszta… wiedziałam, że to będzie jak siedzenie na rozżarzonych węglach. I nie pomyliłam się. Zanim zdążyłam zdjąć szalik, usłyszałam znajome komentarze.
– Nasza panna z kotami przyszła! – zawołał wujek Cezary, szeroko się uśmiechając, jakby powiedział coś wyjątkowo bystrego – Ale tak na serio, masz kogoś? Bo wiesz, młodsza raczej nie będziesz.
Ciotka Olga aż klasnęła z entuzjazmem: – Ja jej to powtarzam cały czas... Jak tak dalej pójdzie, to przegapi najlepszy czas. Kto to widział, taka ładna dziewczyna, a sama.
– Przyszłam tu dla babci, nie żeby słuchać waszych diagnoz – powiedziałam, starając się zachować spokój.
Ale oni tylko spojrzeli po sobie, jakby od dawna wiedzieli więcej o moim życiu niż ja sama. Kiedy usiadłam przy stole, rozmowa znów skręciła w znajome rejony.
– Wiesz, Lidia – zaczęła mama, nalewając mi kompotu – my martwimy się tylko dlatego, że cię kochamy, a kobieta powinna mieć oparcie. Sama to możesz żyć do czterdziestki, ale potem… różnie bywa.
– A koty to nie partner – dodała ciotka.
Czułam, jak serce mi przyspiesza: – Dość. Naprawdę dość. Mam wrażenie, że wszyscy tu bardziej przejmujecie się moim życiem niż swoim. A ja mam już tego przesyt.
Mama spojrzała na mnie ze zdziwieniem: – Córciu, nie przesadzaj…
– Nie przesadzam. Ja po prostu chcę żyć po swojemu i nikt nie ma prawa mówić mi, czy jestem wystarczająca.
W pokoju zrobiło się cicho. Nawet babcia, która do tej pory kroiła sernik, podniosła na mnie wzrok. A ja poczułam, że skoro już to wypowiedziałam, nie chcę się wycofywać. Nie tym razem.
Mogłam liczyć tylko na przyjaciółkę
Wyszłam z mieszkania babci, zanim ktokolwiek zdążył mnie zatrzymać. Powietrze na klatce schodowej pachniało detergentem i chłodem, a ja oparłam się o poręcz, próbując uspokoić oddech. Ręce wciąż mi drżały, ale to był pierwszy raz od dawna, kiedy czułam, że drżą z powodu czegoś innego niż strach czy bezsilność. Drżały z ulgi. Z tego, że nareszcie powiedziałam głośno to, co od lat zbierało się we mnie jak ciężar nie do uniesienia.
Kiedy wyszłam na ulicę, zadzwoniła Wiktoria: – Słyszałam, że miałaś dziś ciężki obiad – powiedziała. – Mama wysłała mi wiadomość, że chyba się „uniosłaś”, ale ja jestem z ciebie dumna – powiedziała szczerze. – Naprawdę dumna.
Zatrzymałam się, patrząc w witrynę sklepu. W odbiciu zobaczyłam kobietę, która przez większość swojego życia próbowała dopasować się do cudzego scenariusza. Kobietę, która za każdym razem, gdy ktoś mówił jej, że coś powinna, brała to jak obowiązek. Aż w końcu zrozumiała, że jedyna osoba, której naprawdę musi się tłumaczyć, to ona sama.
Następnego dnia zadzwoniła mama: – Możemy porozmawiać? – zapytała ostrożnie – Przepraszam, nie chciałam cię zranić – zaczęła. – Po prostu boję się o ciebie.
– Ja też czasem się o siebie boję – przyznałam. – Ale to nie znaczy, że chcę żyć czyimś strachem.
Po drugiej stronie było długie milczenie: – Chcę się nauczyć cię słuchać – powiedziała w końcu mama.
Te słowa zabrzmiały inaczej niż wszystko, co dotąd od niej słyszałam. Jakby pierwszy raz zobaczyła we mnie dorosłą osobę, a nie projekt do poprawy. Wieczorem usiadłam na kanapie, a moje dwa koty wskoczyły obok mnie, mrucząc głośno, jakby chciały dodać mi odwagi. Uśmiechnęłam się do nich i do myśli, która przyszła chwilę później: nie potrzebowałam już nikogo, kto powie mi, że moje życie jest kompletne.
Lidia, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przyłapałam teścia na schadzce z kochanką. Wcześniej uważałam, że to facet z klasą, a jednak i on miał coś za uszami”
- „Ukochany na randkach wciskał mi kit, że prowadzi intratny biznes. Szybciutko odkryłam, że to zwykły bumelant”
- „Mój mąż myśli, że w pakiecie z żoną dostał darmowy catering. Nie będę mu wiecznie podstawiać ziemniaczków pod nos”









