Od trzydziestu lat pracuję w tej samej firmie produkcyjnej. Zaczynałam jako młoda dziewczyna, z zapałem i wiarą, że uczciwa praca to coś, co warto pielęgnować. Dziś czuję się jak zużyty element na taśmie – nikt nie widzi we mnie człowieka, tylko słupki, normy i wydajność. Kiedyś praca dawała mi satysfakcję. Teraz odbiera siły, zdrowie i godność. Zostało mi już mało czasu do emerytury, ale z każdym miesiącem coraz bardziej wątpię, że uda mi się jej doczekać. Wszystko boli, serce bije szybciej, niż powinno, a ja ciągle się boję, że kolejnego poniedziałku po prostu nie przetrwam.
Nie zawsze było źle
Pamiętam czasy, gdy w firmie wszystko było w porządku. Ludzie sobie pomagali, a brygadzista znał nas wszystkich po imieniu. Jak ktoś miał gorszy dzień, to inni podciągali normę, żeby nikt nie oberwał. Dziś takich dni mieć nie wolno. Teraz każda minuta jest rozliczana, a każde spóźnienie odnotowywane w systemie jak coś strasznego.
– Szybciej, Halina, szybciej! – krzyczy Jarek, nasz nowy mistrz zmiany. Ma może trzydzieści lat, a już zachowuje się, jakby był właścicielem fabryki – Inni mogą więcej – rzuca na koniec z ironicznym uśmiechem i odchodzi.
„Inni”… Zawsze są jacyś inni, lepsi, młodsi, tańsi. Oni przychodzą, odchodzą, a ja zostaję. Mam swoje lata, nie chcę się wdawać w żadne konflikty, ale czasem aż mnie ściska w środku. Kiedyś normy były możliwe do wykonania. Teraz to fikcja. Wymagają więcej, niż da się fizycznie zrobić.
W przerwie siadamy z Grażyną w szatni.
– Wiesz, Halina, ja już mam dość – mówi cicho. – Wczoraj zemdlałam przy maszynie. A oni kazali mi podpisać, że to „osłabienie prywatne”.
– Bo jakbyś napisała prawdę, że przepracowanie, to mieliby kontrolę z inspekcji – odpowiadam.
Patrzymy na siebie bez słów. Obie wiemy, że nikt nam nie pomoże. Po ośmiu godzinach ledwo stoję na nogach. Wychodzę z hali, a w głowie huczy mi jak w kotłowni. Myślę tylko o jednym – żeby jutro jakoś wstać. Bo wiem, że jeśli nie przyjdę, już nie będzie do czego wracać.
Zaczęłam zauważać coraz więcej
Kiedyś sądziłam, że mobbing to wielkie słowo, które dotyczy korporacji z telewizji. U nas przecież tylko prosta fabryka – taśma, smar, zapach metalu i hałas. Ale teraz wiem, że ten sam mechanizm działa wszędzie. Różni się tylko opakowaniem.
– Pani Halino, to pani zrobiła te błędne etykiety? – zapytała kiedyś kierowniczka, z uśmiechem tak sztucznym, że aż mnie zmroziło.
– Nie, to partia z nocnej zmiany – odpowiedziałam spokojnie.
– A jednak w dokumentacji widnieje pani nazwisko. – Położyła papiery na stół i patrzyła, jakbym coś ukradła.
Zrobiło mi się gorąco. Wiedziałam, że nie miałam z tym nic wspólnego, ale tłumaczenie nic nie dało. Dostałam naganę i od tamtej pory zaczęło się. Dziwne spojrzenia, szepty, notatki służbowe za byle co. Kiedy spóźniłam się pięć minut, bo autobus się zepsuł, kierowniczka kazała mi odrobić godzinę. A młodsze dziewczyny z biura wychodziły wcześniej, jakby nic się nie stało.
– Oni cię chcą zmęczyć, żebyś sama odeszła – szepnęła mi Grażyna w kantynie.
– Ale ja nie mogę. Muszę wytrwać do emerytury – odpowiedziałam. – Nie dam im tej satysfakcji.
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. W głowie miałam jej słowa. Może naprawdę chcą się mnie pozbyć? Starzy pracownicy pamiętają inne czasy, wiedzą za dużo. Młodzi są szybsi, tańsi, nie pytają o przepisy BHP. A ja? Ja wciąż wierzę, że to tylko chwilowe, że ktoś zauważy niesprawiedliwość.
Ale nikt nie zauważył. Następnego dnia dostałam kolejne upomnienie – za „nieodpowiedni ton wobec przełożonego”. A ja tylko zapytałam, czy mogę pójść do toalety.
Ten dzień zapowiadał katastrofę
Rano wchodzę do szatni, a tam cisza jak w kościele. Tylko stukot butów i szelest fartuchów. Na ławce siedzi Basia, blada jak papier.
– Co się stało? – pytam.
– Wiesia wczoraj zasłabła przy prasie. Karetka ją zabrała, serce – odpowiada szeptem. – A oni po godzinie już mieli nową na jej miejsce. Nawet fartucha nie zdążyli wyprać.
Ściska mnie w gardle. Wiesia miała 57 lat, marzyła, że doczeka emerytury i pojedzie nad morze. Ostatnio mówiła, że czuje się słabo, ale bała się iść na zwolnienie. „Bo jak pójdę, to już nie wrócę” – tłumaczyła. I miała rację. Na hali wszyscy pracują dziś jak automaty. Nikt nie żartuje, nikt nie mówi. Tylko kierownik chodzi między stanowiskami i z notatnikiem liczy, ile kto zrobił.
Po pracy idziemy z Grażyną na przystanek: – Ona nie była pierwsza. Pamiętasz Marylę i Zosię? Wszystkim zaczęło psuć się serce przez stres.
– My będziemy następne – odpowiadam cicho.
W domu siadam przy stole i liczę dni do emerytury – jeszcze 1217. Wydaje się śmiesznie dużo. A jednak czuję, że z każdym dniem mam mniej siły, mniej wiary, mniej tchu. I że ten kołchoz prędzej mnie wykończy, niż ja go doczekam.
Co chwila zwiększają normy
– Nowe wytyczne od jutra – oznajmił Jarek w poniedziałek rano. – Czterdzieści procent więcej detali dziennie. Macie cztery dni na „dostosowanie się”.
– To nierealne – powiedział ktoś z końca hali.
– Nie wasza sprawa. Macie robić – uciął Jarek.
Po południu przydzielili mi nowy arkusz. Przeliczyłam wszystko trzy razy – wyszło, że muszę co 45 sekund podnieść ciężar, ustawić, zaprogramować i wypuścić produkt. Po dwóch godzinach czułam, jak bolą mnie plecy i ręce. Maszyna szumiała, światło migało, a w głowie miałam tylko tykanie zegara. Jakbym pracowała z bombą pod siedzeniem.
– Halina, nie wyrabiam – powiedziała do mnie Iwona na przerwie. – Mam dwieście sztuk do tyłu.
– Też nie wyrabiam. Ale udaję, że wszystko gra – odpowiedziałam.
Bo teraz chodzi o udawanie. Wszyscy robimy fikcję. Wpisujemy liczby, które nikogo nie obchodzą, byle się zgadzały. Prawda jest taka, że te normy to czysta abstrakcja. A potem przyjeżdża kontrola z centrali, ogląda wykresy, klepie Jarka po plecach i gratuluje „efektywności produkcyjnej”.
Nikt z nich nie widzi, że my ledwo stoimy na nogach.
Czasem myślę, żeby to rzucić
Często liczę sobie, czy te pięć lat to dużo, czy mało. Zastanawiam się, czy wytrzymam, czy mój kręgosłup jeszcze to zniesie, czy serce da radę.
– Mama, znowu nie śpisz? – zapytała mnie ostatnio córka, kiedy zeszła do kuchni po wodę.
– Myślę o tym, jakby to było się obudzić i nie musieć tam wracać. Do tej fabryki.
Nie powiedziałam jej, że codziennie boję się, że któregoś dnia nie wstanę. Że zasłabnę przy maszynie jak Wiesia. Albo że po prostu się przewrócę i już nie wstanę. W pracy jest coraz mniej znajomych twarzy. Starsi odchodzą na L4 albo są „wygaszani”. Tak to teraz nazywają – wygaszenie etatu, jakbyś był jakąś żarówką. Na ich miejsce przychodzą młodzi, pełni energii, ale nikt ich nie szkoli, bo nie ma czasu. My mamy robić swoje i jeszcze ich pilnować.
– Nie ma pani już wydajności jak dawniej – powiedział mi ostatnio Jarek. – Musimy się zastanowić nad pani dalszą obecnością w zespole. Firma nie może funkcjonować w oparciu o sentymenty. Wróciłam do domu i długo płakałam w łazience. Płakałam z bezsilności. Bo nie mam dokąd pójść. Bo nikt nie przyjmie sześćdziesięcioletniej kobiety z bolącymi rękami i śladami po dźwiganiu na plecach.
Ile jeszcze dam radę?
Wczoraj miałam zawroty głowy przy maszynie. Przez chwilę obraz mi zniknął, nogi zrobiły się jak z waty. Usiadłam na palecie, żeby nie upaść. Zobaczył to kierownik.
– Jeśli źle się pani czuje, proszę iść do domu – rzucił bez cienia współczucia.
Ale ja wiem, co to znaczy. Każda nieobecność to kolejny pretekst, więc zostałam, chociaż ręce mi drżały, a serce waliło jak szalone. Wracałam do domu z uczuciem, jakby ktoś wbił mi w kark ciężarki z ołowiu. Przed blokiem przystanęłam i spojrzałam w niebo. Było blade, bezbarwne, jak wszystko ostatnio. Pomyślałam, że ja nie mam życia, tylko walkę przetrwanie.
Zostało mi już tak niewiele do emerytury, ale codziennie toczy się we mnie wojna między ciałem, które już nie wytrzymuje, a głową, która mówi „dasz radę”. Nie jestem leniwa. Chcę tylko pracować godnie, w tempie, które pozwala oddychać.
Chcę iść na emeryturę i usiąść na ławce z wnuczką. Mieć czas, żeby posłuchać wiatru. Poczytać książkę. Pójść do lekarza nie z lękiem, że nie zdążę na autobus do pracy. Ale coraz częściej czuję, że tej emerytury mogę nie doczekać. Że któregoś dnia przewrócę się przy maszynie, a oni wstawią nową dziewczynę i nawet nie zauważą, że mnie nie ma. Nie chcę tak odejść. Nie w pracy. Nie w tym przeklętym hałasie. Nie w tym bezimiennym systemie.
Halina, 57 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Byłam przekonana, że bez męża nie dam sobie rady. Ale dopiero po rozwodzie odzyskałam wiarę we własne siły”
- „Teściowa chciała, żebym kupiła jej nowiutki telewizor. Myślała, że na jesieni życia znalazła sobie bogatą sponsorkę”
- „Cieszyło mnie, że żona ma smykałkę do biznesu. Nie myślałem jednak, że nasz związek też traktuje jak dobrą transakcję”








