Nie wiem, kiedy świat tak stanął na głowie. Może ja już za stara jestem, żeby wszystko to zrozumieć. Ale jedno wiem na pewno – nie po to wychowuje się dziecko, żeby potem musieć patrzeć, jak niszczy to, co się dla niego zbudowało. Bo rodzina to nie jest zabawka. Nie rozpadnie się, jak upuścisz ją na podłogę – ale jak już pęknie, to na zawsze.

Moja córka miała dobrego męża. Krzysztofa. Może nie był ideałem, ale czy ktokolwiek jest? On przynajmniej ją szanował, robotny był, przynosił do domu pieniądze, mówił do mnie „mamo” z takim ciepłem, że mi się serce rozpuszczało. A ona, moja jedynaczka, wszystko to zniszczyła. Rozwiodła się. Tak po prostu. I nawet nie przyszła się poradzić, pogadać. A ja przecież matka, należało mi się chociaż tyle. Do dziś nie rozumiem, co jej odbiło. I może nie chcę rozumieć. Tylko wiem, że nie umiem jej wybaczyć. Bo jak można tak łatwo przekreślić całe życie?

Nie chcę być matką rozwódki

Zaczęło się niepozornie. Zadzwoniła w sobotę rano.

– Mamo, mogę wpaść na chwilę? – zapytała przez telefon. Po prostu... muszę pogadać.

Czułam, że coś jest nie tak. Usiadłyśmy w kuchni. Zrobiłam jej herbatę z maliną, bo zawsze lubiła. Ledwo upiła łyk, patrzyła wszędzie, tylko nie na mnie.

– Mamo, rozwodzę się z Krzyśkiem – powiedziała w końcu, jakby mówiła, że zmienia operatora sieci komórkowej.

– Co ty mówisz? – aż odstawiłam swoją filiżankę. – Jak to, rozwodzisz?

– Nie układa się nam. Od dawna. W naszym związku nic nie działa.

– I to powód, żeby wszystko kończyć? – syknęłam, czując, jak mi twarz płonie. – Tyle lat razem, dom, wspomnienia… A Krzysiek?

– Krzysiek... też się zgodził. Obopólna decyzja.

– Obopólna... – prychnęłam. – On cię kochał. Wiesz, jak on do mnie mówił? „Mamo”, jak własny syn. A ty co, tak wszystko przekreślasz? 

Zamilkła. Patrzyła na mnie tymi swoimi oczami jak kiedyś, gdy złapałam ją na kłamstwie.

– Mamo, ja nie chcę już tak żyć.

– A ja nie chcę być matką rozwódki! – wypaliłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Wstała bez słowa. Wzięła torebkę. I poszła.

Od dawna coś się psuło

Następnego dnia nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Przestawiałam kwiaty na parapecie, wytarłam kurz z półki, której nikt nie ogląda. W końcu usiadłam w fotelu i gapiłam się w telefon. A potem zadzwonił on.

– Mamo? – usłyszałam głos Krzyśka. – Czy mogę wpaść?

Serce mi zmiękło.

– Przyjedź, synku – powiedziałam, nie zastanawiając się nawet, co wypada.

Usiadł w kuchni. Popatrzył na mnie z tym swoim zmęczonym spojrzeniem.

– Już wiesz... – zaczął.

– Wiem. Ale nie rozumiem. Co się stało?

Westchnął, spuścił głowę.

– Od dawna coś się psuło. Ona... zamknęła się w sobie. Mówiła, że się męczy.

– A ty? – zapytałam, czując gulę w gardle. – Co z tobą?

Ja próbowałem wszystkiego. Ale jak ktoś nie chce już walczyć, to choćbyś się dwoił i troił... – rozłożył ręce. – Mamo, ja ją wciąż kocham, wiesz?

Poczułam, że chce mi się płakać. Ale nie mogłam mu tego pokazać.

– Dla mnie zawsze będziesz rodziną, Krzysiu – powiedziałam cicho. – A ta... moja córka... ja już nie wiem, kim ona jest.

Podniósł oczy. I przez chwilę oboje milczeliśmy.

– Dziękuję – powiedział tylko.

Wyszłam do pokoju. I wtedy popłakałam się naprawdę. Nie nad ich małżeństwem. Nad sobą. Że wszystko, co budowałam latami, rozpadło się bez jednego trzaśnięcia drzwiami.

To nie twoje życie, mamo

Minęło kilka dni. Chodziłam rozgoryczona jak osa. Na zakupy poszłam tylko dlatego, że nie miałam mleka do kawy. I kogo spotkałam pod sklepem?
Ją. Stała z jakąś koleżanką, uśmiechnięta, jakby właśnie wygrała los na loterii. Zobaczyła mnie, a mina jej zrzedła. Podeszłam bez wahania.

– Dzień dobry, mamo – zaczęła niepewnie.

– Dobry to był, zanim cię zobaczyłam – rzuciłam sucho.

– Mamo, nie rób scen. Proszę cię.

– Nie robię scen. Ja tylko nie rozumiem, jak można tak łatwo przekreślić męża, który mówił do mnie „mamo” z większym szacunkiem niż ty przez całe życie.

Jej koleżanka rzuciła spojrzenie i oddaliła się szybko. Zostawiła nas same. Moja córka wyglądała, jakby chciała się zapaść pod ziemię.

– To nie twoje życie, mamo – powiedziała w końcu. – Ja wiem, że to cię boli. Ale to moja decyzja. Ja w tym byłam. Ty patrzyłaś z boku.

– Z boku? – uniosłam głos. – Z boku to ja stałam, kiedyście się pobierali. Zawsze wiedziałam, że Krzysztof cię kocha. A teraz co? Wygodniej być samą?

Nie rozumiesz, mamo...

– Nie. I nie chcę rozumieć – przerwałam jej.

Odwróciłam się i poszłam. Z sercem ciężkim jak kamień.

To nadal twoja córka

Kilka tygodni później, w niedzielne popołudnie, Krzysztof znów przyszedł. Przyniósł jabłecznik. Sam piekł.

– Pomyślałem, że może mamo spróbujesz – uśmiechnął się nieśmiało.

– Chodź, Krzysiu. Zaparzę herbaty – powiedziałam, bo serce mi się krajało, że taki samotny.

Siedzieliśmy przy stole, milcząc przez dłuższą chwilę.

– Byłem dziś u niej – powiedział w końcu.

– Po co? – zapytałam chłodno.

Zabrać ostatnie rzeczy. Mamy już termin sprawy.

Zatkało mnie.

– Naprawdę do tego doszło?

– Tak. Chciałem walczyć, mamo. Ale nie walczy się z kimś, kto od dawna już jest gdzie indziej.

– Gdzie indziej?

– Emocjonalnie. Mentalnie. Może i... z kimś innym. – spojrzał na mnie, jakby sprawdzał, czy zrozumiem.

Zrobiło mi się niedobrze.

– Chcesz powiedzieć, że ona...?

– Nie wiem. Może. Nie pytam. Nie chcę wiedzieć. Ale widzę, jak wygląda. Inaczej. Lekko. Jakby się pozbyła ciężaru.

Pokręciłam głową. Zaczęłam zbierać filiżanki, żeby się czymś zająć.

– Głupia dziewczyna – mruknęłam.

– Mamo, to nadal twoja córka – powiedział cicho.

– A jednak jej zupełnie nie poznaję.

Może kiedyś to zrozumie

Zadzwoniła do mnie w sobotni wieczór. Zdziwiłam się, bo zwykle w soboty „nie miała czasu”.

– Mamo... mogę przyjść? – zapytała cicho.

– Coś się stało? – odparłam chłodno, już się nie rozklejałam.

– Po prostu... chcę z tobą pogadać.

Przyszła. Bez makijażu, z podkrążonymi oczami. Usiadła naprzeciwko mnie przy kuchennym stole, jak wtedy, gdy była małą dziewczynką i rozlała mleko.

– Mamo, wiem, że jesteś na mnie zła. I może masz rację. Ale ja też mam swoje uczucia.

– Uczucia, powiadasz... A co z przysięgą? Co z Krzyśkiem?

– Mamo, ja się w tym związku nie mogłam odnaleźć. Wszystko było „w porządku”, tylko że ja byłam nieszczęśliwa. 

– A teraz co? Jesteś szczęśliwa?

– Nie wiem. Jestem wolna. Ale sama.

Spojrzała na mnie błagalnie, jakby chciała, żebym powiedziała coś ciepłego.

– Krzyś cię kochał, dziecko. A dla mnie był jak syn.

– Wiem. I to najgorsze. Że skrzywdziłam dobrego człowieka.

– To może jeszcze nie za późno?

– Już za późno, mamo. Papier podpisany.

Odkąd wyszła tamtego dnia, nie dzwoniła. I ja też nie. Może obie nie miałyśmy siły. Albo dumy było za dużo. Krzysztof odwiedzał mnie raz na jakiś czas. Czasem z ciastem, czasem tylko na herbatę. Nie wiem, czy moja córka znajdzie szczęście gdzieś indziej. Ale wiem jedno: ja nie wybaczam tak łatwo. Bo kiedy ktoś rujnuje coś, w co ty wierzyłaś całym sercem, to nie wystarczy powiedzieć „musiałam to zrobić”. Nie wystarczy powiedzieć „przepraszam”. Może kiedyś to zrozumie. A może nie. 

Michalina, 63 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: