Nazywam się Karolina i mam trzydzieści dwa lata. Mieszkam w dużym mieście, pracuję w dziale marketingu jednej z tych korporacji, których logotypy widzisz codziennie na autobusach, kubkach z kawą i mailach z promocjami, których nikt nie czyta. Moja obecność sprowadza się do spotkań, deadline’ów i rozmów, w których nikt nie zdejmuje słuchawek z uszu. Wszyscy tu są wiecznie zajęci, a mimo to nic się nie zmienia. Ja też jestem jedną z nich. Zajętą do bólu, a jednocześnie pustą w środku.

Każdy poranek wyglądał identycznie

Znów zaspałam, bo oczywiście zapomniałam ustawić drugi budzik. Pierwszy zignorowałam bezwiednie, wciskając drzemkę. Wybiegłam z mieszkania bez śniadania, z kubkiem niedopitej kawy, która rozlała się na spodnie, kiedy zbiegałam po schodach. Tramwaj odjechał mi sprzed nosa, a na przystanku była tylko jedna, niezidentyfikowana para butów oddalająca się zbyt wolno jak na moje tempo. Przez chwilę miałam ochotę wrócić do łóżka i udawać, że mnie nie ma. Ale w moim świecie to nie jest opcja.

Przez szybę mijających mnie samochodów widziałam ludzi z twarzami przyklejonymi do ekranów, z kubkami kawy w rękach, z wyrazem tej samej bezradnej rezygnacji, którą noszę na twarzy od lat. Nikt tu nie rozmawia. Ludzie komunikują się ikonami, powiadomieniami, skrótami myślowymi, z których zniknęły już emocje. Ja też. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz powiedziałam coś prawdziwego, komuś, kto mnie naprawdę słuchał. Kiedyś miałam przyjaciół, a teraz mam już tylko firmowy czat.

Każdy mój dzień wygląda podobnie. Poranny bieg do pracy, pośpieszny makijaż w windzie, niedojedzona kanapka, kawa w biegu, praca w rytmie deadlinów, siedzenie po godzinach, obietnica "dzisiaj skończę wcześniej" i wieczorne gapienie się w ekran, bo nic innego już nie daje mi złudzenia sensu. I tak w kółko. Życie w biegu, bez celu, bez pauzy. Aż do tego jednego dnia. 

Spóźniłam się na autobus

Nie zdążyłam dosłownie o minutę, ale wystarczająco, by zobaczyć jak zamykają się drzwi i pojazd odjeżdża sprzed przystanku. Stałam chwilę bez ruchu, z rezygnacją, która przyszła zbyt łatwo. Usiadłam na ławce, wyjęłam z torebki książkę, którą i tak nosiłam od tygodni tylko po to, żeby udawać, że kiedyś znajdę na nią czas. Było zimno, ale zignorowałam to. Próbowałam wczytać się w zdania, które zdawały się nie mieć sensu, tak jakby moja głowa była dziś zbyt zajęta, by zrozumieć cokolwiek więcej poza komunikatem, że znowu jestem nie na czas.

Po chwili usiadła obok mnie starsza kobieta. Miała na sobie długi, sprany płaszcz i ręce schowane głęboko w kieszeniach. Przez moment myślałam, że, jak większość, po prostu usiądzie i będzie czekać w ciszy. Ale nie. Spojrzała przed siebie i powiedziała cicho, trochę jakby do siebie:

– Kiedyś to miejsce było polem. Tędy chodziłam z siostrą po mleko – dodała spokojnie, patrząc w ten sam punkt co wcześniej.

– Naprawdę? To aż trudno sobie wyobrazić – odpowiedziałam z ostrożnością, która miała mnie chronić przed zbyt bliskim kontaktem.

Oj, dziecko, ty nie wiesz, co to cisza – powiedziała, spoglądając na mnie po raz pierwszy.

Nie odpowiedziałam. Przez chwilę myślałam, że temat się urwie, że może jednak zamilknie, ale starsza kobieta kontynuowała, jakby nie potrzebowała zachęty. Zaczęła opowiadać o tym, jak wyglądała okolica, zanim postawiono te wszystkie bloki, o dróżkach między krzakami, o wozie z drewnianymi kołami, którym jeździł sąsiad z końca ulicy, gdy jeszcze ulica była polną drogą. Jej głos był spokojny, bez pośpiechu, jakby każde słowo miało swój rytm.

Nie chciałam jej słuchać, naprawdę. Chciałam tylko doczekać autobusu, wsiąść i zapomnieć o tej rozmowie. Ale kiedy podjechał kolejny, nie wstałam. Zamiast tego zamknęłam książkę i spojrzałam jej prosto w oczy. Mówiła dalej i chociaż nie znałam jej, i nie wiedziałam, czemu właściwie to robi, miałam ochotę zostać jeszcze chwilę.

Nasze rozmowy stały się rutyną

Tylko w piątki, tylko rano, tylko na tej jednej ławce. Nie umawiałyśmy się – po prostu byłyśmy tam. Ona zawsze przychodziła chwilę przede mną, jakby wiedziała, że znów się spóźnię. Ja siadałam z książką, ale coraz częściej nie otwierałam jej wcale. Opowiadała mi o swoim życiu, ale bez patosu. Jak miała czternaście lat i pracowała w fabryce włókienniczej, bo innego wyjścia nie było. Jak paliły im się palce od chemikaliów, ale nikt nie płakał, bo trzeba było zarobić na zupę.

– Jak to możliwe, że miała pani wtedy czternaście lat i pracowała? – zapytałam któregoś razu, naprawdę poruszona.

– Nie było innego wyjścia. Ale to było życie. Nie to, co teraz – odpowiedziała i spojrzała na mnie tak, jakby widziała więcej, niż chciałam pokazać.

Słuchałam coraz uważniej. Nie dlatego, że mówiła coś, czego nie znałam z podręczników. Słuchałam, bo nikt wcześniej nie mówił do mnie z taką uważnością. Bez pośpiechu, bez oceny, bez potrzeby błyszczenia. Zaczęłam myśleć o mojej babci. O tym, jak niewiele pamiętam z jej historii, jak mało jej zadawałam pytań, kiedy jeszcze mogłam. Przychodziłam do niej głównie po obiad i ciasto. Nie zastanawiałam się, co przeżyła, zanim została „babcią”. A teraz już nie było jak zapytać.

Tęsknota przyszła nagle. Nie za konkretną osobą, ale za czymś ciepłym, głębokim, za opowieścią, która nie jest zapisana w dokumentach, tylko w czyjejś pamięci. Tęskniłam za kimś, kto wie, co to znaczy czekać na list, myć się w miednicy, jeść chleb z cukrem, bo nic innego nie było.
W piątki budziłam się trochę wcześniej i już nie biegłam na autobus. Szłam powoli, z myślą, że mam czas. I że ktoś tam na mnie czeka, chociaż nigdy nie padło takie zdanie.

Ten dzień był pechowy

W pracy wybuchła awantura o kampanię, której nawet nie prowadziłam, ale i tak dostałam swoją porcję pretensji. Po wyjściu z biura rozpadało się, a parasol złamał mi się przy pierwszym podmuchu wiatru. W domu zastałam ciszę i stertę nieposkładanych ubrań. Zaparzyłam herbatę, ale nawet jej nie wypiłam. Po prostu siedziałam w kuchni i patrzyłam w blat.

W piątek obudziłam się z uczuciem, którego nie umiałam nazwać. Może to było zmęczenie, może zawód, a może pustka. Przyszłam na przystanek wcześniej niż zwykle. Usiadłam na tej samej ławce, w tej samej kurtce, ale czułam się zupełnie inaczej. Starsza kobieta przyszła chwilę później. Usiadła obok, jak zawsze, bez pytania. Zanim cokolwiek powiedziała, spojrzała na mnie uważnie.

– Coś się stało – powiedziała cicho, bardziej stwierdzając niż pytając.

Zamilkłam. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Wszystko, co czułam, wydawało się zbyt małe, by o tym mówić, a jednocześnie zbyt duże, by je zignorować.

– Niech mi pani powie… Jak pani to robiła? Jak pani żyła z takim ciężarem?

Zamilkła na chwilę. Zastanowiła się, ale nie długo: – Bo miałam dla kogo. A ty masz dla kogo?

Nie odpowiedziałam. Moje gardło zacisnęło się tak mocno, że nie byłabym w stanie wydusić słowa. Siedziałam nieruchomo, ze wzrokiem wbitym gdzieś między torowisko a horyzont. W tej jednej chwili poczułam się naga. Odsłonięta, jakby ktoś zajrzał w środek mnie i znalazł dokładnie to, czego się bałam. Ja przecież nie miałam nikogo.

Niby znałam wielu ludzi, ale nie nikogo, kto by się o mnie martwił. Kto by zapytał, czy dotarłam do domu, czy jadłam obiad, czy dobrze spałam. Nawet nie wiedziałam, jak to jest, kiedy ktoś czeka. Wstałam z ławki zanim przyjechał autobus. Odeszłam bez słowa, bez pożegnania. Nie spojrzałam nawet w jej stronę. 

Powoli zaczęłam się otwierać

Na początku mówienie było trudne, jakby każde słowo ważyło tonę. Opowiadałam o pracy, o ludziach, którzy nigdy nie patrzą poza wyniki, o koleżankach, które rozmawiają wyłącznie o tym, kto dostał awans, a kto nie. O mieszkaniu, które wydawało się ciasne nie tylko fizycznie, ale i duchowo. O weekendach spędzanych samotnie, bo każdy znajomy miał już swoje życie. O tym, że moje dni to powtarzalny rytuał, w którym nie ma miejsca na prawdziwe emocje.

Wydaje mi się czasem, że żyję w świecie, w którym nikt mnie nie widzi – powiedziałam w końcu, patrząc w jej spokojne oczy.

– Ja cię widzę – odpowiedziała bez wahania.

Nie wiedziałam, jak długo milczałyśmy po tych słowach. To była cisza, która nie wymagała wypełniania. Poczułam ulgę, której nie pamiętałam od lat. Ktoś naprawdę słuchał, ktoś naprawdę patrzył. Ktoś, kto nie oczekiwał ode mnie niczego, nie oceniał, nie proponował rozwiązań. Po prostu był obok.

Zaczęłam mówić o codziennych drobiazgach, o drobnych frustracjach i radościach, które dotąd znikały w hałasie mojego życia. O marzeniach, które stłumiłam, bo uznałam je za nieważne. O samotności, którą wcześniej maskowałam pracą i rutyną. Kobieta słuchała, przerywając czasem jednym słowem, które jednak wystarczało, by poczuć, że naprawdę mnie rozumie.

Ta znajomość była obecnością, której nigdy wcześniej nie znałam. Nie potrzebowałam już udawać, że wszystko jest w porządku. Każdy piątek stawał się coraz cenniejszy, a ja czekałam na te spotkania z niecierpliwością. Nie czułam presji, nie było strachu. Tylko spokój i poczucie, że mogę być sobą.

Nie ograniczałam się do piątków

Przychodziłam częściej, czasem w środku tygodnia, niosąc dla niej herbatę, czasem ciepły szal, bo widziałam, że drży. Kobieta zawsze uśmiechała się na mój widok, ale nie pytała o nic, nie oczekiwała niczego w zamian. Mówiła tylko czasem, że to jej jedyne rozmowy w tygodniu. Wtedy docierało do mnie, że te spotkania mają dla niej znaczenie tak samo jak dla mnie. I nagle poczułam, że i dla mnie stają się czymś więcej niż tylko chwilą rozmowy. To była obecność, która nadawała sens.

– Może byśmy kiedyś usiadły gdzie indziej niż na tej ławce? – zapytałam pewnego popołudnia, z lekkim wahaniem.

– Tutaj jest dobrze. Tutaj się zaczęło – odpowiedziała spokojnie, patrząc w dal.

Było w tym coś ciepłego i jednocześnie smutnego. Wiedziałam, że każda historia, każda opowieść, w końcu ma swój kres. Ale czułam też, że nasze spotkania zmieniają mnie powoli, że zaczynam dostrzegać wartość drobnych gestów, zwyczajnych rozmów, zwykłej obecności kogoś obok.

Zaczęłam obserwować drobne rzeczy – sposób, w jaki układała dłonie na kolanach, gdy milczała, jak jej oczy lśniły, kiedy wspominała dawne czasy. Ja też pozwalałam sobie na drobne gesty – przynosiłam jej herbatę, uśmiechałam się szerzej, niż kiedykolwiek wcześniej, opowiadałam o dniach, które dotąd wydawały się puste. Z czasem nasze rozmowy były lżejsze, ale wciąż miały w sobie głębię, której brakowało mi w całym poprzednim życiu. Czułam, że zaczynam naprawdę czuć i widzieć.

Nie czułam już samotności tak bardzo jak wcześniej. Każde piątkowe spotkanie stawało się jak rytuał, coś, co wypełniało mój tydzień sensem, którego wcześniej brakowało. Nie wiedziałam, jak długo potrwa ten stan, ale wiedziałam, że teraz mam miejsce i kogoś, kto mnie naprawdę widzi.

Kiedyś po prostu nie przyszła

Czekałam, patrząc w stronę drogi, która prowadziła do przystanku. Dzień mijał, autobus przyjechał i odjechał, a jej nie było. Kolejny piątek, i następny, a ona wciąż się nie pojawiała. Siedziałam na ławce, tak jak zawsze, z książką w ręku, która stała się tylko ciężarem. Nie wiedziałam, co się stało, ale czułam, że coś się skończyło.

Czasem ktoś siadał obok, czasem ławka była pusta, ale już nie czułam się samotna w tym sensie, co wcześniej. Nauczyłam się, że obecność może przyjść w różnych formach, że czasem ktoś zostawia po sobie coś, co zostaje na zawsze, nawet jeśli już nie ma tej osoby przy tobie. Patrzyłam na ławkę, na miejsca, które pamiętały jej opowieści, i czułam spokój.

– Zostawiła mi coś więcej niż opowieści. Dała mi obecność. Kiedyś to miejsce było polem. Teraz jest pamięcią – myślałam, obserwując przechodniów, tramwaje, ludzi spieszących się w swoich codziennych sprawach.

Czułam, że nauczyłam się czegoś ważnego. Że samotność nie polega na braku ludzi wokół, tylko na braku kogoś, kto naprawdę widzi. Teraz ławka była miejscem, w którym mogłam siedzieć i czuć się obecna, a czasem rozmowy pojawiały się w najmniej oczekiwanych momentach. Świat wciąż biegł, ale ja wiedziałam, że już nie jestem sama.

Karolina, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: