Gdyby ktoś mi powiedział, jak to się skończy, nigdy bym w to nie wierzyła. To miał być najpiękniejszy dzień w moim życiu. Wszystko było zaplanowane: wymarzona sala, świeże kwiaty, biała suknia od krawcowej. No właśnie, suknia. Stałam wtedy w niej jak idiotka – w tej sukni, której wybór skomentowała moja teściowa: „ładna… choć może zbyt odważna jak na twoją figurę?”. Właściwie to nie była już moja teściowa. Bo żeby mieć teściową, trzeba najpierw mieć męża. A ten… cóż, ten się nie pojawił.

Nie wiem, co było gorsze: to, że mnie zostawił, czy że zrobił to tak widowiskowo. Bo wystawił do wiatru nie tylko mnie – ale też ciotkę, która specjalnie przyleciała z Kanady, księdza, który przyjechał z drugiego końca Polski i całą moją rodzinę, która w tym dniu zebrała się „dla Elizy”. Jeszcze kilka godzin wcześniej byłam przekonana, że wyjdę za mężczyznę mojego życia. Dziś wiem, że to była jedna wielka pomyłka. I że dobrze się stało, że nie powiedziałam „tak”.

Ale zanim to zrozumiałam, wydarzyło się kilka rzeczy. Niektóre śmieszne, inne – poniżające. Kilka tragikomicznych i jedna naprawdę dziwna. A wszystko zaczęło się od jednego SMS-a.

Nie mogłam w to uwierzyć

– Eliza, chyba powinnaś usiąść – powiedziała moja świadkowa, popychając mnie na krzesło, które sekundę wcześniej zajmowała moja babcia, chlipiąc do chusteczki.

– Czemu wszyscy się tak dziwnie zachowujecie? – zapytałam, zerkając na zegarek. Było dziesięć minut po czasie. Tylko dziesięć. Spóźnił się. Może utknął w korku. Albo…

– Eliza… – zaczęła Asia, ale coś w jej głosie kazało mi wstrzymać oddech. – Dzwoniłam do niego, nie odbiera. Wysłał mi wiadomość.

– No i? – uniosłam brew. – Pewnie napisał, że zaraz będzie. Że się przebiera, goli, nie wiem, coś…

Asia przygryzła wargę i podała mi telefon. Na ekranie widniała wiadomość: „Nie dam rady. Nie przyjadę. Przepraszam. Powiedz Elizie, że to nie jej wina. – K.”. Patrzyłam na ekran, jakby to był obrazek z jakiejś kiepskiej komedii.

Że co?! – wyrwało mi się. – To jakiś żart, prawda? On tak… dla żartu?

Asia nie odpowiedziała. Tylko spojrzała na mnie tym swoim „współczującym” wzrokiem. Tego nie cierpiałam najbardziej. Współczucia.

– Daj mi telefon – powiedziałam sztywno. – Zadzwonię do niego. Teraz.

– Eliza, on… wyłączył telefon.

Wtedy coś we mnie pękło. Nie krzyknęłam. Nie wpadłam w histerię. Po prostu zdjęłam welon i rzuciłam go na podłogę.

– No to pięknie – powiedziałam chłodno. – Zostałam porzucona przed ołtarzem. Nie wierzę w to.

Nic nie będzie już takie samo

Wyszłam z sali bocznym wyjściem, czując na sobie spojrzenia. Wcale nie z troski. To była czysta, ludzka ciekawość. Kiedy panna młoda zostaje porzucona przed ołtarzem, goście mają darmowy kabaret.

– Eliza, zaczekaj! – dobiegł mnie głos ciotki Basi. – Kochanie, nie jedź teraz nigdzie sama!

– Ciociu, spokojnie – rzuciłam przez ramię. – Jadę tylko po kawę.

Kłamstwo. Nie miałam pojęcia, dokąd jadę. Ale wiedziałam, że jeśli jeszcze jedna osoba mnie dotknie, obejmie, pocieszy albo – co gorsza – powie „on nie był ciebie wart”, to wybuchnę. Dosłownie. Przy samochodzie czekał już tata. Stał oparty o dach, z zaciętą miną i oczami pełnymi żalu.

– Córciu… – zaczął ostrożnie.

– Nie zaczynaj – przerwałam. – Proszę. Tylko nie „wszystko się ułoży”.

– W porządku – westchnął. – Ale wiedz jedno: masz prawo być wściekła. I masz prawo się rozpaść. Nie musisz być dzielna, Eliza.

Spojrzałam na niego i przez sekundę naprawdę miałam ochotę się rozryczeć. Ale nie. Jeszcze nie teraz.

– Dzięki, tato – rzuciłam cicho. – Ale najpierw muszę zdjąć tę sukienkę. Wyglądam w niej jak idiotka.

– Wyglądasz jak najpiękniejsza panna młoda – powiedział z uśmiechem. – Tyle że bez pana młodego. Ale może to i lepiej.

– Jeszcze jedno słowo w tym stylu, a zostanę nie tylko bez pana młodego, ale i bez ojca – mruknęłam, wsiadając do auta.

Odpaliłam silnik i ruszyłam przed siebie. Po raz pierwszy od rana wiedziałam jedno – już nie będę tą samą Elizą co wczoraj.

Byłam na niego wściekła

Zatrzymałam się pod własnym blokiem. Trzy godziny wcześniej myślałam, że nie pojawię się tu przez dwa tygodnie – miało być Bali, miało być all inclusive, miały być wspólne poranki na tarasie. Teraz jedynym tarasem, jaki miałam, był balkon z odpadającą farbą i donicą z martwą pelargonią. Weszłam do mieszkania i rzuciłam torebkę na fotel. Telefon zawibrował.

„Jak się czujesz?” – napisała Asia. Nie wiedziałam, co mam jej odpisać. Że czuję się jak porzucony worek kartofli? Że mam ochotę uciec? Zemścić się na wszystkich mężczyznach tego świata? Zamiast tego zadzwoniłam do Marty.

– Eliza?! O Boże, co się stało?! – wrzasnęła, zanim zdążyłam się odezwać.

– Nie korzystałaś dzisiaj z internetu? – zapytałam cierpko. – Wszyscy już chyba wiedzą, nie?

– No… Wiesz… ludzie piszą, dzwonią… Ale to chyba jakaś pomyłka? Jakiś głupi żart?!

Zaśmiałam się gorzko.

– Tak. Najgłupszy żart mojego życia.

– Ale jak to? Przecież on był taki zakochany. Ciągle o tobie mówił, wysyłał ci lunch do pracy, rezerwował weekendy, planował dom!

– Mhm – przytaknęłam. – A potem spakował się w nocy i zniknął. Zostawił klucze i jedno marne „przepraszam”.

– Może… może coś się stało? Może miał jakiś powód?

– Tak, miał. Jest tchórzem. I może też… kłamcą.

– Eliza, co chcesz teraz zrobić?

– Zrobić? – powtórzyłam. – Najpierw zamówię pizzę. A potem... może urządzimy sobie małe śledztwo.

– Śledztwo?

– Tak, Marta. Zobaczymy, czy przypadkiem „idealny facet” nie był idealny tylko w mojej wyobraźni.

Chciałam wiedzieć wszystko

Marta zjawiła się u mnie godzinę później z dwiema butelkami wina i żelkami.

– Gdzie twoje dresy i rozmazany makijaż? – zapytała, zdejmując buty. – Spodziewałam się widoku załamanej niedoszłej żony, a ty wyglądasza na... zdeterminowaną.

– Bo jestem – odparłam, siadając z hukiem na kanapie. – Mam maila.

– Jakiego maila?

– Od... niejakiej Agnieszki. Napisała do mnie dziś rano, ale wiadomość wylądowała w skrzynce „inne”, dlatego nie od razu ją zaważyłam. Tytuł wiele mówi: „Nie jesteś jedyna”.

– Co?! – Marta wytrzeszczyła oczy. – Pokaż.

Podałam jej telefon. W ciszy przeczytała wiadomość.

– „Spotykałam się z Kamilem przez ponad rok. Wiem, że z kimś był, ale powiedział, że to skomplikowane. Że to tylko taki układ, nic poważnego” – czytała na głos. – Eliza… on cię zdradzał.

– Nie wiem, co gorsze – przerwałam jej. – To, że mnie zdradzał, czy to, że miałam go za innego człowieka. Że planowałam z nim dzieci, dom, psa!

– A co z tą dziewczyną? Pisała coś więcej?

– Podała numer. Zadzwoniłam i potwierdziła wszystko. Zna mnie z mediów społecznościowych. Mówi, że czuła się winna, ale uwierzyła w jego bajki.

– On miał drugie życie! – Marta była czerwona ze złości. – Masz ochotę się zemścić? Bo ja tak.

– Najpierw chcę się dowiedzieć, ile jeszcze rzeczy mi nie powiedział. Co jeszcze ukrywał?

– Eliza… – Marta spojrzała na mnie z troską. – Chcesz to wszystko wiedzieć?

– Tak – powiedziałam zimno. – Skoro nie zostałam jego żoną, to będę jego najgorszym koszmarem.

Nie mogłam mu wybaczyć

Dwa dni później spotkałam się z Kamilem. Przyszedł sam.

– Eliza – powiedział, jakbyśmy się widzieli w kawiarni, a nie po tym, jak zrobił ze mnie temat tygodnia we wszystkich grupach rodzinnych i plotkarskich.

– Wspaniale, że raczyłeś się pojawić – odparłam spokojnie. Choć wszystko we mnie krzyczało.

– Wiem, że spieprzyłem – spuścił głowę. – Nie miałem odwagi. To mnie przerosło.

– Przerosło cię powiedzenie „nie kocham cię”? – zapytałam. – Ale prowadzenie podwójnego życia jakoś ci nie przeszkadzało?

Zamarł.

– Tak, wiem o niej – dodałam. – I nie tylko o niej. O Agacie z siłowni, o tej z pracy, o tej z wesela Marka też. Trochę się tego uzbierało.

– Eliza… ja… – zaczął.

– Nie. Nie „ja”. Nie mów nic. Przyszedłeś tu nie po to, żeby się wytłumaczyć, tylko żeby się rozgrzeszyć. Ale ja nie jestem księdzem i nie rozdaję odpustów.

– Chciałem tylko, żebyś wiedziała… że nie udawałem wszystkiego. Czasem... naprawdę myślałem, że cię kocham.

Parsknęłam śmiechem.

– No, to musiałeś mieć niezły chaos w głowie. Albo w spodniach.

– Przepraszam.

– Nie przyjmuję – powiedziałam twardo. – Ale dziękuję, że nie przyszedłeś do kościoła. To najlepsze, co dla mnie zrobiłeś. Naprawdę.

Patrzył przez chwilę, jakby pierwszy raz mnie widział. Może tak było.

– Żegnaj, Kamil. Nie dzwoń, nie pisz. I… może następnym razem zakończ coś jak człowiek, zanim sięgniesz po nowe.

Odwróciłam się i odeszłam. Może nie miałam już pierścionka, ale za to odzyskałam coś lepszego. Siebie.

Najlepszy prezent ślubny

Minął miesiąc. Wszyscy pytali, jak się trzymam. Czy płaczę po nocach, czy tęsknię. A ja? Ja chodziłam na jogę, zaczęłam kurs włoskiego i zrobiłam to, co planowałam od dawna, ale zawsze „coś” przeszkadzało – zapisałam się na kurs fotografii. W niedzielę pojechałam sama na działkę mojej babci. Zrobiłam sobie herbatę, usiadłam na leżaku i spojrzałam w niebo. A potem… zaczęłam się śmiać. Tak naprawdę, szczerze.

Bo dotarło do mnie, że gdybym naprawdę za niego wyszła, tkwiłabym w czymś zbudowanym na kłamstwie. I pewnie latami szukałabym winy w sobie, jak wiele kobiet przede mną. Kamil? Już nie był nawet wspomnieniem. Raczej przypisem do dawno zakończonego rozdziału.

Zadzwoniła Asia.

– Eliza, a może to był… znak? Żebyś znalazła kogoś lepszego?

– A może nie kogoś – odpowiedziałam. – Może to był znak, żebym znalazła siebie.

– Wiesz, że to brzmi jak z jakiegoś podręcznika motywacyjnego?

– Trudno. Hasztag: nowa ja.

Obie się zaśmiałyśmy. Odłożyłam telefon, wzięłam aparat i zaczęłam robić zdjęcia drzewom, jesiennym liściom i sobie – z uśmiechem. Z włosami rozwianymi przez wiatr. Bez makijażu. Nie potrzebowałam księcia z bajki. Bo bajka, którą chciałam pisać, zaczynała się właśnie tu, ode mnie. I naprawdę wierzę, że to, że mnie zostawił… to był najlepszy prezent ślubny, jaki mogłam dostać.

Eliza, 27 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: