Mieszkam w tej samej kamienicy od lat. Niektórzy się tu przewinęli tylko na chwilę, a inni – jak ja – wrośli w te mury na dobre. Może to nie luksusy, ale znam tu każdy zakamarek, każdy skrzypiący schodek i każdy głos za cienkimi ścianami.

Dlatego nie było dla mnie dziwne, że sąsiadka z trzeciego – ta z czerwonymi włosami i nogami chudymi jak patyki – wpadła do mnie pewnego wieczoru, rozdygotana jak liść na wietrze.

Agnieszko, ja już nie wiem, co robić – jęknęła, stojąc w progu. – Na chleb nie mam. Na czynsz nie mam. Na życie nie mam...

Miała łzy w oczach, głos się jej załamywał, jakby zaraz miała się osunąć na podłogę. Niby nie znałyśmy się bliżej, ale serce mi zmiękło. Sięgnęłam po portfel, a potem po drugą kopertę – tę, do której odkładałam na planowany od roku weekend w spa. Dałam jej pięć tysięcy. Tak po prostu. Bez pokwitowania, bez świadków, bez rozgłosu. A potem, dwa tygodnie później wyszło szydło z worka.

Widziałam jej wdzięczność

Następnego dnia spotkałam ją przy klatce schodowej. Wydawało się, że naprawdę jest wdzięczna, bo uśmiech nie schodził jej z twarzy. Gdy tylko mnie zobaczyła, od razu podbiegła w moją stronę i mocno mnie uścisnęła. 

– Agnieszko, nie wiesz, jak bardzo mi ulżyło – zaczęła, trzymając torbę z zakupami w jednej ręce, a w drugiej paczkę pieczywa. – Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła. Ty zawsze masz dobre serce. Naprawdę, czuję, że mogę na ciebie liczyć.

Uśmiechnęłam się, choć gdzieś z tyłu głowy kiełkowało podejrzenie, że pieniądze wcale nie pójdą na chleb i rachunki.

– Nie martw się! Obiecuję, że wszystko się ułoży. W końcu ktoś musi wierzyć w ludzi, prawda?

Patrzyłam, jak znika w cieniu korytarza, i nagle poczułam dziwną mieszankę satysfakcji i niepokoju. Może to moja wyobraźnia płatała mi figle, ale coś mi podpowiadało, że te pieniądze mogą wylądować nie tam, gdzie powinny.

Spotkałyśmy się przypadkiem

Kilka dni później spotkałam ją w sklepie z elektroniką. Stała przed regałem z telewizorami, wybierając model z największym ekranem. Zamarłam na moment – mój mózg próbował pogodzić obraz łamiącej się biedy z tym, co widziałam teraz.

– Agnieszko! – zawołała, kiedy mnie zauważyła. – Wpadłam tu tylko po małą rzecz, wiesz…

– Małą? – podeszłam bliżej, próbując opanować zdziwienie. – Ten telewizor kosztuje więcej, niż większość ludzi wydaje na mieszkanie w ciągu miesiąca.

– Och, kochana, musiałam! Wiesz, że życie jest krótkie. Czasami trzeba sobie pozwolić na odrobinę luksusu. Miałam trochę kłopotów, ale teraz wszystko się układa dzięki tobie! Naprawdę, pomogłaś mi uwierzyć, że mogę w końcu spełniać swoje marzenia. Kupiłam też ubrania, zobaczysz, jak dobrze w nich wyglądam.

Zamrugałam, czując mieszaninę wściekłości i niedowierzania: – Czyli wszystko… – zaczęłam ostrożnie, nie chcąc przesadzić, – wszystko to kupiłaś z tych pieniędzy, które ci dałam?

– No cóż… częściowo tak. Reszta poszła na inne przyjemności. Ale spokojnie, niczego nie straciłaś! Po prostu… zainwestowałam w siebie!

Stałam jak słup soli, patrząc, jak przechwala się nowym telewizorem, jakby wszystko było całkowicie naturalne.

Musiałam zareagować

Zadzwoniłam do niej, a kiedy otworzyła drzwi, jej uśmiech nieco zbladł, jakby wyczuła, że nadchodzę z poważnym zamiarem.

– Cześć, Agnieszko – przywitała się, unosząc brwi. – Co cię sprowadza?

– Chciałam porozmawiać o pieniądzach – powiedziałam, wchodząc do mieszkania, nie czekając na zaproszenie. – Pięć tysięcy… Pamiętasz?

Jej oczy błysnęły niepewnie, ale szybko zmieniła ton: – Oczywiście, pamiętam. Spokojnie, wszystko jest w porządku. Naprawdę.

– W porządku? – powtórzyłam, wyciągając ręce, jakby to fizycznie mogło pomóc mi wyrazić frustrację. – Widziałam twój nowy telewizor. I ciuchy. Wszystko kupione za te pieniądze!

– Agnieszko, proszę… – zaczęła, unosząc dłonie w geście obronnym. – To tylko trochę inwestycji w siebie. Wiesz, jak to jest, czasem trzeba zadbać o komfort. To nie tak, że cię oszukałam. Po prostu… no wiesz, okoliczności się zmieniły.

– Okoliczności? – powtórzyłam powoli, próbując nie dać się emocjom. – To nie kontrola jest problemem. To fakt, że wykorzystałaś moje zaufanie.

– Ale… mogę ci wszystko oddać – zaczęła, nieśmiało podchodząc bliżej. – Chociaż… nie mam już całej kwoty.

– Dobrze, pokaż mi, ile możesz oddać teraz – poprosiłam, starając się brzmieć stanowczo, ale spokojnie.

– Mogę ci dać część – powiedziała, wyciągając z szuflady kopertę. – Reszta… no cóż… musiałam wydać.

– Lepiej tak, niż wcale – przytaknęłam, biorąc kopertę. – Pamiętaj tylko, że dobroć nie jest po to, by ją wykorzystywać.

Mijały tygodnie

Mimo upływu czasu ciągle czułam się wykorzystana i nie mogłam pogodzić się z tym, że tak łatwo przyszło mi oddać wszystkie zgromadzone oszczędności na czyjeś zachcianki. A w zasadzie to nie chodziło już tylko o pieniądze, ale o lekcję, którą musiałam przyswoić.

Pewnego popołudnia spotkałam ją na korytarzu. Stała w progu, trzymając torbę z zakupami. Tym razem uśmiech był mniej triumfalny, a bardziej napięty.

– Agnieszko… – Chcę, żebyś wiedziała, że naprawdę doceniam, że mi pomogłaś, ale… cóż, sytuacja wymknęła mi się spod kontroli, oddam resztę pieniędzy najszybciej, jak tylko będę mogła, obiecuję.

– Dobrze – odpowiedziałam, uśmiechając się lekko, choć wciąż czułam w sobie resztki rozczarowania. – Ważne, żebyś zrozumiała. To nie pieniądze były problemem, a zaufanie.

– Masz rację – mruknęła, kiwając głową. – Nie powinnam była…

– Już dobrze – uśmiechnęłam się, chcąc zakończyć tę rozmowę pozytywnie. – Czasami ludzie po prostu uczą się na błędach.

Patrzyłam, jak powoli się odwraca i odchodzi korytarzem, a z każdym jej krokiem czułam, że ta historia pozostawia we mnie ślad. Czułam mieszankę złości, niedowierzania, smutku, ale i... pewnej satysfakcji. Satysfakcji, że udało mi się postawić granice i nauczyć się, że nie każdemu warto ufać bezgranicznie.

Agnieszka, 40 lat


Czytaj także: