Wszyscy mówili: masz szczęście, Barbaro. Trafił ci się zięć jak marzenie – zawsze uśmiechnięty, zawsze uprzejmy, rękę poda, siatkę poniesie, fotel ustąpi. I może rzeczywiście przez jakiś czas tak było. A może po prostu chciałam w to wierzyć? Nie od dziś wiadomo, że teściowe i zięciowie to często mieszanka wybuchowa. U nas jednak panowała cisza i zgoda – przynajmniej tak się wszystkim wydawało. On grzeczny, ja dyskretna. Nie wtrącałam się.

Gotowałam, podwoziłam wnuczka, nawet zostawiałam drobne na pieluchy czy mleko. W zamian słyszałam „mamo” i zapewnienia, jak bardzo jestem ważna w ich życiu. Ale wiecie co? Taka sielanka trwa dopóki się na wszystko zgadzasz. Gdy pierwszy raz powiedziałam „nie”, poczułam, jak wszystko się zmienia. Jakby coś w nim pękło. Nie w tej samej sekundzie, nie od razu z hukiem. To przyszło cicho, w spojrzeniach, półsłówkach, unikach. A potem już otwarcie. Bo zięć może i był miły. Ale tylko dopóki byłam wygodna.

To nie będziemy się narzucać

– Mamo, wpadniemy jutro na obiad, dobrze? – zapytał z uśmiechem zięć, jeszcze zanim zdążyłam się dobrze obudzić. Stał w kuchni z kubkiem kawy, jak u siebie.

– A może tym razem zrobicie sami? – zapytałam cicho, nie patrząc mu w oczy.

– Jak to w domu? Przecież ty gotujesz najlepiej. Ala nie może się doczekać twoich kluseczek. No powiedz, że zrobisz – posłał mi ten swój szelmowski uśmiech, który kiedyś mnie rozczulał, a teraz… tylko irytował.

– Nie mam siły jutro gotować – powiedziałam powoli. – Mam od rana sporo na głowie. Może kiedy indziej.

Zrobiła się cisza. Taka, której nie dało się zignorować.

– Mamo… – odłożył kubek na blat. – Czy coś się stało? Bo mam wrażenie, że od jakiegoś czasu… jakby coś się między nami zmieniło.

Nic się nie stało. Po prostu… nie mam już tyle siły, co kiedyś – odpowiedziałam, choć dobrze wiedziałam, że to nie o siłę chodzi.

– Ale ty zawsze jakoś dawałaś radę – powiedział szybko. – Ty jesteś twarda babka.

– Może właśnie przestałam chcieć „zawsze dawać radę”. Nie przyszło ci to do głowy?

Spojrzał na mnie uważnie. Uśmiech zniknął.

– Jasne – mruknął. – Rozumiem. Skoro nie chcesz nas jutro, to nie będziemy się narzucać.

Nie powiedział nic więcej. Wyszedł z kuchni z tą swoją kawą. I pierwszy raz usłyszałam, jak drzwi do korytarza zamyka z lekkim trzaskiem.

Chyba mogłabyś czasem pomóc

Przez tydzień – cisza. Żadnego „mamo, jak się czujesz?”, żadnej wizyty. Ani od niego, ani od Ali. Tylko wnuczek dzwonił wieczorem z pytaniem, czy może przyjść na naleśniki w weekend. W sobotę zrobiłam ich całą górę. Filip zjadł cztery, oblizując palce, jakby nigdy nic. Dopiero kiedy go odwoziłam, usłyszałam coś, co zaciążyło mi na sercu.

– Tata mówi, że jesteś obrażona – rzucił z tylnego siedzenia, patrząc w telefon.

– Tak powiedział? – odwróciłam się na światłach.

– No… że niby jesteś ostatnio jakaś dziwna. Że się czepiasz.

Wróciłam do pustego mieszkania i zagotowałam się w środku. Już nie mogłam – zadzwoniłam.

– Tak, mamo? – odezwał się po trzecim sygnale. Głos miał oschły, jakby rozmawiał z kimś obcym.

– Filip mi powiedział, że mówisz, że się obraziłam. Co to ma znaczyć?

– A co mam mówić? – parsknął. – Nie chcesz się z nami spotykać, wszystko ci przeszkadza. Człowiek nie wie, jak się przy tobie zachować.

– Nie jestem twoją pomocnicą. A już na pewno nie kucharką na telefon – powiedziałam twardo.

Tego nikt nie oczekuje… – prychnął. – Ale chyba mogłabyś czasem pomóc, skoro i tak siedzisz sama.

– Mylisz pomoc z usługą, którą miałam świadczyć bez końca – rzuciłam, już drżąc.

– Wiesz co, mamo… – jego ton zmienił się z grzecznego na lodowaty – może powinniśmy dać sobie trochę przestrzeni.

– Może – odpowiedziałam i rozłączyłam się, zanim zdążył dodać coś więcej.

Przestałam żyć pod wasz dyktando

Minęły dwa tygodnie. Ani wizyty, ani telefonu. Nawet Filip nie przychodził. Aż któregoś dnia, usłyszałam dzwonek do drzwi. Zdziwiłam się – nie spodziewałam się nikogo. To był mój zięć. Stał z rękami w kieszeniach, lekko pochylony, jakby nie był pewien, czy powinien wejść.

– Cześć, mamo… Można? – zapytał.

Nie odpowiedziałam, tylko otworzyłam szerzej drzwi.

– Ala wysłała mnie, żebym zapytał, czy możesz wpaść na niedzielę. Robimy małe spotkanie. Będzie też ciocia z Łodzi.

– Dziękuję, ale nie wiem, czy przyjdę.

– Znowu? – westchnął. – Mamo, serio? Nie możesz odpuścić, chociaż raz?

– A ty? Choć raz mógłbyś zapytać, jak się czuję. 

Zerknął na mnie, potem odwrócił wzrok.

– Wiesz, że Ala się martwi. Mówi, że nie potrafisz się pogodzić z tym, że nie wszystko musi być tak, jak ty chcesz.

– Myślisz, że o to chodzi? Że ja chcę, żeby wszystko było po mojemu? Nie. Ja tylko przestałam żyć pod wasz dyktando. To wszystko.

– No dobrze, mamo. Jak chcesz. Zaproszenie masz. Ale jeśli nie przyjdziesz – Ala się zdenerwuje. Ja zresztą też – dodał i wyszedł, zanim zdążyłam odpowiedzieć.

Nie jestem na każde zawołanie

Nie poszłam na to ich spotkanie. Usiadłam wtedy w kuchni, zrobiłam sobie herbatę i patrzyłam przez okno, jak dzieciaki na podwórku rzucają się liśćmi. I chociaż było cicho i spokojnie, w środku wszystko mi buzowało. Wcale nie czułam się silna. Ale też pierwszy raz od dawna czułam się… wolna. W poniedziałek przyszła Ala. Sama.

– Mamo, dlaczego nie przyszłaś? – zapytała już w progu. – Ciocia była naprawdę rozczarowana. My też.

Bo nie miałam ochoty – odpowiedziałam szczerze.

Usiadła ciężko przy stole. Westchnęła.

– Wiesz, Tomek mówi, że od kiedy przestałaś się tak starać, to jakbyśmy cię stracili. Zawsze byłaś blisko. A teraz?

– Nie straciliście mnie. Po prostu nie jestem na każde zawołanie. To różnica.

– Ale on tego nie rozumie. Czuje się… odrzucony.

Zaśmiałam się gorzko.

– Od kiedy to on jest ofiarą? On, który przez dwa lata miał we mnie darmową pomoc domową i nianię na żądanie? Ja tylko nie chcę już udawać, że wszystko mi pasuje.

– Ale przecież wcześniej nie miałaś z tym problemu!

– Bo nie wypadało. A teraz mi już wypada – odparłam spokojnie.

– Czyli tak ma teraz wyglądać nasza relacja? Ty w wiecznej pretensji, a my na paluszkach?

– Nie. Ma wyglądać normalnie. Bez oczekiwań.

– No dobrze, mamo. Twoja sprawa. Ale nie licz na to, że nic się nie zmieni.

Właśnie na to liczę – powiedziałam i wróciłam do swoich obowiązków.

Nie odwracaj się teraz

Przez kilka następnych dni – znów cisza. Nikt nie dzwonił. Nawet Filip nie przyszedł. Poczułam to ukłucie – to, co zna każda matka i babcia, gdy najbliżsi zaczynają traktować ją jak powietrze. I tak, przyznam: zatęskniłam. Ale nie na tyle, by się poddać. W czwartek po południu ktoś zadzwonił do drzwi.

– Mamo… – westchnął, wchodząc do środka. – Słuchaj, pogadajmy.

Skinęłam głową, choć miałam ochotę pokręcić przecząco.

– Nie przychodziliśmy do ciebie, bo… no, bo Ala uznała, że czekamy, aż ty pierwsza zmiękniesz – zaczął, patrząc w bok. – Ale ja już nie mam siły. Naprawdę musimy się tak szarpać?

– Tomek, ja nie chcę się z nikim szarpać. Chcę tylko, żebyście przestali brać mnie za darmową instytucję od załatwiania wszystkiego.

– Przesadzasz – wymamrotał.

– Nie. Kiedy ostatnio zapytaliście mnie, czy czegoś nie potrzebuję? Czy nie jestem zmęczona? Bo że wam pasuje, żebym odebrała Filipa, to wiem co tydzień.

Zamilkł. W końcu wyjął telefon, pokazał mi zdjęcie.

– Patrz. Filip narysował was razem na plastyce. Ty trzymasz jego plecak. Powiedział, że „babcia zawsze jest wtedy, kiedy trzeba”.

Popatrzyłam na obrazek. Serce mi zmiękło.

– Mamo… wiem, że za dużo oczekiwaliśmy. Ale nie odwracaj się teraz. Chłopak cię potrzebuje. My zresztą też.

Pokiwałam głową.

– Potrzebować to jedno. Brać za pewnik – drugie.

Spróbujemy to ogarnąć. Obiecuję.

– W porządku, Tomek. Ale pamiętaj: ja już się nie cofnę.

Od teraz stawiam na siebie 

W niedzielę przyszli razem. Ala przyniosła ciasto, Tomek – bukiet róż. Niby nic wielkiego, a jednak – pierwszy raz od lat to oni coś przynieśli, nie tylko brali. Filip przytulił się do mnie, jakby nic się nie wydarzyło. Siedzieliśmy przy stole, jedliśmy, śmialiśmy się z programu w telewizji. Było jak dawniej, tylko… inaczej. Ja już nie podskakiwałam przy każdym słowie. Nie spieszyłam się, by podać deser. I nikt nie miał do mnie o to pretensji.

– Mamo, a możesz podrzucić przepis na te śledzie, co robiłaś w zeszłym roku? – zapytała Ala nagle. – Chcę spróbować sama.

Spojrzałam na nią uważnie. W jej głosie nie było ani przekąsu, ani manipulacji.

– Pewnie – uśmiechnęłam się. – Tylko nie kombinuj z jogurtem zamiast śmietany.

Roześmiała się szczerze.

Tomek wstał pierwszy, kiedy trzeba było posprzątać. Bez proszenia. Po cichu zaniósł talerze do zlewu, nalał wody. Gdy wychodzili, podszedł jeszcze raz.

– Mamo… dziękuję ci, że dałaś nam nauczkę. Potrzebowaliśmy tego. Ja – na pewno.

– Cieszę się, że w końcu to rozumiesz – odpowiedziałam spokojnie.

Gdy zamknęły się za nimi drzwi, usiadłam w fotelu. Wiedziałam, że nie będzie idealnie. Jeszcze pewnie nie raz się zdenerwuję, jeszcze niejeden raz zadzwonią „po coś”. Ale już wiedzą, że od teraz stawiam na siebie. 

Barbara, 69 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: