Nazywam się Karolina. Mam 38 lat, dwójkę dzieci i trzy etaty – matki, żony i tej, która zawsze „ogarnia wszystko”. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz spałam dłużej niż sześć godzin z rzędu, kiedy ktoś zapytał mnie, czego ja chcę, a nie co trzeba, co wypada albo co się zepsuło. Ale znam swoje miejsce w szeregu i nie narzekam.

W tym roku wyjątkowo nie mogłam sama wybrać się na Black Friday. Dzieci były chore, a mąż miał akurat wolne, więc poprosiłam go, żeby skoczył do centrum handlowego. Miałe jedno zadanie – kupić robota kuchennego z przeceny i może paczkę pieluch. Dałam mu nawet dokładną listę i zdjęcie robota. Nawet link do sklepu mu wysłałam, żeby już niczego nie pomylił.

Michał nie lubił zakupów. Nigdy. Zawsze twierdził, że galerie go męczą, że ludzie w nich szwendają się bez sensu, że „i tak to wszystko naciągane”. Ale dla świętego spokoju powiedział, że pójdzie. Wyszedł z domu około 10:00 rano. Wrócił po 18:00. Zmęczony, spocony i... dziwnie rozpromieniony. I zamiast jednej torby – miał ich pięć. I zamiast robota – był kredyt. Prawdziwa „okazja” życia.

Wszystko było nie tak

Stałam w korytarzu, z dzieckiem na ręku. Michał wszedł jak król świata. Z triumfem postawił torby na podłodze i uśmiechnął się szeroko.

– Uff... masakra, Karolina, co się tam działo! Ludzie jak w amoku. Ale wszystko ogarnięte – oznajmił, zadowolony z siebie.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. W jednej ręce miał torbę z logo dużego marketu, w drugiej torby z perfumerii, sklepu odzieżowego i sportowego. Poczułam lekki niepokój jeszcze zanim zaczął wyciągać pierwsze rzeczy. Najpierw jakieś ciuchy – nie dla mnie, nie dla dzieci. Męska bluza, nowa kurtka, jakieś sneakersy.

– To dla mnie – rzucił luźno. – Bo była dobra promocja, minus 60%.

Pokiwałam głową. W końcu każdy ma prawo do nowej bluzy. Potem głośnik, smartwatch, szczoteczka soniczna.

– Michał, gdzie jest robot kuchenny? – zapytałam, jeszcze spokojnie.

Zastygł bez ruchu. Spojrzał na mnie jakby z zaskoczeniem, a potem...

– Aaaa, no właśnie, była taka kolejka, że odpuściłem. Ale, Karola, patrz, co mam – sięgnął do najmniejszej torby i wyciągnął... flakon perfum. Ekskluzywnych. Luksusowych. Patrzył na mnie z dumą, jakby podarował mi bilet w jedną stronę do Paryża.

– Perfumy – powiedziałam powoli, czując, jak krew odpływa mi z twarzy. – A gdzie pieluchy?

– Zapomniałem – wzruszył ramionami. – Ale te perfumy to... mmm, coś wyjątkowego.

– Dziękuję, ale prosiłam cię o robota i pieluchy dla dzieci – powiedziałam, czując, jak w środku wszystko mi się gotuje.

I wtedy padło najgorsze możliwe zdanie:

Ale to nie dla ciebie. To dla pani, która mi pomogła wszystko wybrać. Była bardzo miła.

Patrzyłam na niego. Miał wypieki na twarzy, uśmiech półgębkiem, oczy błyszczące. Jakby właśnie wrócił z randki, a nie z misji zakupowej. Czułam, jak robi mi się duszno. Ścisnęłam dłoń na torbie z pieluchami – nieistniejącej – i spróbowałam się nie rozpłakać.

Byłam na niego wściekła

Nie wiem, co mnie bardziej zdenerwowało – że wydał majątek, że nie kupił robota, czy że wrócił oczarowany jakąś sprzedawczynią. Stałam w kuchni, patrząc, jak Michał rozpakowuje te wszystkie „okazje”, i miałam ochotę rzucić czymś w ścianę. Albo w niego. Zamiast robota kuchennego za 599 zł, który miał ułatwić mi życie, miałam w salonie pięć toreb i flakon perfum za prawie 2500 zł. I jeszcze ten jego dumny uśmiech, jakby coś wygrał.

– Przesadzasz! – zawołał, kiedy zaczęłam podnosić głos. – To tylko perfumy. Chciałem się odwdzięczyć.

Stanęłam jak wryta.

– Michał, czy ty siebie słyszysz?

– No co? To był impuls. Przecież nie zdradziłem cię z nią, tylko kupiłem perfumy.

– Za półtora tysiąca?! Na raty?! Dla kobiety, której nawet nie znasz?!

Zacisnęłam dłonie na blacie. Cała drżałam. W głowie miałam milion myśli, ale żadna nie chciała się ułożyć w coś sensownego. Wszystkie były pełne furii.

– Wiesz, co mnie boli najbardziej? – zapytałam, patrząc mu prosto w oczy. – Że przez pięć lat wspólnego życia nigdy nie widziałam cię tak rozanielonego, jak wtedy, kiedy mówiłeś o niej. Że pierwszy raz od dawna widzę cię uśmiechniętego. Tylko nie do mnie.

Milczał. Patrzył gdzieś za mnie, jakby nagle ściana była najciekawszą rzeczą na świecie.

– Ty nie widzisz problemu, bo dla ciebie to tylko miła pani z perfumerii. A dla mnie... dla mnie to dowód na to, że ja ciebie już kompletnie nie interesuje.

Podszedł, jakby chciał coś powiedzieć, ale cofnęłam się. Nie chciałam dotyku. Chciałam prawdy.

– Nie jestem zazdrosna o nią. Jestem wściekła, że mogłeś pomyśleć, że to normalne. Że kobieta, która ci coś sprzedaje, zasługuje na perfumy, a twoja żona musi cię prosić o pieluchy dla dzieci.

Wyszedł wtedy z kuchni. Po cichu, jakby dopiero teraz zrozumiał, co zrobił. A ja stałam przy blacie, ścierką w ręce, i pierwszy raz od miesięcy nie wiedziałam, jak poskładać siebie z powrotem.

Zaryzykował wszystko dla flirtu

Jeszcze tej samej nocy, gdy dzieci w końcu zasnęły, usiedliśmy przy kuchennym stole. Cisza dźwięczała między nami jak coś obcego. Słychać było tylko tykanie zegara i szum lodówki.

– Michał – odezwałam się pierwsza. – Powiedz mi szczerze. Te perfumy... to tylko perfumy?

Westchnął. Spuścił głowę, jakby próbował uciec wzrokiem w stół. Zmarszczył brwi, jakby przygotowywał się do jakiejś wewnętrznej obrony.

– Karolina... Co chcesz usłyszeć? Że flirtowałem? Może trochę. Ale to nic. Każdy facet czasem potrzebuje...

– Potrzebuje czego? Nowej? Ładnej? Młodszej?

Zamilkł. I to jego milczenie powiedziało wszystko. To była ta sekunda – dosłownie sekunda – w której zrozumiałam, że on naprawdę był gotów przegrać małżeństwo, by przez piętnaście minut poczuć się „kimś”. Że flirt z ekspedientką był dla niego czymś więcej niż tylko żartem. I że może to nie pierwszy raz.

– Michał, ja nie mam pretensji o te perfumy. Ani o tę kobietę – zaczęłam cicho, ale stanowczo. – Mam pretensje o to, że wróciłeś do domu jak dzieciak z cukierkami, z długiem na koncie i błyskiem w oczach, i nawet przez moment nie pomyślałeś, że mnie to będzie bolało.

Podniósł wzrok. Ale nie miał odwagi spojrzeć mi prosto w oczy.

– Ja... Nie planowałem tego. Wyszedłem po robot kuchenny, serio. Ale... wiesz, jak to jest. Wszędzie tłum, hałas. Ta dziewczyna zagadała, coś zaproponowała, rozśmieszyła mnie...

– I co? – przerwałam. – Zapomniałeś, że masz żonę?

– Nie. Ale może... chciałem zapomnieć, choćby na chwilę – wyrzucił z siebie jednym tchem.

To zabolało. Poczułam, jak moje serce zamarza. Siedziałam naprzeciwko mężczyzny, którego kiedyś kochałam do granic. Któremu ufałam. Który teraz mówił mi wprost, że miał potrzebę poczuć coś innego. Choćby przez moment.

Chcesz odejść? – zapytałam wprost, nie czekając na wyjaśnienia.

– Nie wiem – odparł z rozbrajającą szczerością.

I to był moment, w którym zgasło światło w mojej duszy. Nie płakałam. Nie krzyczałam, nie zrobiłam sceny. Tylko wstałam, wzięłam herbatę do ręki i poszłam do sypialni. Bo nie było już o czym mówić.

Zostałam z tym sama

Na początku myślałam, że to tylko faza. Że Michał się zapętlił, pogubił, że się otrząśnie. Że pożałuje. Znałam go przecież. Był impulsywny, bywał nieodpowiedzialny, ale zawsze – zawsze – wracał do siebie. Do nas. Ale tym razem... było inaczej. Nie chciał się przyznać, ale z czasem sam się zdradził. Nagle zaczął częściej zerkać w telefon, wychodzić wieczorami niby „na spacer”. Kiedy próbowałam go zatrzymać, rzucał:

– Muszę się przewietrzyć, mam chaos w głowie.

– Jasne – odpowiadałam chłodno. – Tylko uważaj, żebyś się nie przewietrzył zbyt daleko.

Widział, że złośliwość we mnie narasta, ale nie robiło to na nim wrażenia. Zaczęło się od wiadomości. Raz przez przypadek zobaczyłam powiadomienie: „Dzięki, że dziś byłeś. Pachniesz cudownie”. Zareagował odruchowo – wyrwał mi telefon z rąk. Nie zdążyłam nawet zapytać. Potem – wieczorne spacery. Wracał późno, czasem po północy. Mówił, że nie mógł spać, że chodził po osiedlu. Nie pytałam już o nic.

Aż w końcu sam się wyprowadził. Spakował kilka ubrań, trochę elektroniki i książkę, którą od lat tylko przestawiał z półki na półkę. Po prostu stanął w korytarzu i powiedział:

– Karolina... ja nie wiem, co się ze mną dzieje. Nie chcę cię ranić, ale... muszę przemyśleć swoje życie.

– A dzieci? – zapytałam.

Zawahał się.

– Będę je odwiedzał.

Nie odpowiedziałam. Wzięłam wdech i odwróciłam się do ściany, żeby nie widział, jak zaciskam zęby. Zamknął za sobą drzwi i po prostu... zniknął. Bez konkretów, bez przeprosin. Zostałam sama. Z dwójką dzieci, które potrzebowały mnie jeszcze bardziej niż wcześniej. Z kredytem na mieszkanie. Z ratami za głośnik, smartwatch i perfumy, których nigdy nie powąchałam.

I z pytaniem, które nie dawało mi spokoju przez wiele nocy: dlaczego flakon perfum okazał się ważniejszy niż lata wspólnego życia? Nie byłam idealna. Zmęczona, sfrustrowana, wiecznie w dresie, z rozmazanym tuszem i kocem na głowie. Ale byłam jego żoną. Matką jego dzieci. Partnerką, która przez lata nie odpuściła, nawet gdy jemu się nie chciało. A on to wszystko zostawił... dla zapachu. I uśmiechu. I może paru smsów, które na chwilę połechtały mu ego.

Musiałam być silna

Michał nie wrócił. Mijały tygodnie, potem miesiące. Na początku czekałam. Sprawdzałam telefon, słuchałam dźwięków na klatce – może to jego kroki? Może się opamiętał? Ale nie. Cisza. Dłuższa niż wszystkie nasze kłótnie razem wzięte. Z czasem przestałam go wypytywać. Przestałam nawet o nim mówić. Dzieci zadawały pytania coraz rzadziej. Czasami znajomi szeptali mi mimochodem, że widzieli Michała. Nie zadawałam pytań, bo nie chciałam znać odpowiedzi.

Czasem tylko, późnym wieczorem, siadałam z kubkiem herbaty i patrzyłam w okno. Wyobrażałam sobie, że gdzieś tam Michał właśnie trzyma ją za rękę, śmieje się, czuje się beztrosko. Może myśli, że zaczął od nowa. A ja? Ja musiałam wszystko dźwigać sama. Z dziećmi, które płakały w nocy, z rachunkami, z nieustannym brakiem czasu, pieniędzy, cierpliwości. Ale też z jedną rzeczą, której wcześniej nie miałam – siłą kobiety, która przestała liczyć na czyjeś wsparcie.

Nie płakałam już za Michałem. Był moim „kiedyś”. A ja żyłam w „teraz”.  Wygrzebałam się z emocjonalnej dziury, nie dlatego, że ktoś podał mi rękę, tylko dlatego, że musiałam. Dla dzieci. I dla siebie.

Karolina, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: